21 lipca 2017

Ormiański Kamieniec

Wyblożyłem już byłem kiedyś pozostałości ormiańskiego kościoła w Kamieńcu Podolskim. Ponieważ jednak dobrego - lub pięknego, a choćby ładnego - nigdy dosyć, teraz, czyli obecnie, kilka ujęć z b. dzielnicy ormiańskiej tego niezwykłego miasta na końcu świata.






Co do ostatniego zdjęcia, to nie mogę się zdecydować, czy lepsze poziome, z ciężarówką, czy pionowe - bez. Wobec tego daję oba. W sumie więc więcej zdjęć niż pięć. Ale dobrego - lub pięknego, a choćby ładnego... itd.






14 lipca 2017

Niekonwencjonalna podróż do Tumu

Czyli wspomnienie wakacyjne
dedykowane torowym wędrowcom

Korzystając z nadarzającej się okazji, chciałbym podzielić się na łamach wspomnieniem wakacyjnym sprzed lat. Wakacje w pełni, mało kto siedzi w internecie, nikt więc pewnie nie zaszczyci przesadną uwagą tego wpisu, lecz niech tam…

Żyjemy sobie i z pozoru niewiele się zmienia, ale jednak pewne rzeczy i zjawiska - zwłaszcza z dziedziny szeroko pojętej techniki - mniej lub bardziej postrzeżenie odchodzą w niebyt. Internet obfituje w zestawienia takich pożegnań, typu kasety magnetofonowe, dyskietki, kineskopy etc.

Prawdopodobnie żyjemy w epoce zwijania się lokalnych połączeń – zwłaszcza kolejowych. Zwłaszcza – ale i autobusem nie dojedzie się dziś wszędzie. Jest to zrozumiałe wobec faktu rozbuchanej motoryzacji narodu. Dawniej – 50 lat temu i więcej – samochód był taką rzadkością jak dziś prywatny samolot, stąd bujne dawniej sploty dróg żelaznych. Znany mi skądinąd kraj zzachodni był na przykład pokryty gęstą siecią suburbalnych tramwajów, z której przetrwały szczątki, m.in. najdłuższa trasa Europy.

Jest w tym pewien spleen pożegnań i niejasnego odchodzenia połączonego z przestawaniem.

Mało brakowało, a ominęłoby mnie doświadczenie już dziś, o ile wiem, w RP niemożliwe, a mianowicie przejazd kursowym pociągiem wąskotorowym! Ha!

Miałem w szkole (całkiem średniej) kolegę – rok niższego, że się tak wyrażę – który był wybitnym „mikolem” (slangowe określenie-skrótowiec od „miłośnik kolei”) o szczególnie wąskotorowych zainteresowaniach. Wędrował po kraju, żeby zaliczyć kolejne odcinki funkcjonujących połączeń – zarówno pasażerskich, jak i towarowych. Łącznie z tak egzotycznymi zjawiskami, jak kolejki torfowe (gleba torfowiska ma tę naturę, że trudno ją rozjeżdżać ciężkimi samochodami, dlatego dla transportu tego surowca układano wąskie tory), o kolejkach buraczanych – dowożących w czasie „kampanii” te bulwy do cukrowni – nie wspominając. Jakoś wówczas nie przejawiałem zrozumienia dla jego zamiłowań i nie zabrałem się nigdy w tego typu podróż. Dziś żałuję! Nie jechałem nawet najbliższą Warszawy kolejką, Piaseczno-Nowe Miasto, na którą była jeszcze okazja się załapać.

Miałem jednak – i mam do dziś – innego też kolegę, który „mikolem” był nie mniejszym. Jemu to zawdzięczam niezwykłą przejażdżkę, którą wykonaliśmy w środku gorących wakacji, lat mając 17. Celem był zabytek zamierzchłej przeszłości – romańska kolegiata w Tumie pod Łęczycą. I tam właśnie odbyliśmy naszą podróż w niecodzienny sposób łącząc środki transportu. Po kolei:

1. z Warszawy do Łodzi pociągiem standardowotorowym

2. z Łodzi do Ozorkowa tramwajem podmiejskim, dalekobieżnym

3. z Ozorkowa do Łęczycy pociągiem wąskotorowym Krośniewickich Kolei Dojazdowych

4. z Łęczycy do Tumu na tzw. piechtę

5. z Tumu do Łodzi pekaesem

6. no i powrót do domu znów pociągiem.

Przyjaciel mój zabrał w podróż nieletniego brata, który trochę marudził i narzekał, zwłaszcza gdy trzeba było przejść to półtora kilometra łąkami nadbzurnymi.

