Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

18 czerwca 2020

Złocisty świt

Halo, Ziemia! Jest tam kto?

Golden Dawn Arkestra to nieprawe dzieci free-jazzmana Sun Ra (z jego najpierwszej Arkestry) i trzody George'a Clintona z P-Funk - krótko mówiąc dubeltowe clones of D. Funkenstein. Osiwiali i przytuczeni hipisi z nabranym nowym narybkiem. Uważaj! Skąpany w kompletnym kampie utwór (?) Allo Allo Boom, po piątym wysłuchaniu (i trzecim obejrzeniu) podstępnie dokonuje inwazji porywaczy ciał i zmienia oblicze mózgu, tego mózgu.
Uważaj! Doktor Plama i maharadża są "Pod Złotym Leszczem"!


Wczuj się w te kolory, te wzory, te tekstylia i akcesoria:


Przy okazji wysiłki dęte zaiste nie byle jakie. A tu to już całkiem chyłkiem zupełnie naprawdę:


Niby więc zabawa, oko przymrużone, kot w worku a palec w bucie, chałupniczy trip w przeszłość, w przyszłość i w głąb szafy, Rekwizytornia - prawdziwie zbójeckie nazwisko, ale muzykanctwo na najwyższym wszechświatowym poziomie. I pionie!





30 kwietnia 2019

Żygi na rondzie

Tak, tak: żygi. Na szczęście przez z z kropką. Tak się bowiem sam w jaźni spolszcza tytuł miniatury Jeana-Philippe'a Rameau: Gigue en rondeau. No, po prawdzie takiego słowa w polskim języku ni ma. Jest gigue, z francuska, albo z brytyjska jig. W zaraniu taniec pochodzenia szkockiego (nazwa prawdopodobnie od alternatywnego miana skrzypiec, obecnego w niemieckim Geige), w wersji wyrafinowanej - część barokowej suity (czyli wiązanki tańców). W wersji J.P. Rameau - kolejny błyskotliwy okruszek klawesynowy o bardzo zaczepnej melodii. Gra Scott Ross (w czapeczce)






30 grudnia 2018

The Beatles – The Beatles

Rok 1968 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.

Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się... Co? Nie. Wróć. Oczywiście samo mi się to zaczęło pisać.

Rok 1968 był to dziwny rok, a raczej: szczególny rok. Coś się kisiło, przetrawiało i fermentowało, jak nie przymierzając w 1848, czy 1791... Czasem bowiem zdarzają się takie lata (w sumie - oby jak najrzadziej). Dość wymienić (roz)ruchy młodzieżowe na całym świecie – nawet nie tylko zachodnim, bo i u nas. „Praską wiosnę” i jej breżniewowskie zmrożenie z udziałem PRL. Mafijne porachunki w łonie PZPR. Zabójstwa Kennedy’ego nr 2 i MLK. Nową odsłonę wojny w Wietnamie. Itd.

W muzyce (rozrywkowawej): kilka epokowych debiutów, parę prześwietnych kontynuacji, w praktyce - początek najświetlistszej pięciolatki rock and drola.

W końcówce tegoż roku swoją nietuzinkową płytę wypuścili także Beatlesi i właśnie nieopodal wybiła tego rocznica pięćdziesiąta. Dla mnie osobiście wydawnictwo Beatlesów numer (na podium) 4: beztytułowy i bezokładkowy podwójny album AD 1968. W zeszłym roku napomknąłem nablożnie z okazji podobnej rocznicy o poprzednim – Sgt. Pepper’s…, którego NIE wybrałem do żelaznego zestawu 100 płyt z tworzywa. Tym bardziej więc powinienem wspomnieć o płycie, która w tym zestawie figuruje.

I tytuł (maksymalnie bezpretensjonalny, w innych przypadkach rezerwowany przeważnie dla debiutów płytowych) i owa bezokładkowość chyba miały stać w radykalnym kontraście do dziwacznego (pretensjonalnego? co najmniej wydziwionego) tytułu oraz superpstrej okładki płyty poprzedniej, z ’67. Zawartość muzyczna też odmienna: bo choć równie skrząca się formalnie, to jednocześnie skrajnie eklektyczna, w przeciwieństwie do przykrojonej na psychodeliczną modłę poprzedniczki. Tak, jest tu chyba wszystko, jeśli chodzi o podgatunki muzyczne na rok 1968, a kilka momentów nawet wyprzedza w tej dyscyplinie epokę.

Zanim zagłąbimy się w ową zawartość, spójrzmy najpierw jednak na futerał materialny tego dokonania. Jest to album dwupłytowy – relatywnie rzadkość zarówno wówczas, jak i dziś w regularnej dyskografii studyjnej zespołu rockowego. Okładka, jak się rzekło, krańcowo minimalistyczna: kompletnie biała, tylko z nazwą zespołu w takimż kolorze, dlatego wytłoczoną na wypukło (stąd potoczna nazwa „Biały album”). W środku jeno dostajemy portretowe podobizny czterech muzyków (w formie osobnych fotosów) oraz dziwny foto-kolaż stanowiący tło dla tekstów piosenek.

Mówi się czasem o przy okazji wydawnictw dwupłytowych, że z powodzeniem można by wycisnąć z każdego krążek jeden, za to prześwietny. A jeśli się nie mówi, to tak po prostu bywa. Pewnie nie inaczej w przypadku The Beatles The Beatles. Pokuśmy się o próbę takiej selekcji – pamiętając, że to jednak zespół jedyny w swoim rodzaju, i że nawet niezbyt udanego (wbrew obowiązującej opinii) Sierżanta nie jesteśmy w stanie ot, tak skreślić. A więc leciem po kolei z opinią własną na temat każdego z utworów. Dla ułatwienia i zbliżenia się formalnego do formy infografiki, która staje się powoli jedynym przyswajalnym źródłem informacji, zastosowano kod kolorystyczny. Żółte – tak, czerwone – nie. Voilà:

strona 1

1. Back in the U.S.S.R.
Odgłos lądującego samolotu wprowadza prawidłowo w rockandrollowy nastrój tego klasycznego rockandrolla, przeszkadza jednak jego toporność i po prostu wybeczany przez McCartneya wokal. Choć to skąd inąd bardzo dobry wokalista. No, jednak nie tutaj. Jednak nie.

2. Dear Prudence
Na ukojenie dostajemy doskonałą piosenkę Lennona, jeden z najlepszych momentów całego albumu. McCartney rehabilituje się kapitalnie grając na perkusji, które to stanowisko opuścił chwilowo w wyniku kryzysu egzystencjalnego etatowy perkusista zespołu, Ringo Starr. Piosenka ponoć napisana gwoli ośmielenia nieśmiałej siostry Mii Farrow (?!), co jest zresztą nieważne. Warto zwrócić na typowo beatlesowskie zaśpiewy, solo gitary elektrycznej, no i te nietuzinkowe bębny.

3. Glass Onion
Znów mocny numer – jakby echo psychodelicznych dokonań z pamiętnie kwasowatego roku poprzedniego, ale wyższej próby, może po prostu prościej rockowy. Lennon dobrze też drze paszczę, co zapowiada jego świadomy styl z lat mających nadejść. Tytuły okolicznych piosenek wplecione w tekst.

4. Ob-La-Di, Ob-La-Da
Kuźwa, nie. Melodia, nawet sam pianinkowy wstęp, osobliwie zaś refren są megachwytliwe, ale już po kilku przesłuchaniach spod pozłotki przeświecać zaczyna tani plastik. McCartney. Nic do dodania.

5. Wild Honey Pie
A to też McCartney i niby kuriozum, ale jednak coś w nim jest. Jakaś bezczelność przynajmniej. W sumie więc wyżej cenię „Wild Honey Pie” niż „Honey Pie” właściwe, o czym poniżej.

6. The Continuing Story of Bungalow Bill
Tu z kolei Lennon stara się znów błysnąć piosenkopisarstwem dla milusińskich, ale gorzej mu to wychodzi niż w przypadku choćby „Yellow Submarine”. Śpiewać do wtóru jednak można, wyzwoliwszy swoje wewnętrzne dziecko. W sumie chodzi o zabawę, nie?

(Ciekawostka: fragment wymiałczany przez Yoko Ono jest jedynym niebeatlesowskim wokalem w dorobku grupy. Uwaga, ponoć piękna kadencja hiszpańskiej gitary poprzedzająca piosenkę pochodzi z biblioteki dźwięków instrumentu melotron. Ech).

7. While My Guitar Gently Weeps
No, robi się poważnie, chyba po raz pierwszy od początku płyty. Solenny rockowy hymn Harrisona z gościnnym udziałem kolegi E. Claptona na tytułowej łkającej gitarze. Utwór niby tradycyjny w strukturze, ale brzmiący bardzo nowocześnie, jak na 1968 rok…

8. Happiness Is a Warm Gun
Niezależnie od kolejności rzeczywistego nagrywania nagrań, która oczywiście ma się nijak do kolejności utworów na płycie – tutaj mamy jakby przedłużenie nastroju poprzedniej piosenki. Bardzo piękny początek wprowadza w łańcuszek muzycznych pomysłów w skondensowanej pigułce zapowiadających jakby modus operandi zespołów progresywnych z następnej dekady (tak, są i zmiany tempa!). Wszystko osadzone w najlepszej próby lennonowskiej niejednoznaczności. Końcówka bardzo beatlesowska.

strona 2

9. Martha My Dear
Pierwsza z łańcuszka ballad akustycznych i nieakustycznych albumu. McCartney śpiewa z towarzyszeniem smyczków i dętków o swoim psie, ale tak uroczo, że mu to ostatecznie odpuszczamy.

