Pokazywanie postów oznaczonych etykietą food porn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą food porn. Pokaż wszystkie posty

31 grudnia 2019

Bigos

Za gotowaną kapuchą nie przepadam. Ale są wyjątki. Do nóżek padam, całuję rączki.
A co?! Rosną mi od tego wąsy, a na podwórku - Polonez FSO.



27 listopada 2017

27 września 2016

Sezon w pełni

Ponieważ mię wytknięto w poprzednim odcinku, że jednak nie sezon na te... bulwiaste itd., dziś wpis w pełni pełniosezonowy. Pomologiczny, sadystyczny. I smaczny.






Na zdrowie.





27 lipca 2016

8 czerwca 2016

29 lutego 2016

Pińczów (5). Rozmaitości

Poprzedni wpis - z zabytkiem w środku - zda się, niezbyt przypadł do gustu gawiedzi.
Zawiniła pewnie typowo polska niechęć do kultury.
Dzisiaj więc, na zakończenie kilkuodcinkowej wizyty w Pińczowie, będzie po prostu o jedzeniu.

Na początek jednak parę arbitralnie dobranych en passant spojrzeń na miasteczko:

Zaułek.


Przyułek.


Niedoułek. W tle przepińczowska fafarara.


Wybitna poczta.


Z drugiej swej strony! Ciekawy przkład. Czy to lata 30.? Czy przeciwnie - sześćdziesiąte dla zmylenia??
Obstawiam to pierwsze, ale nie jestem pewien.


Doskonale osadzone lukarny. Patrz i ucz się, architekcie współczesny!


Przy okazji - parę słów gastronomicznych.
Szczerze nie znoszę kuchni typu gourmet, tych restauracji ę-ą na wysokim wyczesie, gdzie dają dania

a) niesmaczne
b) drogie
c) małe.

Takie bowiem mam doświadczenie z obiektami gastronomicznymi tego gatunku. Na szczęście, jak dotąd, były to wizyty służbowe i nie ja płaciłem, cha-cha.
Dużo bardziej wolę swojskie bary, w których jedzenie jest

a) obfite
b) tanie
c) pyszne.


A że kucharz być może kichnął w danie? Cóż, w sześćdziesięciogwiazdkowej restauracji też mogło się to zdarzyć.

Kiedyś, w pobliżu miejsca, gdzie mieszkałem, otwarto taką restaurację adresowaną do snobistycznej publiczności. Nazywała się „Szara sól”. Przez witryny było widać, co tam serwują. No - kielichy dawali wielkie i pewnie wino w nich było pierwszego sortu. Ale te dania... Mikroskopijne, za to wielce „artystycznie” podane. Na przykład frytki - było ich po sześć w daniu, ułożone misternie w „studnię” (jak czasem się układa dla zabawy zapałki)... Po pewnym czasie bawiłem w zapadłej wiosce małopolskiej, co chlubi się od niedawna restauracją z pretensjami. I co widzę? Frytki ułożone w „studnię”!
I tak, moje danie znów było bez rewelacji i wyszedłem głodny.

Wracając do „Szarej soli”: kierowany anarchistycznym instynktem, chciałem poprzez anarchistyczny hepening dać anarchistyczną nauczkę burżujom korzystającym z jej luksusowej oferty. Mianowicie nosiłem się z zamiarem przyklejenia któregoś wieczora własnego gołego tyłka z zewnątrz do witryny.
No ale czas mijał i w końcu zabrakło mi ikry (nomen-omen), by to wcielić w czyn.

Wracając do Pińczowa: skorzystałem tam z restauracji miejscowej a bezpretensjonalnej i niezmiernie mi jedzenie smakowało. Do tego stopnia, że kilka dni później, w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w tym samym miejscu na popas. Ale to już też taka nasza cecha - jeśli znajdziemy jakieś miejsce, gdzie dobrze karmią, nie eksperymentujemy. Może się to bowiem skończyć rozczarowaniem. Pizzę na przykład w Warszawie pobieramy także z tego samego od dwudziestu ponad lat sprawdzonego źródła.
Z powodzeniem.


APENDYKS
Aha, i nie lubię w knajpie być w sytuacji tej pandy:







24 września 2015

Grochówka!

Hipster mówi do Hipsterki: 

- Nie mogę iść na lunch. Zapomniałem mojego i-phone'a! Jak zrobię zdjęcia daniom?!