Kolegiata w Tumie pod Łęczycą przed powojenną odbudową i reromanizacją.
Zdjęcie z zasobów portalu Fotopolska.eu

Chyba znów trwała wówczas przerwa w moich aparatach fotodających, bo nie miałem ze sobą żadnego i zilustrować opiewanej wyprawy własnym materiałem z epoki i z tamtych miejsc nijak nie mogę. Zamiast tego okraszam wpis zdjęciami ze źródeł sieciowych. Mógłbym zalinkować też piosenkę „Hymn kolejarzy wąskotorowych”, lecz po pierwsze – nigdy jej nie słyszałem, po drugie – nie przepadam za twórczością Skaldów.

Stacja Ozorków Wąskotorowy w zimnej szacie.
Zdjęcie ze strony Fundacji Polskich Kolei Wąskotorowych:
http://www.fpkw.org/?m=201110 

Wróćmy do snucia wspomnień. Zapamiętałem błogą sielankę lipcowego dnia na stacji Ozorków Wąskotorowy. Oczekując na odjazd, rozłożyłem się leniwie na siedzeniu wąskotorowego wagonu oczekującego na odjazd, podczas gdy kolega z bratem w oczekiwaniu na odjazd krążyli w pobliżu lustrując stacyjną infrastrukturę.

To samo miejsce, jak je zapamiętałem, pociąg także.
Zdjęcie ze strony miasta Ozorków:
http://ozorkow.info.pl/bez-kategorii/kolejka-waskotorowa/

Samą podróż tym środkiem transportacji – dalipan nie bardzo pamiętam. W przeciwieństwie do wcześniejszego – także jedynego w mojej karierze – przejazdu podłódzką linią tramwajową, który mi się nieco dłużył i nudził, ale z drugiej strony był też bez wątpienia ciekawy.

Kolejka na stacji Łęczyca Wąskotorowa.
Zdjęcie ze strony Łęczyca info:
http://leczyca.info.pl/zatrabila-i-pojechala,news,1167,aktualnosci.html

W Tumie bywałem potem jeszcze więcej razy i dogłębniej – łącznie z wkroczeniem na jedną zwież szacownego zabytku (choć reromanizowanego po II wojnie). Co do Łęczycy zaś, to spędziłem kilka lat później niemal dwa tygodnie w podziemiach magistratu. Uświadamiam sobie jednak, że od tamtych czasów minęło sporo wody, a i w zacnym mieście Łodzi dawno nie bawiłem. Można by znów odwiedzić tamte strony, chociaż kolejki wąskotorowe raczej nie wchodzą w grę.

A brat kolegi? Stał się jeszcze większym „mikolem”!

Kolega z bratem na innej stacji 
i 20 lat po opisanej wycieczce.
Zdjęcie własne.





3 lipca 2017

Nowe stwory pana W.


Krótki wstęp natury ogólnej, potem nieco namacalnego konkretu.

Sztuka wyrażająca się dotentychczas w formie malarstwa tudzież rzeźby zdechła - został smród. Niejednokrotnie mieliśmy okazję głosić tę prawdę.
Awangarda sprzed lat stu i półtorasta, która miała tchnąć nowe życie w zatęchły co nieco świat sztuki, stała się jej grabarzem.
Prowokacja artystyczna znana powszechnie pod hasłem "kopnął - rzygnął" jest świeża za pierwszym razem. Za każdym następnym potęguje dawkę śmiertelnej nudy i obnaża własną pustkę myślową. Choćby nie wiem, jak artysta podpierał się bełkotliwymi uzasadnieniami swych działań - własnymi, lub pochodzącymi od kleszczy sztuki, czyli jej krytyków i historyków.

Na szczęście podaż wszelkich działań artystycznych i pokrewnych jest tak obfita, że można znaleźć enklawy, w których sztuka zachowała się i trwa.
Jedną z nich jest ilustracja. W niej to utrzymana są służebne wobec odbiorcy funkcje użyteczności, sensu a także piękna.
W końcu wszak, czy dawne malarstwo i rzeźba - od malunków jaskiniowców, dzieł Fidiasza, przez freski Giotta po portrety Goi oraz pejzaże Moneta - nie były w czystej postaci ilustracją?