10. I'm So Tired
Typowa dla Lennona introspekcja / psychoanaliza. A przy tym bardzo dobra piosenka, ciekawa aranżacja też, aż po zwartą kulminację.

11. Blackbird
Kos. Druga ballada McC, w pełni akustyczna, tzn. głos i gitara (pukanie w tle jest podobno po prostu metronomem). Jedna z najlepszych w dorobku tego z całych sił aspirującego do bohemy piosenkopisarza. No i kos.

12. Piggies
Zabawne, ale nie aż tak, jak miało być. Plus za pastisz muzyki rokokokowej. I ogólnie dopracowaną produkcję. Harrisona stać jednak na więcej. Nie tylko na góralską nutę z końcówki.

13. Rocky Raccoon
Pastiszowania ciąg dalszy, trudno wszak powiedzieć co pastiszuje McCartney. Samego siebie? Eklektyzm albumu sięga wysokich stężeń, a to jeszcze nie koniec! W sumie fajnie się ta piosenka nawarstwia instrumentalnie (i wokalnie) i kumuluje, ale daleko jej do miejsc medalowych.

14. Don't Pass Me By
Ringo Starr to koleś bardzo sympatyczny, i, jak wiadomo, obdarzony sporą vis comica. Można mu więc wybaczyć i ten jej przejaw. W końcu to też pierwszy (z dwóch w ogóle w karierze zespołu) wysiłków twórczych perkusisty.

15. Why Don't We Do It In The Road
No i można było tak więcej i dłużej, McCartneyu. Podobno inspirowane przez małpy w Indiach.

16. I Will
Wątku kameralnie balladowego ciąg dalszy. Jest zwięźle, uroczo, ale ów płód talentu McCartney jest o klasę gleby niżej niż zestawiony z nim w parze ten jego kolegi po gitarze.

17. Julia
Czyli właśnie to. Jedna z licznych - i bodaj czy nie pierwsza - serenad Lennona skierowanych do jego kosookiej muzy. Tak czy siak, jest pięknie, jak być powinno.
Koniec płyty pierwszej.

strona 3

1. Birthday
Z biglem zagrany biglowaty kawałek, razem napisany ad hoc i razem zaśpiewany przez duet Lennon/Mccartney – rzadkość już na tamtym etapie. I cóż poradzę na to, że kojarzy mi się z sygnałem wiadomości Rozgłośni Harcerskiej z końca lat 80. ...

2. Yer Blues
Samobiczowania Lennona ciąg dalszy (zapoczątkowanego już w „Misery” z pierwszej płyty, kontunuowanego w „Nowhere Man”, uwieńczonego „I Hate Myself and I Want to Die”… A nie, to nie jego…). Przy tym świetny, surowy i korzenny kawałek. Podobno muzycy zamknęli się w ciasnej kanciapie obok studia nagrań i tam zagrali na żywo, tworząc prawdziwy rockowy kamień, ba – głaz.

Ech, można puścić też wodza fantazji i wyobrazić sobie wykonanie w składzie Lennon, Keith Richards (na basie), Clapton i Mitch Mitchell (na garach). Zaraz, zaraz – było takie wykonanie! Też właśnie stuknęło mu 50 lat.

3. Mother Nautre's Son
Powtórka z rozrywki – coś jak melanż „Martha My Dear” z „I Will”, czyli kolejna ballada McC. Może być, lecz ciężar gatunkowy nie ten. Lekkie to jak kisiel, i tak smakuje. „Ło ło ło” z końcówki delikatnie sugeruje leciutką zbędność bytu tego nagrania.

4. Everybody's Got Something to Hide Except Me and My Monkey
Długi tytuł, to można powiedzieć przede wszystkim o tym rockerze Lennona. Też klasyk, ciekawe brzmienie… ale czegoś jakby za mało. Dziwnie!

5. Sexy Sadie
Może gdyby zamienić tempa w tym i poprzednim utworze otrzymalibyśmy ewidentny odpad i ewidentne dzieło? Trudno powiedzieć. Song generalnie poświęcony (?) guru, u którego Beatlesi terminowali wiosną 1968 w Indiach, a który, jak się okazało, prócz ascezy i medytacji cenił także zmolestować sobie tę czy ową damę.

Temat modny i (nie)wygodny i dziś. Piosenka zaś w warstwie muzycznej (wokale tudzież instrumentacja) wzorcowo beatlesowska.

6. Helter Skelter
A teraz z innej beczki!
Beatlesowszczyzna przebija może z chórków, ale czegoś tak ciężkiego i brudnego nawet Black Sabbath wówczas nie nagrywał (bo go jeszcze nie było)! Ostra jazda od pierwszego szarpnięcia drutów! Protoheavymetal w pełnej krasie. I GOT BLISTERS ON MY FINGERS! JEB!
Uff! Szapo ba, mister McCartney.

7. Long, Long, Long
Genialne uzupełnienie poprzedniego utworu w formie zaprzeczenia i ukojenia. Harrison najwyższych lotów w rytmie walca. Światło na organy Hammonda. Światło.

strona 4

8. Revolution I
Pierwsza z kilku „Rewolucji” Lennona. Zagrana z największą bluesową dezynwolturą, toteż gładko przyswajalna i lekkostrawna. Źródło nb. przyszłego nieporozumienia pod nazwą No. 9. Szubidu-a, ooł, szubidu-a, ooł. Ołrajt!

9. Honey Pie
Kolejny – który to już – pastisz McC. Tym razem w wersji wodewilowej. Kiwać palcem w bucie można, nic ponad to.

10. Savoy Truffle
Harrison trzyma poziom, ale znów – stać go na więcej. Dlaczego, ach, dlaczego nie weszło na płytę przezacne „Not Guilty”? No ale funkujące dęciaki nie pozwalają głosować na „nie”.

11. Cry Baby Cry
W tej piosence Lennon (nie po raz pierwszy) ociera się o jakiś absolut, jakąś tajemnicę. Cholera wie, o co chodzi, ale jakąś elektryczność czuć w powietrzu. Beatlesi wysublimowani, skondensowani i skropleni. Tylko zażywać.
Ukryty bonus (tzw. obecnie hidden track): „Can You Take Me Back?” McCartneya stawia kropkę nad tym ypsylonem.

12. Revolution 9
Kiedy to pisałem, to jednocześnie albumu słuchałem. Tę ścieżkę tradycyjnie pominąłem. Ciekawe na swój sposób, ale absolutnie pozamuzyczny. Zaczyna się nawet intrygująco, ale szybko to mija, choć mamy do czynienia z najdłuższym utworem (?) w dyskografii zespołu. Plus za odwagę umieszczania tego rodzaju wykwitów w 1968 na albumie rockowym (choć pewnie Beatlesom i tak wszystko było(by) wolno). Minus za całokształt. Na „Biały kwadrat na białym tle” Malewicza można spojrzeć raz, Revolution 9 raz przesłuchać – żeby zapoznać się, dowiedzieć, raz pokiwać głową, raz się po niej podrapać. I iść w swoją stronę.

13. Good Night
Na dobranoc - he – kołysanka. Aranżacja może przekracza ramy zanadto, ale słodkość wykonania tego napisanego przez Lennona dla Ringo kawałka niweczy wszystko do cna (?). Dream sweet dreams

No i koniec. No i tyle. Krótkie chwile.

Czym jest więc ta płyta? Podsumowaniem dostępnych gatunków w muzyce rozrywkowej, nakreśleniem kierunków na przyszłość, przeglądem możliwości twórczych każdego z członków zespołu, prezentacją umiejętności produkcyjno-aranżacyjnych George’a Martina i EMI…? Wszystkim po trochu. Brak może dziełu temu zwartości, kolejne numery lecą nieprzerwanie na zasadzie „a teraz z zupełnie innej beczki”… Ale da się z tego natłoku wyłowić perły najczystsze.