No tak - ale dawno nie było tu pornografii spożywczej, a więc pora się pokrzepić czymś dobrym.

Zawsze, od niepamiętnych czasów, we wszelkiego rodzaju kwestionariuszach i ankietach, w rubryce „ulubiona zupa” bez wahania wpisuję GROCHÓWKA. Istny więc ze mnie Hippollit Kwass!
Drugie miejsce na podium zajmuje co prawda żurek, ale jest on zjawiskiem mimo wszystko częstszym w przyrodzie i w gastronomii.

Ponieważ więc popyt na grochówkę zdecydowanie przewyższa podaż, najlepszym wyjściem z tego impasu jest przyrządzenie jej własnoręczne - ze składników i z wody - czego ilustracja na załączonych obrazkach.




Inne jeszcze skojarzenie literackie związane z tą zupą - poza wspomnianą wyżej postacią - to passus jej dotyczący w „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego.

Także Mickiewicz poświęcił jej cały ustęp w „Panu Tadeuszu”, ale został on wycięty przez wydawcę, pod pozorem zapobiegania zbędnemu wydłużania dzieła...





15 listopada 2014

Zamek w Bouillon

Nad meandrującą walońską rzeką Semois przycupnęło miasteczko Bouillon. Na samej zaś „łopacie” oblanej pętlą rzeki (trochę jak Kamieniec Podolski) wznosi się zamek.
To stąd, z Bouillon, pochodził Godfryd z Bouillon, pierwszy władca zdobytej przez krzyżowców Jerozolimy.
Nie przyjął tytułu króla, nie chcąc nosić korony tam, gdzie cierniem ukoronowano jego Poprzednika...
Jego następca - i brat - Baldwin dla odmiany z Boulogne, takich skrupułów nie miał.
(Dysponuję taką wiedzą, gdyż przeczytałem kiedyś pierwszy z trzech tomów „Dziejów wypraw krzyżowych” Stevena Runcimana).

Zamek jest spektakularny w niezdobyty sposób okupując skalisty grzbiet, i góruje nad okolicą, co docenili i alianccy Anglosasi, ustawiając tu 70 lat temu swoją artylerię.

Oto ów zamek i miasteczko. Za dnia:









I nocą:





Okolica obfituje w bardzo malownicze wycieczki. Po wycieczce naturalną koleją rzeczy warto coś i zjeść, i wypić. Pode zamkiem, na bulwarze nadrzecznym wtłoczyć można w siebie pizzę. Chociaż a) w takiej miejscowości powinno jeść się rosół; zaś b) znawcy problematyki skłonni są a) kręcić nosem na tego rodzaju danie; b) uznawać najwyżej klasyczne wydanie pizzy z minimalną liczbą składników. Ale a) zamawiając pizzę wie się, co się dostanie i jak/że będzie to smakować; b) zamieszczam to food-porn, gdyż a) była - były - to najlepsze pizze, jakie kiedykolwiek w siebie wtłoczyłem oraz b) najbardziej suto okraszone rozmaitością składników („Ardennaise”!). Do tego lokalne piwo - jakżeby inaczej - „Godefroy”.






4 października 2014

Nietrwała pamiątka z Rochefort

Zagubione pośród zalesionych wzgórz Ardenów miasteczko Rochefort słynie poniekąd z położonego na rubieży opactwa trapistów.


Opactwo wygląda w słoneczny wiosenny dzień jak jakiś włoski albo i hiszpański klasztor.


Oprócz tego, jak opactwo wygląda, niemniej ważne jest, jakie dzieło powstaje w nim na chwałę Pana.


Płyn w kolorze smoły i o podobnej konsystencji, balsamicznym posmaku z nutą czekolady i ziół w bukiecie.


Nie sposób być trapistą, będąc krótkotrwałym posiadaczem naczynia tej substancji...





10 sierpnia 2014

Sezon ogórkowy w pełni

Najpierw chciałem zatytułować wpis „Ogórki kontratakują” , albo nawet „Ogórki Strike Back”, bo przecież materiał ogórkowy już w tym blogu się pojawił. Ale taki tytuł mógłby nieść niekorzystne skojarzenia gastronomiczno-gastryczne. Tymczasem nic z tych rzeczy. Zjadłem mój przydział za jednym zamachem, dzień po nastawieniu. Odczułem tylko rozkosz.
Wszak jakoś trzeba osolić sobie letnie bytowanie, gdy już bób odszedł do krainy cieniów elizejskich.