Znana jest u nas tzw. polska szkoła plakatu - dziś chyba ledwo żywa, ze względu na wyparcie afiszy filmowych odhollywoodzką masówką. Nie mawia się jednak o polskiej szkole ilustracji - a może powinno... Dość wspomnieć nazwiska: niedawno zmarłego profesora Stannego, Boratyńskiego, Dudzińskiego, Łoskota, Butenki, Siemaszkowej, Rychlickiego, Majchrzaka, Gaudasińskiej, Flisaka, czy - z młodszego pokolenia - Bruchnalskiego, Wasiuczyńskiej, Kołaczka, etc. - i to zawężając zjawisko do dziedziny ilustracji dziecięcej.
W tej plejadzie nie sposób pominąć Józefa Wilkonia.

Już opiewałem na łamach niniejszego kącika wynurzeń i fascynacji twórczość tego artysty, przy czym przeważnie chodzi o szczególnego rodzaju ilustrację: trójwymiarową, czyli w formie rzeźb, mówiąc po prostu. Jednym z przykładów jest warszawska karuzela na Bielanach, drugim "Arka" składowana w parku radziejowickim. Niestety, obydwa te obiekty ulegają stopniowej erozji - pierwsze za sprawą intensywnej eksploatacji, drugie na skutek działania czynników atmosferycznych oraz prawdopodobnie czysto ludzkich. Ostatnio bowiem ubyło aż sześć zwierząt od frontu, we wnętrzu zaś nie zachowało się ani jedno!

Ubytki wynagrodziło pojawienie się nowych dzieł mistrza. Są to: byk, hipopotam, słoń i lwica z małym.
Owszem, jest to działalność na poły ludyczna i dladziecięca. Ale to nie wada. Twórca jest tu przy tym prawdziwym demiurgiem, z pni drzew, kawałków drewna, nitów i gwoździ wyczarowując bestie "jak żywe", a jednocześnie naznaczone niezacieralnym piętnem swojej osobowości artystycznej. Tworzy coś z niczego, a jego twory są sztuczne w każdym znaczeniu tego słowa.







Końcowa refleksja natury ogólnej:
brak

Jedźcie do Radziejowic!





1 lipca 2017

Czereśnie w Czerwińsku

Wczesne lato, przełom czerwca i lipca. Czas łaski, Demeter bryluje na salonach i łąkach.
Poczucie rozkoszy zamącają jeno dwie rzeczy: codzienne burze atakujące znienacka i oraz popyt na czereśnie przewyższający podaż.

Dwa sady dalej mają sad czereśniowy i rok w rok o tej porze, co chwilę dawała się słyszeć salwa z fałszywej armaty (bądź dubeltówki), która ma odstraszać ptaki szpaki i inne łase na czereśnie pokraki.
Latoś cisza jak makiem wygłuszył. Wszstko przez tę s... tegoroczną wiosnę.
Tak więc czereśni jest mało, czereśnie są drogie i jakieś takie jakby kwaśniejsze...

A na przykład pięć równych lat temu, w upalny dzień 1 VII 2012 drzewka mijane na wjeździe do Czerwińska aż skrzyły się od czerwonych kulek.







27 czerwca 2017

Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band

Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band
czyli Beatlesi psychodeliczni
czyli także Magical Mystery Tour
oraz Yellow Submarine
itd.


W początku czerwca przywiało z oddali fanfary oznajmiające 50. rocznicę wydania albumu Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band zespołu The Beatles.
To nie jest blog okolicznościowy, ale skoro otworzyło mi to w mózgownicy klapkę z tą nazwą, to czemu nie skreślić kilku zdań przy okazji?
Jest to płyta NIEWĄTPLIWIE szczególna. Z pewnością legendarna. Powszechnie uważa się ją za przełomową, odkrywczą i doskonałą. Zwyczajowo zajmuje pierwsze miejsce w zestawieniach albumów wszechczasów itp.

Dowiedziałem się owych rzeczy o tej pozycji, zanim ją poznałem. Uwierzyłem - jako człek bardzo wówczas młody - na słowo i tak więc ją przyjąłem, i postrzegałem od pierwszego odsłuchania.

Na fali tej famy była to też pierwsza rockowa - a może i w ogóle? niewykluczone! - płyta, jaką sobie kupiłem. W sklepiku MegaDisk, który mieścił się przez lata na zapleczu warszawskiego Nowego Światu, ale wówczas w Alejach Ujazdowskich przy placu Trzech Krzyży (w gmachu Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli, dawnym Gimnazjum Królowej Jadwigi). Kosztowała mnie 195.000 złotych (dzisiejsze 19,50) - co było ówczesną tzw. pełną ceną (dziś to ok. 50 - 80 złotych, w zależności od sklepu), a dla mnie - ruiną finansową. Zwykły kompakt w plastikowym pudełku był dodatkowo umieszczony w tekturowym futerale wysokości mniej więcej płyty winylowej. Ciekawostka. Na tej tekturce umieszczona jest w pomniejszeniu wycinanka (!) pierwotnie obecna w wydaniu winylowym.