Dwupłytowy album prawie bez mała wypełnił plan wydawniczy kwartetu na rok 1968. Oprócz niego wyszły (inaczej niż w poprzednich latach) tylko dwa single: pierwszy „Lady Madonna” / „Inner Light” – odpowiednio Mccratneya (pastisz? jazzowy) i Harrisona (inspiracja? hinduska).  W porządku, zacne obiedwie, ale znamienny jest singiel drugi. Epokowa pieśń McCartneya „Hey Jude” sparowana z inną, szybszą wersją „Revolution” (bez numeru) Lennona. Cóż mogę rzec? „Revolution” w tej wersji – mimo drapieżnego wstępu – podoba mi się mniej, niż ta albumowa (oczywiście 1, nie 9). Co do „Hey Jude”… Jest to zarówno subiektywnie jak i obiektywnie jeden z najlepszych kawałków wszechświata. Rockowy hymn, stojący na jednej półce w lamusie z „Bohemian Rhapsody”, „Stairway to Heaven” i „Laylą” – cokolwiek by się sądziło o każdym z tych przypadków… Powiem tylko, że u zarania mojej młodości byłem na obozie wakacyjnym, mniejsza gdzie i o jakim profilu… Najstarszy z nas miał magnetofon – zebrało się kilka kaset. Szybko wyeliminowaliśmy „Mury” Kaczmarskiego wreszcie dostępne w oficjalnym obiegu, itp. Zostały właściwie tylko dwie składanki: Janis Joplin i „Ballady” Beatlesów. Skończyło się na tym, że raz dziennie leciało „Summertime” i… z kilkanaście razy „Hey Jude”. Mniej odporni stopniowo wymiękli - wychodzili. Ja nie.


Przed rozpoczęciem sesji do Białego albumu Lennon i McCartney wpadli do wiejskiej chaty Harrisona w Esher i tam, na czterościeżkowym magnetofonie, nagrali po kolei solo z akompaniamentem gitary wszystkie swoje bieżące pomysły. Większość z nich naturalnie trafiła w dopracowanych studyjnie wersjach na płytę. Nagrania poczynione wówczas są jednak kapitalnym dokumentem roboczym, brudnopisem tych trzech mistrzów piosenkopisarstwa.  W oszczędnej aranżacji gitara-tamburyn-śpiew, nawet „Ob-la-di, Ob-la-da” nabiera surowego, naturalnego uroku! A co dopiero takie arcydzieła jak „While My Guitar Gently Weeps”, które błyszczą tu nowym, chropowatym blaskiem.

Przez lata ukazywał się co rusz ten materiał jako bootleg w bardziej lub mniej „zremasterowanej” formie. To jednak, jak w klikupiosenkowym wyborze zabrzmiały na oficjalnej kompilacji Anthology 3, spowodowało, iż niejednokrotnie zastanawiałem się, dlaczego nie wydadzą kompletu – albo czy i kiedy – w końcu w postaci regularnej płyty, „White Album Unplugged”.

No i jest! Jak to mówią: mówisz – masz. Z okazji L-lecia wydania albumu ukazała się nowozmiksowana wersja WRAZ z bonusową płytką zawierającą komplet sesji z Esher.  Tu nie tylko działa mechanizm „jak sprzedać zdechłego psa”. Jak się okazuje, po 50 latach nagrania trafiają do tzw. publicznej domeny. Aby tego uniknąć, materiał należy przepakować i wydać – na nowo lub po raz pierwszy. Stąd wysyp reedycji z bonusami w ostatnich latach!

Nie tylko zresztą wypuszczono wreszcie „Esher Demos”, jak ktoś chce się szarpnąć, to za jedyne 500-600 złotych może dostać wersję sześciopłytową, w której trzy ostatnie dyski zawierają wszelkie uwagi godne nagrania z pracy w studio nad Białym albumem. W tym także nareszcie nieskróconą, dziesięciominutową, ospałą i senną wersję „Helter Skelter”. Itp.

Ciekawe, czy w przyszłym roku pojawią się archiwalia z nagrań do Let It Be (kilkadziesiąt godzin muzyki) oraz Abbey Road!




75. The Beatles – The Beatles  1968





6 marca 2018

Tak mi róbcie, tak mi dobrze!

Czasem wpadnie się na jakiś muzyczny wyprys, z którego trudno potem wypaść. Czasem nawet przez dłuższy czas.
Na przykład. Jest taki twór - Iron & Wine - z Hameryki. Pod tym kryptonimem - podobnie jak w przypadku już opiewanego tu Songs: Ohia oraz poniekąd Beirutu, tudzież jeszcze innego, tu nieopiewanego - kryje się jednoosobowe przedsięwzięcie jednej osoby: o dwusylabowym, bezpretensjonalnym nazwisku Sam Beam.
Stylowa szuflada: indie, podszuflada: indie-folk, indie-rock, indie singer-songwriter, indie grube dziew...  nie, to było gdzie indziej. Tak bardzo jeszcze nie zagłębiłem się w twórczość tego tworu. Mapowałem jeno co nieco uchem zaledwie na YT, nie jestem więc tu miarodajny ekspercko. Ale z mapowania wynikają poniekąd niezatarte wrażenia.

Na przykład: twór ten - tym razem niesolo, a z towarzyszeniem pogranicznej grupy Calexico - nagrał
- na przykład - utwór ten:


Uś! Tak mi róbcie, tak mi dobrze!
Straszliwie konweniuje mi ów swampowy blues podpięty pod prąd! A do prostego rytmu aż kiwam się rytmicznie jak uczeń jeszywy nad Talmudem. Gitary, orrrrgan, warcząca harmonijka, gary i bas.
Doskonałe. Doskonałe.





18 grudnia 2017

Wizyta w Veere

Dziś - jako że wkroczyliśmy w zimę jesieni - zapraszam do słonecznego, zielonego od drzew i wody Veere.
Znajdujemy się w Zelandii. Starej. A więc nie tak daleko, w porównaniu z Nową.

Znasz Veere? No jasne, że nie. Bo to nie jest jakiś przesławny cel wędrówek. Ja też nie znałem Veere, aż go zaznałem. Miasteczko jest urocze. Można rzec - skrajnie gemütlich, pardon, gezellig.

Zapraszam, akurat mamy piękny dzień sierpniowy.


Typowa niderlandzka Gemütlichkeit, pardon gezelligheid. Nota bene firanki.


Patrzymy na zabytkowy ratusz, w stylu charakterystycznym dla szeroko rozumianej okolicy (północ Europy).


Szabla światła między ratuszem a domami.


Typowy element niskoziemskiego pejzażu - most wzwodzony. Tutaj: most królowej Beatrycze (było to jeszcze przed abdykacją). Od mewek ojsrany.


Widok rynku. O, zgrozo! Drzewa! Jak to?! Przegapili dotację unijną na wycięcie i wykostkowanie??
A gdzie multimedialna fontanna?!


Nieodzowny kerk.


Nawet garaż jest tu jakże gemütlich, pardon, gezellig.


Widziemy bramę nad nadbrzeżem. Miasto było portowe. I jest nadal, choć portowość jest sportowa.


Typowe okiennice. I inne staroświeckie zdobienia.


Nadbrzeże sportowe.


Dzielni veerzańscy młodociani zejmani. A może przyjezdni. A może przepływni.


Oszczędnością i pracą Holendrzy się bogacą. No i handlem, co tu dużo mówić.


Gemütlich uliczka. Pardon, gezellig.


Refleksja natury ogólniejszej (z dedykacją dla mądrych niewiast):
Holandia słynie - od jakiejś, lekko licząc, setki lat - ze swej awangardowej architektury. Haczyk jednakże tkwi w tym, że przejawy tej architektonicznej awangardy - wobec zachowania się tam setek takich Veerów - są jak rodzynki w cieście, cieście tradycyjnego antropopejzażu. Sensem zaś ciasta jest samo ciasto, rodzynki są dodatkiem, niekoniecznym, a nawet nie każdy je sobie ceni. Stąd więc próby przeszczepiania awangardy holenderskiej proweniencji na np. nasz grunt przyrównać można do próby stworzenia gówna z rodzynkami. 


Czym jeszcze, poza arcykorzystnym wyglądem zewnętrznym, odznacza się Veere?
Tutaj działał - aż zmarł - lokalny twórca, Adrianus Valerius (pochodzenia francuskiego). Poeta, historiopisarz, kompilator, kompozytor itd. - jak to bywało wówczas w modzie. Znany mi jest wyłącznie z jedynie jednej kompozycji, songu La Boree zamieszczonego na płycie "Praetorius - Dances from Terpsichore". Michael Praetorius był z kolei niemieckim (pochodzenia śląskiego) kompozytorem, kompilatorem i teoretykiem, a "Terpsichore" to zbiór tańców renesansowych jego kompozycji lub kompilacji. Jeden z tych tańców bazuje na wyżej wspomnianym songu, stąd i on sam, dla porównania, pojawia się na płycie.

Pieje Lena Hellström-Färnlöf, grają lutnie z zespołu Westra Aros Pijpare (pochodzenia szwedzkiego).
Ostrzegam: melodia niezwykle chwytliwa!








31 sierpnia 2017

Nina Simone

„My Baby Just Cares For Me” - każdy, kto nie dorastał wśród bagien Polesia, zna ten utwór. Ja też znałem oczywiście i przez długi czas było to moje jedyne skojarzenie z Niną Simone. W ostatnich latach zaczęło się to zmieniać, tzn. poznałem jedną po drugiej kilka innych piosenek w jej wykonaniu.
Jej! Jest ich - tych nowych - niewiele - tyle, co palców u dłoni przeciętnego drwala, ale jedna w drugą są prześwietne!