30 czerwca 2014

Apetyt na czereśnie

Winnica, Bar, Bar, Winnica, a tu już diabli wzięli czerwiec! Jak to?
Na dodatek podmienili lato, co się było miało zacząć, od razu na październikową jesień. Ech.
Rzutem na taśmę czasu - nieustająco pozostającą w ruchu - wrzucam okolicznościowy obowiązkowy wpis czerwcowy. Dzień dobry.

A że dawno nie było żadnego FOOD-PORN, oto jest: czereśnie.
Moje ulubione owoce świata. Chociaż inne też są znakomite, czereśnie pozostają niezrównane.
Są tym, czym w świecie warzyw bób - chwalebnym meteorem najłaskawszej pory roku.


SERWING SADŻESZCZYN: Przed zjedzeniem - przed daniem się zjeść - niech pomieszkają trochę w lodówce. Schłodzone wybornieją jeszcze bardziej.

NIGDY nie sprawdzaj czy mają robaki. Pewnie mają, ale o tym lepiej nie wiedzieć. Sam robak mi nie przeszkadza, ale świadomość, że zjadam mu dom razem z jego ciuchami, meblami, garnkami...

Wpis czerwcowy dokonany. Pora zjeść zawartość obrazka.




24 października 2013

Kolacja gotowa

Lato zniknęło (wspominałem już?). Stało sie to w niejasnych okolicznościach, nie do końca wiadomo jak i dlaczego. Zdecydowanie za szybko. Dość powiedzieć, że nagle! zdałem sobie sprawę z faktu niewykonania w ogóle tego lata ogórków. Żadnego gazpacho ni chłodnika. Sad też odpoczywa po zeszłorocznym szaleństwie, i nie wydał latoś plonu.


Trzeba ratować się więc tym, co jeszcze jest na straganie w dzień targowy. Wkrótce i tego zabraknie. Jak śpiewał w KSP Michnikowski: „addio, pomidory!”.





3 czerwca 2013

Czerwiec (znów)

Po prostu. Miesiąc łaskawości - w smakch, zapachach, niedojmującym nasłonecznieniu i spektaklach atmosferycznych wyładowań. Ulubiona pora roku, co już oznajmiałem na łamach, ba, inaugurując je zaprzeszłego roku. Obfitująca również w zastanawiające rocznice i całkiem któtkie noce.
Chociaż nazwa nie każdemu może przypadać do gustu („miesiąc robaków”), mnie to nie zraża. Ja jestem z czerwca, duszą i ciałem.

Poniżej przykład łaskawości sezonowej, małe food-porn, proszę wybaczyć. Ale pójść na bazar, a potem nawpieprzać się przyniesionych dóbr - czy może być większa rozkosz? Proste to jak stół, na którym stoi.






14 grudnia 2012

Chłodnik


Dobry na upały, do spożywania niekoniecznie w zamkowej sieni. Może być też przewiewna weranda.





9 lipca 2012

Ogórki wczoraj i dziś

FOOD PORN FOOD PORN FOOD PORN FOOD PORN FOOD PORN

Jadziem dalej z sezonowymi delicjami. Bo co? Oto na stół wjeżdżają ogórki małosolne. Można kupić na straganie, można zrobić samemu nabywszy wpierw surowiec.
Przepis: ogórki umyć, odfąflić i włożyć do naczynia. Wszystko jedno jakiego, ale najbardziej stylowy będzie kamionkowy gar. Tu: 1,5 kg na gar.


ogórki wczoraj

Dodać warstwami dodatki. Zestaw nr 1 dla gara nr 1: jakieś liście, zielsko (koperek), chrzan, czosnek. Zestaw nr 2 dla gara nr 2: jakieś liście, zielsko (koperek), chrzan, por. Zalać wodą z solą. Nakryć talerzykiem, przycisnąć czymś by wszystkie były zanurzone w cieczy. Przykryć dla fasonu muślinem albo czystą ścierą kuchenną.
Ktoś powie: sól koniecznie niejodowana, woda koniecznie zdrojowa, ogórki koniecznie gatunku Ucayali. Chrzanienie.


ogórki dziś

Na drugi dzień nadają się do konsumpcji. Na trzeci dzień nie nadają się, bo ich nie ma. Uch! Och!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...