Czas jednak dokonał kontroli jakości i dla mnie - wielkiego miłośnika twórczości Beatlesów - jest to teraz płyta bodaj czy nie NAJSŁABSZA w dorobku grupki!

Oczekiwania najpierw, legenda potem, wpływ na innych muzyków epoki i późniejszych, wreszcie znamienna, osobnej wagi okładka itd. itd. - cała otoczka! - znacząco przerosły bowiem jej rzeczywistą zawartość muzyczną.
I chyba w tych wszystkich naddatkach tkwi jej sukces, znaczenie i inspiracja dla świata (pop)kultury. Trzeba przyznać, że jest to jedna z pierwszych (może druga) płyta z taką starannością i zamysłem wyprodukowana. Że aż nazywa się ją pierwszym (albo drugim) koncept-albumem (tym pierwszym ma zaś być Pet Sounds Beach Boys...). Faktycznie: utwory są połączone, jest wstęp i repryza, mamy sporo dźwiękowych niespodzianek i dodatków nadzwyczajnych. Na przykład niby-publiczność obecna na występie Orkiestry sierżanta Pieprza. Przebogate instrumentarium też nie jest oczywistością, zwłaszcza jak na owe czasy. No - dużo się na niej dzieje. A jednak...

"Getting Better", "Lovely Rita", "Good Morning, Good Morning", "When I'm Sixty-Four", a nawet słynna aluzja do kwasowego tripu "Lucy in the Sky with Diamonds", to piosenki sprawnie napisane i poprawne, bardzo przyjemne. Ale i puste jak wydmuszka. Z czym do ludzi? Czy z tego naprawdę ma się składać album przełomu i wyznaczania nowych horyzontów??

"She's Leaving Home" był chyba jedynym numerem Beatlesów, który odpuszczałem sobie z zasady, nawet w czasach, gdy wierzyłem opiniom o Sgt. Pepper's...

Nawet mój ulubiony George Harrison w swoim jedynym (niestety) numerze lekko zawodzi. W dwóch znaczeniach tego słowa: jest to bowiem najgłębiej zanurzony w hinduskim sosie kawałek dźwiękowy w karierze grupy. Niestety - summa summarum lekko nudny. Przez niego pewien czas w swym życiu myślałem, że nie lubię muzyki hinduskiej! Na szczęście się myliłem...

Co jest więc dobrego na płycie?
Utwór tytułowy i otwierający - odznacza się niejakim pazurem, zwłaszcza w swojej krótkiej repryzie kończącej (prawie) zestaw.
"With A Little Help From My Friends" - fajna piosenka, jak skrojona dla Ringo; trudno jej nie lubić, podobnie jak śpiewanej przez tego sympatycznego perkusistę "Yellow Submarine" z poprzedniego albumu. Atoli prawdziwie rockowy potencjał wydobyła z niej dopiero pamiętna wersja Joe Cockera...
"Being for the Benefit Of Mr. Kite!" - lennonowska psychodelia wyższej próby, ewokująca szczególne nastroje. Jest i psychowalczyk.
"Fixing A Hole" - ciekawa i chyba trochę zapomniana, czy raczej przytłoczona przez inne, kompozycja McCartneya.

No i wreszcie: "A Day in the Life".
Jedyny utwór, który dorównuje zapowiadającej nowe czasy muzyczne, nagranej w początkach sesji do płyty, jeszcze u schyłku 1966 roku, piosence "Strawberry Fields Forever".
No tak. To podobnie jak i ten kawałek, rockowe arcydziełko Lennona. Nawet fragment od McCartneya wpleciony w środek, wesołkowaty na modłę piosenek wymienionych na wstępie, nie psuje kompozycji. Może nawet prawem kontrastu uwypukla jej walory. Szalone crescendo orkiestrowe i akord końcowy wieńczą dzieło.

Potem jest jeszcze słynny kolaż dźwiękowy, na oryginalnej, czarnej płycie niemilknący ad infinitum... Ale to jeden z walorów pozamuzycznych.