Co więcej - okazuje się, czego świadom nie byłem, że artystka ta nie tylko śpiewała, ale i grała na fortepianie, który przecież na przykład w wyżej wymienionej piosence jest głównym aktorem, nieprawdaż? Nie byłem tego świadom, gdyż być może obraz zmąciło mi zaznajomienie się z plastelinowym filmikiem wyświetlanym ongiś w kinach przed daniem głównym, czyli obrazem pt. „Wściekłe gacie”...


Mój szacunek dla Niny Simone tym samym zgiął się w ukłonie do podłoża.
A zgiąłby się i tak, wobec tego, czym jest i jak prezentuje się utwór „Sinnerman” w jej wykonaniu.


O kurczę, co za utwór. Rozplaskanym na podłodze, a po tej kodzie muszę pójść zrobić sobie zastrzyk z gliceryny na ukojenie...
Potem dopiero można wsłuchać się w „Funkier Than a Mosquito's Tweeter”, w którym prym wiedzie szaleńcza sekcja rytmiczna - bas i perkusjonalia, oczywiście poza główną bohaterką seansu, gróbowargą, ciemnolicą śpiewaczką.


Tymczasem wakacje należy uznać za odbyłe.
Lato zaś... Jeszcze jest. Ale przypomina się anegdota z Murmańska:
- Jaka tam u was zima? Pewnie długa i ciężka?
- Nieee. Zimy zaledwie 10 miesięcy... A potem już tylko lato i lato!








27 czerwca 2017

Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band

Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band
czyli Beatlesi psychodeliczni
czyli także Magical Mystery Tour
oraz Yellow Submarine
itd.


W początku czerwca przywiało z oddali fanfary oznajmiające 50. rocznicę wydania albumu Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band zespołu The Beatles.
To nie jest blog okolicznościowy, ale skoro otworzyło mi to w mózgownicy klapkę z tą nazwą, to czemu nie skreślić kilku zdań przy okazji?
Jest to płyta NIEWĄTPLIWIE szczególna. Z pewnością legendarna. Powszechnie uważa się ją za przełomową, odkrywczą i doskonałą. Zwyczajowo zajmuje pierwsze miejsce w zestawieniach albumów wszechczasów itp.

Dowiedziałem się owych rzeczy o tej pozycji, zanim ją poznałem. Uwierzyłem - jako człek bardzo wówczas młody - na słowo i tak więc ją przyjąłem, i postrzegałem od pierwszego odsłuchania.

Na fali tej famy była to też pierwsza rockowa - a może i w ogóle? niewykluczone! - płyta, jaką sobie kupiłem. W sklepiku MegaDisk, który mieścił się przez lata na zapleczu warszawskiego Nowego Światu, ale wówczas w Alejach Ujazdowskich przy placu Trzech Krzyży (w gmachu Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli, dawnym Gimnazjum Królowej Jadwigi). Kosztowała mnie 195.000 złotych (dzisiejsze 19,50) - co było ówczesną tzw. pełną ceną (dziś to ok. 50 - 80 złotych, w zależności od sklepu), a dla mnie - ruiną finansową. Zwykły kompakt w plastikowym pudełku był dodatkowo umieszczony w tekturowym futerale wysokości mniej więcej płyty winylowej. Ciekawostka. Na tej tekturce umieszczona jest w pomniejszeniu wycinanka (!) pierwotnie obecna w wydaniu winylowym.

Czas jednak dokonał kontroli jakości i dla mnie - wielkiego miłośnika twórczości Beatlesów - jest to teraz płyta bodaj czy nie NAJSŁABSZA w dorobku grupki!

Oczekiwania najpierw, legenda potem, wpływ na innych muzyków epoki i późniejszych, wreszcie znamienna, osobnej wagi okładka itd. itd. - cała otoczka! - znacząco przerosły bowiem jej rzeczywistą zawartość muzyczną.
I chyba w tych wszystkich naddatkach tkwi jej sukces, znaczenie i inspiracja dla świata (pop)kultury. Trzeba przyznać, że jest to jedna z pierwszych (może druga) płyta z taką starannością i zamysłem wyprodukowana. Że aż nazywa się ją pierwszym (albo drugim) koncept-albumem (tym pierwszym ma zaś być Pet Sounds Beach Boys...). Faktycznie: utwory są połączone, jest wstęp i repryza, mamy sporo dźwiękowych niespodzianek i dodatków nadzwyczajnych. Na przykład niby-publiczność obecna na występie Orkiestry sierżanta Pieprza. Przebogate instrumentarium też nie jest oczywistością, zwłaszcza jak na owe czasy. No - dużo się na niej dzieje. A jednak...

"Getting Better", "Lovely Rita", "Good Morning, Good Morning", "When I'm Sixty-Four", a nawet słynna aluzja do kwasowego tripu "Lucy in the Sky with Diamonds", to piosenki sprawnie napisane i poprawne, bardzo przyjemne. Ale i puste jak wydmuszka. Z czym do ludzi? Czy z tego naprawdę ma się składać album przełomu i wyznaczania nowych horyzontów??

"She's Leaving Home" był chyba jedynym numerem Beatlesów, który odpuszczałem sobie z zasady, nawet w czasach, gdy wierzyłem opiniom o Sgt. Pepper's...

Nawet mój ulubiony George Harrison w swoim jedynym (niestety) numerze lekko zawodzi. W dwóch znaczeniach tego słowa: jest to bowiem najgłębiej zanurzony w hinduskim sosie kawałek dźwiękowy w karierze grupy. Niestety - summa summarum lekko nudny. Przez niego pewien czas w swym życiu myślałem, że nie lubię muzyki hinduskiej! Na szczęście się myliłem...

Co jest więc dobrego na płycie?
Utwór tytułowy i otwierający - odznacza się niejakim pazurem, zwłaszcza w swojej krótkiej repryzie kończącej (prawie) zestaw.
"With A Little Help From My Friends" - fajna piosenka, jak skrojona dla Ringo; trudno jej nie lubić, podobnie jak śpiewanej przez tego sympatycznego perkusistę "Yellow Submarine" z poprzedniego albumu. Atoli prawdziwie rockowy potencjał wydobyła z niej dopiero pamiętna wersja Joe Cockera...
"Being for the Benefit Of Mr. Kite!" - lennonowska psychodelia wyższej próby, ewokująca szczególne nastroje. Jest i psychowalczyk.
"Fixing A Hole" - ciekawa i chyba trochę zapomniana, czy raczej przytłoczona przez inne, kompozycja McCartneya.

No i wreszcie: "A Day in the Life".
Jedyny utwór, który dorównuje zapowiadającej nowe czasy muzyczne, nagranej w początkach sesji do płyty, jeszcze u schyłku 1966 roku, piosence "Strawberry Fields Forever".
No tak. To podobnie jak i ten kawałek, rockowe arcydziełko Lennona. Nawet fragment od McCartneya wpleciony w środek, wesołkowaty na modłę piosenek wymienionych na wstępie, nie psuje kompozycji. Może nawet prawem kontrastu uwypukla jej walory. Szalone crescendo orkiestrowe i akord końcowy wieńczą dzieło.

Potem jest jeszcze słynny kolaż dźwiękowy, na oryginalnej, czarnej płycie niemilknący ad infinitum... Ale to jeden z walorów pozamuzycznych.


Co do "Strawberry Fields Forever", to nie zmieściła się na albumie, wydano ją na singlu. Z drugiej jego strony - McCartneya "Penny Lane".
Znów, jak i w przypadku "A Day in the Life", widać tu różnicę gatunkową w potraktowaniu podobnego tematu przez obydwu naczelnych Beatli. Nie odmawiam McCartneyowi wielkiego talentu i licznych wspaniałych dzieł gatunku, ale... I "Penny Lane", i środkowy fragment "A Day in the Life" wypadają blado i błaho przy odpowiednikach Lennona.
"Strawberry Fields Forever" to utwór kapitalny i na swój sposób - choć to nigdy nie było dla mnie wyznacznikiem jakości w sztuce i dziedzinach pokrewnych - wyprzedzający swój czas. Poza wybitną kompozycją, jest to także arcydzieło szczególnej, poszukującej reżyserii dźwiękowej, czyli produkcji. Można sobie wyobrazić, że taką piosenkę spokojnie można nagrać i dziś.
Najwyżej powiedziano by, że jest mocno... beatlesowska.


Pozostałe wysiłki słynnej grupki z owego roku również po części okazały się błędne. Piosenka "All You Need is Love" odegrana w telewizyjnej transmisji na świat, była wspaniałym entrée i ostrogą do "lata miłości" czyli wakacji'67. Ale... no - to nie jest dobra piosenka. Pod warstwą chwytliwej pozłotki wyziera plastik. I koniunkturalność. Mimo Marsylianki jako wstępu, autocytatów i Micka Jaggera w chórku... No, ale sukces i legenda.

Na fali sukcesu, Beatle rzucili się ku kolejnemu przedsięwzięciu "artystycznemu". Była to - co już wszyscy zgodnie przyznają - kolejna porażka: telewizyjny film "Magical Mystery Tour". Jeśli przyszła by Ci, Czytelniku, skowronku Ty mój, z ciekawości chęć rzucić okiem - szczerze odradzam. Jest beznadziejny, a chwilami nawet obleśny. Cóż! Chłopcy znów za bardzo uwierzyli w swoje artystyczne posłannictwo, i że wszystko, czego tkną, zamieni się w złoto.

Broni się tylko muzyka. "I Am the Walrus", "The Fool on the Hill" - to klasyki, które trza znać.
A nawet jedyny w oficjalnym katalogu "instrumental": "Flying". Utwór tytułowy to też zacny - nieomal - funk. Ale chyba najciekawszy, najbardziej ambitny i być może najnudniejszy jest kawałek Harrisona, "Blue Jay Way".

Plusem obrazu jest wpleciony w chaotyczną fabułę występ nieocenionej - również zasługującej na swą blogową notkę - grupy Bonzo Dog Doo-Dah Band!

Warto odnotować na marginesie, że materiał z filmu oryginalnie nie ukazał się jako osobny LP. Wyszedł pierwotnie jako podwójna "epka". Dopiero później z tejże epki i singli, wydanych w roku wojny sześciodniowej, i które stanowią drugą stronę (czy połowę CD), ulepiono cały album pod wspólną nazwą.

Dziecięciem roku 1967 był też film animowany "Yellow Submarine". Ze względu na czas realizacji wynikający z ówczesnej ręcznej technologii, ukazał się w dopiero w 1969. A więc, kiedy inna była i muzyka, i nawet facjaty (już stricte hipisowskie) kwartetu, co właśnie schodził był z wolna ze sceny. Ten film dla odmiany zobaczyć można, a nawet - choć raz - trzeba! Choćby po to by uchwycić klimat chwili "lata miłości", w okolicach którego powstawał.

Do kanonicznej dyskografii zalicza się i soundtrack z filmu, noszący tę samą nazwę. Jest to jednakże komercyjna chucpa - zawiera tylko cztery premierowe piosenki, a całą stronę wypełnia miałka instrumentacja George'a Maritna. Niemniej, te cztery piosenki są godne uwagi, zwłaszcza (aż) dwa utwory Harrisona: "Only a Northern Song" i (szczególnie!) "It's All Too Much" - jeden z najdłuższych w dorobku grupy. Obydwa zresztą frapujące, i szkoda, że nie wzmocniły sobą "Sierżanta Pieprza"!

W mojej własnej krytycznej edycji dzieł wszystkich The Beatles, cztery nowe piosenki z YS włączam do dysku z MMT oraz singlami roku 1967.


Do listy "100 płyt, bez których nie sposób się obejść" zaliczyłem SZEŚĆ spośród sygnowanych przez The Beatles. Sgt. Pepper's... na niej brak, nie ma też Magical Mystery Tour, nie mówiąc już o Yellow Submarine.
Lecz może powinienem uwzględnić bez szemrania cały kanon, czyli 15 sztuk?
Wyznałem w tym wpisie, że nie cenię "Sierżanta Pieprza" i uważam peany tudzież pomniki mu stawiane za nieporozumienie. Ale czy można nie mieć "A Day in the Life" w swoim podręcznym katalogu? Czy da się pominąć ze zbioru muzycznego "Strawberry Fields Forever"? Zapomnieć "It's All Too Much"? Wyrzec się "Only a Northern Song", "I Am the Walrus" i "Being for the Benefit of Mr. Kite!"?
Przecież nawet te inne, przeszacowane, psychodelicznie płoche krawaty kawałki, które starałem się tu sflekować, to klasyki, które już dawno weszły do krwioobiegu...
No więc co z tym zrobić?


(zatem bez numeracji)
The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band  1967
The Beatles - Magical Mystery Tour  1967
+ The Beatles - Yellow Submarine  1969





30 maja 2017

Tenore del passo e mezo

30 maja.
Co lepszego można sobie wyobrazić? Byle polska wieś spokojna...

Dlaczego więc nie przypassoemezzić sobie jeszcze co nieco? Tym razem w odsłonie klawesynowej, co będzie częścią cyklu "efektowne dzieła muzyki piórkiem szarpanej". Oto nadjeżdża "Tenore del passo e mezo" autorstwa Antoniego Valentego. Gra (na płycie 150 anni di musica italiana. Da Valente a Scarlatti) Rinaldo Alessandrini. Kiedyś często słuchane, potem zapomniane. Teraz - przypomniane.


To muzyka szesnastowieczna, a więc przedbarokowa, renesansowa. Można wyobrazić ją sobie graną na pomortach, bombardach, szałamajach do posuwistego tańca dworskim figurkom wystrojonym w swoje frajerskie, renesansowe szaty...

Niemniej - jak głosi książeczka od płyty - zbiór autorstwa Valentego, z którego pochodzi "Tenore..." jest jedną z pierwszych publikacji muzyki ściśle przeznaczonej na instrument klawiszowy. Faktycznie, odbywają się tu znów kolejne wariacje na za(po)dany temat. Tenore bowiem - tenor - to głos wiodący danego utworu, w uproszczeniu: linia melodyczna. Dopiero potem zaczęto tak określać głos ludzki o określonej wysokości i barwie; a w końcu - faceta, który takim głosem beczy.

Płyta ma niezwykłą zaletę pozamuzyczna. Otóż nagrano ją w sali klasztoru Machern w BRD. I przez otwarte okno wpada śpiew ptaków słyszalny w pauzach między utworami. Urocze. Ale w końcu - 30 maja.





26 maja 2017

Passemezzo

Drogi pamiętniczku!

Rodzina życzliwie kiwa głową, znajomi bąkają coś uprzejmie, acz zdawkowo, a byty zasklepione w komputerze czasem wielkodusznie pokażą kciuczek w górę...
Nikt się jednak nie obchodzi tym więcej niż nakazuje etyka i dobre wychowanie.
Ale wiem, że gdzieś jest człowiek, co rozumie. I podziela. I pasjonuje.
Może się kiedyś odnajdzie?

Dlatego publikuję kolejny brylancik - największy z garści, którą zawiera płyta z muzyką Johanna Vierdancka Capricci, Canzoni & Sonatas w wykonaniu zespołu Parnassi Musici, zasadniczo także niemieckiego, z udziałem mieszanym (wyd. CPO, 2005).


Kim był Vierdanck? Komponistą z przyszłego byłego NRD, osiadłym i zakończonym w końcu w Stralsundzie (po słowiańsku: Strzałowie). Wcześniej za życia zetknął się i zazębił w Dreźnie z włoskim mistrzem skrzypczenia, Carlo Fariną (po słowiańsku: Karolem Mąką), autorem m. in. długiego utworu o znamiennej nazwie Capriccio stravagante. Od Włocha pobrał Johann Vierdanck (po słowiańsku: Jan Czworodzięk) naukę i inspirację. Działo się to w połowie XVII wieku, wyłącznie pierwszej.

Czym było passemezzo (pass'è mezzo, passamezzo, passo e mezzo, "krok-i-pół"...)?
Archaicznym tańcem, średniowolnym, wpółdoszybkim. Wraz z innymi, podobnymi przypadkami, wyzwolił się on poniekąd ze służebnej roli tanecznej i zaczął żyć własnym, instrumentalnym życiem.

Czym jest to Passemezzo?
Nagromadzeniem, pod pozorem wariacji na temat, kolejnych zagęszczeń emocjonalnych. Przy tym wcale wirtuozowsko pobrzmiewających, zwłaszcza w nabrzmiałej od napięć piątej minucie swojego trwania. Nie powstydziłby się ich ksiądz Vivaldi, a nawet diabelski Tartini. Aczkolwiek gros dwuskrzypcowo dwugłosowego utworu oparte jest na dość prostym - a skutecznym - koncepcie "zewu i odzewu", czyli efekcie echa. Oraz na śmiganiu w tę i z powrotem na skali nutowej: schodami w górę, schodami w dół.

Czym jest życie? O tym wkrótce w Sadzie rzeczy.





13 maja 2017

Hora may che fora son

Witaj! Kim jesteś i co robisz na moim blogu?
Zresztą - nieważne. Proszę, proszę rozgość się, serdeczny. Pozwól, że się przedstawię: jestem jednym z ludzi, a w tym blogu pokazuję to, co mi się podoba. Zapraszam i Ciebie, żebyś popatrzył/a:


Dziś chciałem pokazać coś, co mi się podoba z rzeczy do posłuchania. Wśród wielu płyt i natłoku kompozycji, czasem wyłowi się uchem taką, która szczególnie uderza swym walorem i zafrapowuje znienacka. Tak było i z utworem anonimowego twórcy zamieszczonym na płycie Musica del XV secolo in Italia, czyli Piętnastowieczna muzyka we Włoszech, zespołu Ars Italica. Po kilku przesłuchaniach, okazało się, że ta właśnie piosenka zapada w jaźn najgłębiej - tak za sprawą melodii, aranżacji, jak i pięknego głosu nieznanej mi skądinąd bliżej Glorii Moretti. Na marginesie zwrócę uwagę, że wiek XV to jeszcze czas przed wynalezieniem operowego belcanta. A więc i pani Moretti - oraz inne głosy zespołu, jak i w ogóle tak „dawni” śpiewacy - śpiewa głosem tyle powabnym, co NORMALNYM, choć rzecz jasna mocnym i dźwięcznym.
Można? Można. Spróbuj, to tylko trzy minuty z Twojego bezcennego życia:


Co do aranżacji, to warto zauważyć, jak pięknie urozmaicona instrumentalnie jest prosta w końcu strukturka melodyczna tej kompozycji, jak jej kolejne okrążenia wzmacniane są zagęszczonym instrumentarium.