Co do "Strawberry Fields Forever", to nie zmieściła się na albumie, wydano ją na singlu. Z drugiej jego strony - McCartneya "Penny Lane".
Znów, jak i w przypadku "A Day in the Life", widać tu różnicę gatunkową w potraktowaniu podobnego tematu przez obydwu naczelnych Beatli. Nie odmawiam McCartneyowi wielkiego talentu i licznych wspaniałych dzieł gatunku, ale... I "Penny Lane", i środkowy fragment "A Day in the Life" wypadają blado i błaho przy odpowiednikach Lennona.
"Strawberry Fields Forever" to utwór kapitalny i na swój sposób - choć to nigdy nie było dla mnie wyznacznikiem jakości w sztuce i dziedzinach pokrewnych - wyprzedzający swój czas. Poza wybitną kompozycją, jest to także arcydzieło szczególnej, poszukującej reżyserii dźwiękowej, czyli produkcji. Można sobie wyobrazić, że taką piosenkę spokojnie można nagrać i dziś.
Najwyżej powiedziano by, że jest mocno... beatlesowska.


Pozostałe wysiłki słynnej grupki z owego roku również po części okazały się błędne. Piosenka "All You Need is Love" odegrana w telewizyjnej transmisji na świat, była wspaniałym entrée i ostrogą do "lata miłości" czyli wakacji'67. Ale... no - to nie jest dobra piosenka. Pod warstwą chwytliwej pozłotki wyziera plastik. I koniunkturalność. Mimo Marsylianki jako wstępu, autocytatów i Micka Jaggera w chórku... No, ale sukces i legenda.

Na fali sukcesu, Beatle rzucili się ku kolejnemu przedsięwzięciu "artystycznemu". Była to - co już wszyscy zgodnie przyznają - kolejna porażka: telewizyjny film "Magical Mystery Tour". Jeśli przyszła by Ci, Czytelniku, skowronku Ty mój, z ciekawości chęć rzucić okiem - szczerze odradzam. Jest beznadziejny, a chwilami nawet obleśny. Cóż! Chłopcy znów za bardzo uwierzyli w swoje artystyczne posłannictwo, i że wszystko, czego tkną, zamieni się w złoto.

Broni się tylko muzyka. "I Am the Walrus", "The Fool on the Hill" - to klasyki, które trza znać.
A nawet jedyny w oficjalnym katalogu "instrumental": "Flying". Utwór tytułowy to też zacny - nieomal - funk. Ale chyba najciekawszy, najbardziej ambitny i być może najnudniejszy jest kawałek Harrisona, "Blue Jay Way".

Plusem obrazu jest wpleciony w chaotyczną fabułę występ nieocenionej - również zasługującej na swą blogową notkę - grupy Bonzo Dog Doo-Dah Band!

Warto odnotować na marginesie, że materiał z filmu oryginalnie nie ukazał się jako osobny LP. Wyszedł pierwotnie jako podwójna "epka". Dopiero później z tejże epki i singli, wydanych w roku wojny sześciodniowej, i które stanowią drugą stronę (czy połowę CD), ulepiono cały album pod wspólną nazwą.

Dziecięciem roku 1967 był też film animowany "Yellow Submarine". Ze względu na czas realizacji wynikający z ówczesnej ręcznej technologii, ukazał się w dopiero w 1969. A więc, kiedy inna była i muzyka, i nawet facjaty (już stricte hipisowskie) kwartetu, co właśnie schodził był z wolna ze sceny. Ten film dla odmiany zobaczyć można, a nawet - choć raz - trzeba! Choćby po to by uchwycić klimat chwili "lata miłości", w okolicach którego powstawał.

Do kanonicznej dyskografii zalicza się i soundtrack z filmu, noszący tę samą nazwę. Jest to jednakże komercyjna chucpa - zawiera tylko cztery premierowe piosenki, a całą stronę wypełnia miałka instrumentacja George'a Maritna. Niemniej, te cztery piosenki są godne uwagi, zwłaszcza (aż) dwa utwory Harrisona: "Only a Northern Song" i (szczególnie!) "It's All Too Much" - jeden z najdłuższych w dorobku grupy. Obydwa zresztą frapujące, i szkoda, że nie wzmocniły sobą "Sierżanta Pieprza"!

W mojej własnej krytycznej edycji dzieł wszystkich The Beatles, cztery nowe piosenki z YS włączam do dysku z MMT oraz singlami roku 1967.


Do listy "100 płyt, bez których nie sposób się obejść" zaliczyłem SZEŚĆ spośród sygnowanych przez The Beatles. Sgt. Pepper's... na niej brak, nie ma też Magical Mystery Tour, nie mówiąc już o Yellow Submarine.
Lecz może powinienem uwzględnić bez szemrania cały kanon, czyli 15 sztuk?
Wyznałem w tym wpisie, że nie cenię "Sierżanta Pieprza" i uważam peany tudzież pomniki mu stawiane za nieporozumienie. Ale czy można nie mieć "A Day in the Life" w swoim podręcznym katalogu? Czy da się pominąć ze zbioru muzycznego "Strawberry Fields Forever"? Zapomnieć "It's All Too Much"? Wyrzec się "Only a Northern Song", "I Am the Walrus" i "Being for the Benefit of Mr. Kite!"?
Przecież nawet te inne, przeszacowane, psychodelicznie płoche krawaty kawałki, które starałem się tu sflekować, to klasyki, które już dawno weszły do krwioobiegu...
No więc co z tym zrobić?