Półtora, bez mała, roku temu odsłoniłem tu siedem odsłon jednego muzycznego kawałka, ciaccony Antoniego Bertalego. Między innymi po to, by pokazać interesujące różnice w wykonastwie muzyki dawnej - tym większe, im muzyka dawniejsza. Teraz mogę powtórzyć ów zabieg w mniejszej skali. Zresztą, nie tyle o porównawstwo chodzi, co o pretekst do kolejnego posłuchania tego powabnego utworu. Tym razem w wykonaniu zespołu Micrologus, kierowanego m.in. przez śpiewającą - i dużo lepiej znaną - Patrizię Bovi.


W tym przypadku muzycy wpletli w warstwy wokalne odrobinę madrygałowej polifonijki. Szczególnie udane są partie instrumentów dętych. Chociaż po prawdzie, dotyczy to i tej pierwszej z wersji.

Parę słów o płytach: Musica del XV secolo in Italia wydała włoska wytwórnia Tactus. Ciekawa sprawa z tymi Włochami. Mają tyle muzyki, świetnych wykonawców (jak słychać i powyżej), porządne wytwórnie, a - gdy tam byłem - to prawie nie znalazłem sklepów płytowych! I mówię o czasach, gdy w ogóle takie zjawisko występowało w przyrodzie, dziś to szkoda gadać.

Napoli Aragonese to zaś zbiorek kompozycji związanych z okresem królowania iberyjskich władców w Neapolu i okolicach. (O opanowaniu ćwierci basenu Morza Śródziemnego przez unię aragońsko-katalońską interesująco [jak zwykle] pisze Norman Davies w „Zaginionych królestwach”). Wydany został przez zacną wytwórnię Opus111, założoną i kierowaną przez naszą rodaczkę, Yolantę Skurę. No ale jakieś 15 lat temu biznes przestał się opłacać, Opus połknęła związana z tzw. „majorsami” firma Naïve i label przestał działać.

Na otarcie łez więc, na koniec utworek zamykający Napoli Aragonese - „La vida de Colin”, najbardziej ludyczny i zarazem ludowy na płycie (śpiewy!):


Tym razem skorzystałem z gotowych na YT gotowców, chociaż wcześniej zmontowałem własne filmiki... Cześć!






25 grudnia 2016

Zima

Zima? O, tak.
Persefona znikła pod ziemią, Demeter płacze i siwieje z rozpaczy. Na ludzi pada w zastępstwie słońca blady strach i rzuca szare, rozmazane cienie. Dzień przemija szybko, coraz szybciej, jak czas dzielący tę chwilę od ostatecznego kresu. Wiosną - jeśli jeszcze będzie - wszystko odmarznie i zgnije.

Z dedykacją dla oszukanych przez los, zdradzonych przez życie i zamordowanych przez czas:


(uwaga! prezentowany materiał zawiera rock progresywny)





18 listopada 2016

Milsas dziesma


Czyli prolegomena do folku łotewskiego.


76. Beyond the River - Seasonal Songs of Latvia  1998





30 października 2016

Prolegomena do rocka progresywnego, studium przypadku: Gentle Giant

Wolny wieczór. Co robić? Czytać którąś z kilkunastu czekających na skończenie książek? Obejrzeć coś z zaległych filmów? Rzetelnie przyswoić jakąś godną tego płytę, co cierpliwie czeka na swoją kolej? Upić się „Cisowianką”? A może sieknąć kolejny niepotrzebny wpis, na przykład o muzyce? Bo dawno nie było?? Tak.

Jest takie zjawisko, które już z pewnością przelotnie trąciłem nogą w blogowym przelocie. Nazywa się „rock progresywny” . Wszak do niego zalicza się i Soft Machine, i SBB. Zjawisko szczególnie charakterystyczne dla przełomu lat 60. i 70., tudzież pierwszej połowy tej drugiej dekady. A więc dla czasów szeroko pojętej hipisady, i z niej bezpośrednio wyrosłe.

Nie ma czasu wgłębiać się jakoś szczególnie głęboko w kwestie genezy stylu. Ostatecznie, mówimy tu o muzyce rozrywkowej, jednym z odgałęzień rockandrolla, a więc o rzeczach błahych, że błahsze może być tylko zjawisko seriali telewizyjnych i reklam. Chociaż wszystkie te gałęzie gospodarki generują niebagatelne obroty. Generalnie chodziło o granie troszeczkę bardziej skomplikowane niż „ye ye, I love you” i o dużo, dużo różnych narkotyków. A nie, przepraszam, to hippisi - z nich tylko zespoły progresywne wyrosły. I z dumą podkreślały, że nie z narkotyków ich inwencja, a z wyobraźni i umiejętności.

Najpierw jednak muzycy rockowi sięgnęli jak jeden mąż po zakazane używki i nagle rozszerzyli swój repertuar o dźwięki dziwnie magmowe. Zaczęli z ich pomocą poszukiwać swojego ja, którego nie było, gdzie szukali. Mniejsza o to. Krótko mówiąc – w połowie lat 60. zaczęły dziać się z muzyką rozrywkową rzeczy coraz i coraz ciekawsze. Kto był pierwszy? Trudno orzec. Bo i na Zachodnim Wybrzeżu US&A jęło mrowić się od nowych zespołów ubranych w koraliki i kwiaty, powstałych na gruzach zniszczonego beatlemanią rodzimego zjawiska surf music. Zaroiło się także od folksingers wyrosłych na nawozie z Boba Dylana. W Brytanii bezprecedensowy sukces Bitli również zachęcał do własnej działalności muzycznej, i to nie tylko na ich wzór. Ci zaś także sięgnęli nieco głębiej niż po dotychczasowe rockandrollowe wzorce, na przykład do oddylanowskiej folkowości, czy muzyki Wschodu, która miała wnet stanowić żelazny punkt programu w formie kącika z Cepelią na różnych milowych festiwalach.

Krótko znów mówiąc: pierwocin gatunku o którym mówimy (to znaczy - ja piszę), należy upatrywać za Oceanem. Wkrótce potem jednak poszukiwania Brytyjczyków przyćmiły te amerykańskie. Rokiem przełomowym był zaś pamiętny (lądowanie na Księżycu, Woodstock, moczaryzm) rok 1969.

Jakie są cechy właściwe rockowi progresywnemu?

- podejście ogólnie innowacyjne i poszukujące - do czego się da

- częste zmiany tempa

- długie kompozycje, albo przynajmniej dłuższe niż standardowe dotąd piosenki

- częste zmiany tempa

- wirtuozeria instrumentalna, czasem i wokalna

- częste zmiany tempa

Czy o czymś zapomniałem? Z pewnością. Istnieje np. definicja definiująca zespół progresywny jako taki, w którym choćby przez chwilę grał Bill Bruford…

Szanujący się zespół prog-rockowy powinien mieć w dorobku tzw. suitę rockową – utwór wypełniający jedną stronę longplaya, albo tzw. concept album – płytę podporządkowaną tematycznie jednemu tematowi.

Bardzo szanujący się zespół prog-rockowy miał w dorobku i jedno, i drugie.

Proszę jednak pamiętać, że wyżej wymienione cechy stanowią także główne wady gatunku.

Problem z rockiem progresywnym polega bowiem na tym, że odrobinę za bardzo uwierzył w swoją jakość, za bardzo polubił sam siebie, że tak powiem, co czasem zaowocowywało (uff) pewnym przerostem form, pretensjonalnością a wreszcie śmiesznością. Ostatecznie - to przeciw dinozaurom grającym rozwlekle pompatyczne symfonie buntowali się (między innymi) punkowcy drugiej połowy lat 70.

Pomimo pewnych wsobnych słabości, nie należy jednak tego gatunku skreślać. Niewątpliwie wydał on całą pacynę płodów muzycznych najciekawszych w całym rockandrollu.

Pewna jest jedna rzecz: jeśli napotka się gdzie określenie neo-prog, należy czym prędzej brać nogi za pas!

Do „wielkiej piątki” rocka progresywnego zalicza się następujące zespoły: Pink Floyd, King Crimson, Yes, Genesis i ELP (Emerson, Lake and Palmer). Jeśli koś chce zliczyć nie do pięciu, tylko do czterech, niech odejmie ten ostatni zespół. Jeśli do sześciu – niech doliczy jeszcze jakiś inny, itd. Wśród wyżej wymienionych mam swoich bohaterów pozytywnych, ale i - no właśnie! - takich, że dziś się rumienię, bo ich kiedyś też słuchałem. A więc do przynajmniej dwóch z nich wrócę kiedyś jeszcze w tym cyklu. Cyklu, przypomnę, 100 płyt z muzyką, których nie oddałoby się na śmietnik.

Istniało oczywiście multum zespołów i indywidualistycznych wykonawców drugiego gatunku, albo drugiego sortu, bądź drugiej ligi.

Drugoligowość ta jest obiektywna w kategoriach wymiernych: sprzedaży, gromadzenia tłumów na stadionach, w kategoriach artystycznych jest subiektywna. Zdarza się bowiem, że mniej znana grupa nie jest wcale gorsza od bardziej znanych. A przynajmniej równie dobrze, jeśli nie lepiej zaczyna sobie poczynać. I to jest przypadek dziś tu omawiany, pod tytułem Gentle Giant.

Nazwa tak głupia, że aż odstręcza od słuchania. Ja jednak miałem to szczęście, że usłyszałem muzykę, zanim zastanowiłem się nad głupotą nazwy. Fragmenty dwóch pierwszych płyt wyemitował z siebie w radiowej Trójce ś.p. Beksiński. Tak mnie zachwyciły, że w następny wtorek wskoczyłem w metro i zajechałem na giełdę płytową do „Hybryd” (Warszawa). Tak, było to w czasach, gdy nie dość, że istniały sklepy płytowe, to jeszcze lud spragniony muzyki handlował nią na specjalnej giełdzie (1996). Dziś handelek przeniósł się do internetu, gdzie można wszystko kupić albo nawet i zajumać. No więc na tej giełdzie kupiłem dwie pierwsze płyty Gentle Giant – debiut, o tej samej, co zespół nazwie, oraz drugą, Aquiring the Taste (mimo wybitnie paskudnych okładek).

Co to za zespół? Brytyjski, składający się m.in. z trzech braci Shulmanów, Szkotów o mojżeszowym korzeniu. Zdobyli niejaką sławę jako Simon Dupree & The Big Sound słodką pościelówą „Kites”. Na wzbierającej fali prog-rockowej rewolucyjki zmienili nazwę na Gentle Giant i wnet wystąpili z dość ambitnym materiałem.

Utwór otwierający płytę debiutancką, „Giant” – programowy? – niestety jest irytująco niezborny. Nie słucham go więc wcale. Co w nim mamy? Przede wszystkim częste zmiany tempa… Ale lepiej go zostawmy i przejdźmy od razu do pozostałych. Pomysły i melodie – to, za co polubiłem te dwie płyty od pierwszego wejrzenia.

Gentle Giant miał dwóch co najmniej wokalistów o różnych możliwościach, co przekłada się na wszechstronność nastrojów ich muzyki. Fragmenty „miękkie” przeplatają się z „twardymi”, w tych pierwszych na ogół głos daje Kerry Minnear, drugie obrabia pyskiem jeden z Schulmanów. Przykładem niech tu będzie piątka z jedynki, czyli „Nothing At All”. Temat chóralny grupowo artykułowany na tle łagodnego akustycznego akompaniamentu nabiera nagle drapieżności. Jeszcze naglej wszystko zamienia się w orgię bębnów przepuszczonych przez jakieś przetworniki. Super. Znowu nagle na ich tle pojawia się chopinowski fortepian, który także bardzo szybko zapodaje i odjeżdża. Potem wszystko się uspakaja i powraca akustyczny motyw przewodni…

Drugą płytę otwiera zajmujący, wielowątkowy „Pantagruel’s Nativity”, okraszony słodkim solo wibrafonu, a potem gitary na tle saksofonowego pulsowania.

Wybitnie ciekawym przykładem jest „The House The Street TheRoom”, rytmiczna hard-piosenka z bitelsowskimi psyche-zaśpiewami, przełamywana znów miększymi wstawkami (wraz ze zmianą tempa).

Nagle jednak w The House, The Street i w The Room trafia bomba skondensowanej gitary i zaczyna się! W teorii jest to solo gitarowe, i rzeczywiście instrument ten wrzeszczy i łaka-łaka cały czas. Ale to nie ono jest głównym bohaterem swego trwania. Jest nim powtarzany przez organ riff ociężały jak powieki Gogolowskiego Wija. Na jego tle wywija wiosło, lecz samo w zasadzie stanowi tło dla riffu, który potężnieje, gdy zgłasza do niego akces potężna gitara basowa. A więc gitara solowa jest tu pretekstem. Zresztą inna pogrywa jednocześnie dźwięki, które współcześni muzycy wydobyliby chętnie skreczując płytą na gramofonie.

No, to jest bardzo dobre. Wybitnie czadowe. Rzadko - że aż nigdy - coś „puszczam sąsiadom”, ale akurat przy „The House The Street The Room” lubię rozkręcić potencjometr, czyli głośność.

Poza tego typu wstawkami hardrockowymi, płyty opisywane charakteryzuje swoista rockowa kameralistyka. B-cia Shulman + Minnear byli w istocie wybitnymi multiinstrumentalistami. Ciekawym przykładem tego zjawiska jest „Black Cat” – jak u dawnych mistrzów baroku muzyczne naśladownictwo kocich odgłosów. Bardzo urocze.

Potem jeszcze „Beksa” puścił całą płytę trzecią, koncept-album Three Friends, którą sobie nagrałem z radia na kasetę (sic!). Zgodnie z tytułem, opowiada ona o trzech przyjaciołach z dzieciństwa, których drogi się rozeszły. Jeden został robotnikiem, drugi artystą, trzeci zaś biznesmenem. No i co? No i nic. Niewiele z tego wynika. A co z muzyką? Ta się broni, choć nie w każdym momencie. A może raczej w niektórych momentach tylko jest całkiem dobra. Na przykład – zacne solo wibrafonu w „Schooldays”. Albo eksplodująca nagle gitara w „Peel the Paint” – trochę jak w „The House…”. Tutaj jednak solówa podparta jest tylko perkusją, brak tego walca parowego… „Working All Day” to zgodnie z decorum mięsisty kawał hard-rocka… I to tyle.

Reszta – począwszy nawet od uznawanej za majstersztyk czwartej płyty Octopus – to już zjazd w jakości w szczególne samouwielbienie i wydumane wyrafinowanie, nie nadające się dla mnie osobiście do słuchania.
A to z kolei jest fenomen symptomatyczny dla całego gatunku, a nawet szerzej – dla większości produkcji z dziedziny muzyki rozrywkowej. Mało, naprawdę mało jest wykonawców, którzy nie zaliczyli syndromu DZKZNP, czyli „dobry zespół, który zszedł na psy”. Tylko tacy, co niechcący umarli w szczycie kariery i inwencji, lub – jak The Beatles – w takim momencie się rozwiązali byli.


Zaznaczę na koniec, że wpis ów zacząłem pisać prawie rok temu, skończyłem z braku czasu dopiero teraz. Nie śniło się wówczas o filmie na temat rodziny Beksińskich, obecnym obecnie w kinach. Jeszcze nie wybrałem się na niego, ale w ramach ciekawostki dodam, że długie lata byłem ich (Beksińskich) bliskim sąsiadem na jednym z warszawskich osiedli mieszkaniowych. Odmalowanie realiów scenograficznych w filmie jest więc dla mnie szczególnie interesujące. Koniec nawiasu.



77. Gentle Giant – Acquiring the Taste  1971





23 lipca 2016

Tajemnicze barykady

Zgodnie z wielowiekową tradycją, zapraszamy państwa na część artystyczną.
Będzie to kolejny odcinek cyklu „efektowne dzieła muzyki klawesynowej”.
Słowo się rzekło (poprzednio), dziś utwór piękny.

Autorem jest kolejny - po Royerze i Rameau - przedstawiciel klawesynistyki francuskiej: François Couperin, w odróżnieniu od swych licznych krewnych muzycznych zwany Couperinem Wielkim.

Miniatura być może najbardziej z jego twórczości znana: „Les Baricades mistérieuses” (pisane czasem współcześnie „Les Barricades mystérieuses”).

O co chodzi z tytułem - nie wiadomo. Specjaliści i dociekacze mają rozliczne teorie ku temu: od filozoficznych (barykady = przegrody między sferą cielesną a duchową, lub wręcz immanentną a transcendentną) po poetycko-erotyczne (barykady = rzęsy zalotnej damulki, lub wręcz jej ciuchy przesłaniające nagie ciało). Por. też: William Wharton, „Spóźnieni kochankowie”.
Sprawa jest więc otwarta do interpretacji.

Muszę jednak nadmienić, że w polskim przekładzie francuskiej książki popularnoprzybliżeniowej natknąłem się na tłumaczenie „Tajemnicze tarasy”. Być może twórcze ze strony tłumacza, ale kto wie, kto wie? Może po prostu chodziło o ogrodowe tarasy z murami oporowymi?

A sama muzyka?