(zatem bez numeracji)
The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band  1967
The Beatles - Magical Mystery Tour  1967
+ The Beatles - Yellow Submarine  1969





22 czerwca 2017

Lato


Szczerze mówiąc, czekałem na ten moment. Trochę to głupie, bo człowiek cały czas jest skłonny czekać. Na fajrant, na wieczór, na weekend, na wakacje, na święta, na dorosłość, na emeryturę... No, nikt specjalnie nie wyczekuje nadejścia starości, lecz to nieuniknione - o ile nie wpadnie wcześniej do grobu, co z kolei jest ostatecznie nieuniknione z jedyną stuprocentową pewnością.
Ale zanim... cieszmy się latem, co właśnie nastało. To zasadniczo jedyna pływalnicza pora roku. Można też spać na trawie!

Wprawdzie zapowiedziano "afrykańskie upały" na koniec czerwca i w ogóle straszą katastrofalnym skwarem oraz generalnie Globalnym Ociepleniem, za które odpowiadasz TY, ewaporując skromnie w kąciku, ale dzisiejsze słońce było raczej zimne...

A propos - stara anegdota. Wykład popularnonaukowy z dziedziny astrofizyki. Prelegent:
- ...za miliard lat również i nasze Słońce zgaśnie...
Głos z sali:
- Przepraszam, za milion, czy za miliard?
- Za miliard.
- Ufff...

Na razie za nami najkrótsza noc w roku. To też swego rodzaju memento, bo każdy kolejny dzień krótszy od najdłuższego...


WYJAŚNIENIE
należne Czytelnikom poprzedniego wpisu:
Nie mogłem podać adresu osobliwego obiektu, tudzież innych konkretów, gdyż w notce zawarłem detalicznie zapamiętany i spisany sen, wyśniony nocą z 18 na 19 czerwca. A więc dłuższą od najkrótszej.
Nie sądziłem, że był aż tak realistyczny, by wziąć to wszystko za dobrą monetę!
Nawet te sedesy nie okazały się podejrzane?








19 czerwca 2017

Podkrakowski pałac rupieci

Gdybym nie miał zwyczaju jeździć czasem elektronicznym palcem po mapie w programie G.Earth, być może nie dowiedziałbym się o istnieniu tego miejsca...


Zacznijmy od początku. Mikrodynastia malarska Kossaków składała się z osób trzech: Juliusza, Wojciecha i Jerzego. Zwykle uważa się, i pewnie słusznie, że im starszy Kossak, tym większy talent. Na Jerzym Kossaku ród się kończy - miał tylko córki. Jedna z nich jednak wyszła również za malarza, również krakowskiego, jeszcze przed wojną. On zaś, postać niezwykle barwna, został spadkobiercą fabryczki, czy raczej manufaktury na północnych przedmieściach Krakowa.

Dysponując pewnym majątkiem, poniechał produkcji i postanowił poświęcić się sztuce oraz pokrewnej swej pasji.

Otóż z ekscentrycznością graniczącą - niestety - z manią jął gromadzić w pofabrycznych halach wszelkiego rodzaju obiekty mogące przydać się w pracy malarskiej. Jako spadkobierca - chociaż po kądzieli - tradycji Kossakowskiej przede wszystkim skupił się na zbieraniu rekwizytów związanych z końmi, jeździectwem oraz militariów kawaleryjskich.

Tak więc spore połacie wnętrza wypełniają wypchane konie! Niestety, obecnie są mocno nadgryzione zębem czasu: wyleniałe, pogryzione przez mole, ukazują swe sypiące trocinami wnętrza i szkielety.

Lecz nie tylko! Setki metrów kwadratowych wypełniają dziesiątki rozmaitych rupieci, mechanizmów, części maszyn, rowerów, pojazdów...
Pasja, jak napisałem, przerodziła się jednak z biegiem czasu w manię. Zbieractwu zaczęło podlegać niemal wszystko, co jest trwałe i da się ustawić pod dachem.