2 czerwca 2016

Piosenki Leonarda Cohena

Był raz jeden taki mistyk,
Lubił baby i z nimi styk.


Gdy ktoś znany umiera, to na początku jest wielkie halo i rwetes, i osoba ta jest na wszystkich ustach i sztandarach naraz. A potem zgiełk ucicha i cichcem denat zostaje odstawiony do muzeum figur woskowych, gdzie jego miejsce.
Wszystko to jest co nieco żenujące. A szczególnie autozażenowanie wzbudza własny udział w przyspieszonym - intensywnym a krótkim - kulciku pośmiertnym. Na przykład przy pomocy wpisów blogowych.
Niejednokrotnie zaznaczałem, że ten oto mój organ wypubliczniania się NIE JEST blogiem okolicznościowym. Chociaż szereg wpisów upamiętniających i apropośnych i tak tu się pojawił mimo tych zarzekań i zastrzeżeń. Ale nie lubię, gdy prywatna cybertubka występuje w takiej funkcji.

Dlatego chyba warto się pospieszyć i napomknąć o kimś ZANIM opuścił ten padół i rozpęta się szybkoschnący sabat wspomnień, bilansów i laurek. (Co nie znaczy w ogóle, że pytam, komu bije dzwon).
Kimś takim może zaś być na przykład - z tego, co słyszałem, ostatnio jeszcze żył - Leonard Cohen.

Sęk w tym, że nie mam zupełnie czasu, by mędzić o tej postaci tak długo i obficie, jak bym mógł - tym bardziej nikt nie miałby czasu tego czytać. O postaci zresztą pośrednio, a głównie o twórczości przez nią wytworzonej. Dlatego muszę się streszczać.

Napiszę więc o niej (o nim) tylko: to ważny i cenny artysta sceniczny!
W twórczości swojej odmalowuje się w sposób taki, że można okleić go epigramatem Jana Sztaudyngera użytym na wstępie jako motto.
To zaś jest oczywiście tematem na długie i ciekawe rozważania - lecz nie dziś i nie tutaj...

O twórczości zaś... No właśnie - jak ugryźć w ogóle taki temat wobec ograniczonych środków własnego wyrazu?
Może przez wskazanie najciekawszych (dla siebie) punktów z kolejnych płyt śpiewaka - po jednym z każdej?
Albo po dwóch.
Albo trzech. Ale nie więcej!

Album - rok.
Miejsce pierwsze, miejsce drugie, miejsce... itd.
No to jedziemy:

Songs of Leonard Cohen 1967
Po prostu. Debiut. Klasyk. Początek trylogii. I całej reszty.
1. One of Us Cannot Be Wrong - ach. Nawet biorąc pod uwagę kodę utworu i całej płyty zarazem.
2. Master Song - piosenka mało używana. A warto zauważyć choćby ciekawie pojawiające się w tle instrumentarium.
3. So Long, Marianne - hit, co poradzić. Ale za to wdzięku pełen!

Songs from a Room 1969
Druga część trylogii, i też klasyk. Ale unurzany w jakiejś upierdliwej drumli (ang. Jew's harp wszak)
1. You Know Who I Am - piosenka najładniejsza.
2. Tonight Will Be Fine - zabawna (sic!).
3. Story of Isaac - niełopatologiczny anty-woj protest-song. Idealny do nauki angielskiego (co rzekłszy, mam nadzieję, że nie deprecjonuję twórczego wysiłku autora).

Songs of Love and Hate 1971
Klasyyyyyyk! I trzecia część trylogii „songsowej” (przepraszam za to słowo). Wspaniała, gorzka pigułka. Prodepresant.
1. Sing Another Song, Boys - ni z gruchy, ni z pietruchy doklejony kawałek live (z wyspy Wight'70!), ale zawsze ulubiony. Mimo „koguta” wyciętego w wokalu.
2. Famous Blue Raincoat - KLASYYYYK! Ewokuje nastrój taki, że już tylko się powiesić.
3. Dress Rehearsal Rag - a jeśli kto przeżyje poprzednią, ta piosenka go dobije na amen.

Live Songs 1973
Uzupełnienie trylogii. A więc tetralogia. Jak sama nazwa wskazuje - piosenki na żywo.
A przy okazji jedyny „analog” kanadyjskiego barda w moich zbiorach. Rozkosznie mi szumiał i trzeszczał, gdy jeszcze miałem gramofon...
1. Improvisation - jeden z naprawdę nielicznych fragmentów instrumentalnych Cohena. Przypomina, że jest on TEŻ muzykiem. I to nie lada.
2. Please Don't Pass Me By - no, trzeba posłuchać. Przynajmniej raz.

New Skin for the Old Ceremony 1974
Chyba - bo bardzo trudno wskazać jednoznacznie, choć jednogłośnie - moja ulubiona płyta mistrza tego.
Świadczy o tym fakt, że NAPRAWDĘ nie wiem, co wybrać na trzystopniowe podium. Wszystko by się chciało tam wcisnąć.
Wszystkie piosenki są godne. Ba - godniejsze.
1. Who by Fire - niby hit, ale za to najbardziej „progresywny”. I z wybitnym towarzyszeniem niewieścim.
2. Leaving Green Sleeves - zajmująca przeróbka renesansowego evergreenu (tj. Greensleeves).
3. Take This Longing - o kurczę!
4. A... Miało nie być czwartej pozycji...

Death of a Ladies' Man 1977
Wstyd przyznać, ale jeszcze tej płyty nigdy nie przyswoiłem. Zawsze jednak coś jeszcze przede mną, nie?

Recent Songs 1979
Bardzo piękna, intymna a i chwilami ponura płyta. Co nieco też zapomniana. I zapoznana. I znowu „Songs”!
1. Gypsy Wife - apokalipsa w muzycznej pigułce.
2. Smokey Life - piękny duet z Jennifer Warnes o niebiańskim głosie.
3. The Guests - ujmujące nie mniej.

Various Positions 1984
Dłuższa przerwa, co, Cohenie? Pierwsza za to płyta, którą pamiętam graną w radio (i telewizji!)
Ale co lata 80., to nie 70. Muzycznie, ma się rozumieć. Synth-pop się kłania - głęboko.
1. If It Be Your Will - no.
2. Hallelujah - jakżeby nie?
2. Heart with No Companion - odrobina country nie zaszkodzi.

I'm Your Man 1988
Kulminacja ejtisów. Łezka i nostalgia, bo to i pierwsza młodość (z wielu później).
A na płycie - urocza dezynwoltura. Poczynając od banana z okładki.
1. Take This Waltz - tak. Tańczyło się do tego. Z pannami. No i Lorca.
2. First We Take Manhattan - oczywiście.
3. Ain't No Cure for Love - no nie?

The Future 1992
A to już „nasze czasy”, choć prawie ćwierć wieku minęło. Ale już byłem wówczas świadomym słuchaczem. Chociaż tę akurat pozycję przyswoiłem sobie nieco później, jakieś 15 lat temu. Z powodzeniem!
1. Democracy - hymn!
2. The Future - w sumie też.
3. Anthem - a to nawet i z nazwy. There is a crack in everything. That's how the light gets in.

Ten New Songs 2001
Miał już nie nagrywać - pamiętam, że taką informację przeczytałem w recenzji kolejnej składanki w 1998 roku - ale oto nagrywa dalej. Trzeba wszak dorobić do emerytury.
Nie śpiewa już atoli, a mruczy i mamrocze jeno. W śpiewie wyręczają go za to różne panie, m. in. uwieczniona na okładce ciemnolica pieśniarka. Razem jakoś dają radę. Zapamiętałem jak dotąd np.
1. In My Secret Life
2. Alexandra Leaving

Dear Heather 2004, Old Ideas 2012, Popular Problems 2014.
Nic o ww. płytach powiedzieć nie mogę, bo ich nigdy nie słyszałem.

Za to jeszcze w 2001 wyszła
Field Commander Cohen – Tour of 1979
Bardzo dobry koncert. Chwalebne repetytorium z materiału Recent Songs i z tymi samymi muzykami: Jennifer Warnes - paszcza, John Bilezikjian - ud, Raffi Hakopian - skrzypce, zespół The Passenger. No i ta wersja -
1. Memories - ! Co za dancing!
2. Lover Lover Lover - skarga z New Skin... poparta niesamowitą lutnią ud.

Bonus specjalnie dla naszych słuchaczy:
Tego na płytach nie znajdziecie.
Wyszło tylko jako singiel i tylko we Francji.
Na żywo, czerwiec 1976 roku. Funk!


I'm 41, the moon is full.
You make love very well.
You touch me like I touch myself,
I like you, mademoiselle.


Hmmm... A więc jednak jest okolicznościowo, he, he*.

*) a na dodatek wpis nr 600.


Do łodzi podwodnej zabieram:
82. Leonard Cohen - Songs of Leonard Cohen  1967
81. Leonard Cohen - Songs of Love and Hate  1971
80. Leonard Cohen - New Skin for the Old Ceremony  1974
79. Leonard Cohen - Recent Songs  1979
78. Leonard Cohen - The Future  1992





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...