Dość powiedzieć, że gdy w pewnej chwili chciałem tam skorzystać z ubikacji, musiałem kilkakrotnie upewniać się, czy sedes rzeczywiście jest podłączony do kanalizacji, czy jest tylko jednym z eksponatów-przykładów rozwoju formy tego rodzaju urządzenia, nim trafiłem na faktycznie służący swemu przeznaczeniu.

Sam obiekt jest bardzo ciekawy: zespół stanowi eklektyczny pałacyk z przełomu XIX i XX wieku, pełen zdobień, połączony bezpośrednio (co rzadkie) z budynkami i halami fabrycznymi. Te są zaś typowym przykładem budownictwa industrialnego z tamtego okresu: ceglane ściany, duże okna z drobnym podziałem żeliwnych szprosów. Należy dodać, że budowle są częściowo oparte o stare, austriackie fortyfikacje otaczające Kraków, już przestarzałe w latach przed I wojną światową.
Wszystko jest jednak w bardzo złym stanie: odrapane, częściowo bez szyb...

Niemcy i Rosjanie w czasie wojny i po niej nie zainteresowali się zespołem, tak samo rządy PRL. Nie uległ nacjonalizacji, pozostał własnością prywatną.
Przez lata opiekę nad tym szczególnym miejscem sprawowała córka malarza, zmarłego w latach 50. Musiała jednak przestać ze względu na poważne problemy ze zdrowiem. Szczęśliwie wyzdrowiała, pieczę jednak przejęła i zamieszkała tam jej z kolei córka, absolwentka, jak i jej dziad, ASP.

Miasto Kraków wspomaga finansowo utrzymanie tego miejsca. Nie są to kwoty wystarczające na przywrócenie świetności, czy choćby uporządkowanie ogromu spuścizny. Niemniej z tego względu raz w roku była manufaktura udostępniana jest dla zwiedzających.

Spóźniliśmy się troszeczkę na początek oprowadzania po salach pełnych najniezwyklejszych eksponatów. Zdążyłem jednak dowiedzieć się tego i owego od gospodyni szczególnego zbioru osobliwości. Potem za to była okazja dłużej z nią porozmawiać. Powiedziała, że mieszka już dłuższy czas w tym przedziwnym eremie, że dojazd do centrum jest trudny - w okolicy jest tylko jeden autobus dowożący do stacji pociągów podmiejskich. Na koniec czekało najlepsze: okazało się, że młoda dama tworzy przepiękne, zapierające dech w piersi ilustracje! A więc artystyczna tradycja rodu - chociaż po kądzieli - jest godnie utrzymana.





16 czerwca 2017

Na pograniczu

Na byłym pograniczu, dodajmy dla ścisłości.

Uważny widz, gdyby taki istniał, zauważyłby, że Szypułki-Zaskórki to nie żadne Ostpreußen, ale prozaiczne a poczciwe Mazowsze północne... Nie szkodzi, tyz piknie. Jeśli chodzi o wartości przyrodniczo-widokowe.


Do Prusiech wybrałem się jednak także ze względów higieny estetycznej. Wsie poniemieckie, nawet i mazurskie, odznaczają się bowiem... Po prostu: odznaczają się, co tu dużo gadać. Zwłaszcza na tle wsi popolskich.

Z całą bezlitosną jaskrawością uświadomiłem sobie to jakiś tuzin lat temu, gdy w wesołej kompanii podążaliśmy z Warszawy do kraju Prusów. Przejeżdżając po drodze przez Kurpie, powiedzieliśmy sobie: świetnie, zobaczymy sobie teraz z bliska jakie są te mityczne Kurpie, kraina żywego wciąż folkloru i, tego, barwna i słynąca.

Przejechaliśmy więc przez słynące z Kurpiów Myszyniec, Kadzidło i tak dalej. Jakież było nasze rozczarowanie! Z ludowej kultury w wymiarze przestrzeni, to znaczy po prostu budownictwa, i tym podobnych wyrazów zewnętrznych nie zostały nawet zgliszcza. Jest tam po prostu tak jak wszędzie w Polsce. Oczy pękają.
Jedynym przejawem tradycyjnej kurpiowskości w przestrzeni były babiny w strojach ludowych podążające na rowerach do kościoła.

Za to, gdy minęlśmy niewidoczną, nieistniejącą granicę sprzed 1945 roku, wjechaliśmy, jak się okazało, w inny świat. Byle Hejdyk, byle Ciesina, odznaczały się... Po prostu: odznaczały się. Chociaż (?) zabudowa, o dziwo, w dużej mierze drewniana.
A tam, gdzie niedrewniana, czerwoną cegłą murowana...

Cóż, król Wielki Kazimierz zostawił Polskę murowaną, ale, widać, nie całą. Drewniane Kurpie, co nie spłonęło wcześniej, zjadły wojny, a potem awans nowoczesności.

Nie inaczej było i teraz. Malownicze ruralistycznie wsie zaniknęły w pewnym momencie przemierzania trasy. Łatwo było zgadnąć, że przekroczona została była granica...

Popatrzmy zatem na razie na czyste landszafty byłego pogranicza.


Windows XP:


Połcie na łące:


Ale wypas:


Prawie jak na Suwalszczyźnie:


Adios muchachos.






9 czerwca 2017

Boskie ciało

A tu już niepostrzeżenie, proszę ja kogo, czerwiec. Kto by się spodziewał? I to od razu 1/3 (za nami).

Stąd spojrzenie zeszłoroczne, choć majowe, na wyimek ze święta religijnego i wydarzenia etnograficznego w jednym, jakim jest Boże Ciało w stolicy polskiego folkloru wizualnego - Łowiczu.

Tyle lat żyję, w tym sporo w okolicy, a dopiero w zeszłym roku uświadczyłem organoleptycznie tę jakże barwną uroczystość. Godna jest polecenia wszystkim ciekawskim krajoznawcom, ale raczej tym bez alergii na tłuszczę.

Co do nagłówka tekstu, to kalamburu podobnego użył wcześniej Jeremi Przybora, pisząc w wierszyku-wspomnieniu wizyty dziennikarki: "Boskie ciało w Boże Ciało do mej pustelni zawitało..." (coś w ten deseń, cytat z pamięci).

A więc, krótko mówiąc: boskie ciało w Boże Ciało.


Uwaga! Ta pani nie jest w zniewalająco moim typie. Niemniej z powodzeniem może robić za uroczy plakat z lat 70.: "Wilkommen in Polen. Orbis".

A propos plakatu, na zakończenie tego krótkiego i lekko dygresyjnego wpisu - hasło z afisza wiszącego lata temu gdzieś po UW: "Boże Ciało w kajaku!"






6 czerwca 2017

Żelazna

A teraz coś zupełnie z innej beczki. Warszawskiej.

Wizerunki mianowicie ze skrzyżowania ulic Żelaznej i Leszno (umownie, bo najpierw Leszno, potem Świerczewskiego, potem aleja Solidarności). Warszawska Wola (umownie, bo nominalnie i administracyjnie, nawet urząd dzielnicy mamy za plecami; praktycznie - wszystko, co na wschód od Towarowej i Okopowej to nieWola. A najprawdziwsze Śródmieście, czyli Warszawa właściwa).

Miejsce dobrze znane z powidoków z przepadłej przeszłości. Tu bowiem długie dziesięciolecia mieszkali moi niebezpośredni protoplaści. Potem nawet inny ich niebezpośredni potomek mieszkał po nich, ale przy pierwszej okazji wyprowadził się. I słusznie, gdyż dom ten nie sprzyja wiciu spokojnego gniazda. Dość powiedzieć, że mieszkanie rodzinne było jednym z dwóch w budynku lokali własnościowych (reszta kwaterunkowo-komunalna) i jednym z NIELICZNYCH z własną łazienką. Uff...
Korytarze długie, cętkowane, kręte i bez okien. Kapuściany więc zaduch i smętek odrapania. Polski Związek Głuchych. Podwórko-studnia. Świadek posępnych zdarzeń z historii.
Kamienica.

No i ten widok z okna tak dobrze utrwalony. Tutaj w wersji już zulicznej. Sprzed paru lat (wyrób własny):


Z lat 70. - skan ze "Stolicy" ukradziony z blogu Wczoraj i dziś. Już bez tramwajów na Żelaznej:


Amatorska fotografia, jeden z plonów dzielnicowego pleneru fotograficznego dla młodocianych fotografów, odnaleziony w numerze pisma fotograficznego z końcówki lat 80.
Zdjęcie, które stało się impulsem do powstania tegoż wpisu. Taż bowiem reklama namuralna dobrze się zapamiętała z dawnego gapienia przez okno na ruchliwe skrzyżowanie:


 No i dwa zdjęcia nałożone na siebie:


Po co? Nie wiem.

Pozdrowienia, ślepa Gienia.


SUPLEMENT:





30 maja 2017

Tenore del passo e mezo

30 maja.
Co lepszego można sobie wyobrazić? Byle polska wieś spokojna...

Dlaczego więc nie przypassoemezzić sobie jeszcze co nieco? Tym razem w odsłonie klawesynowej, co będzie częścią cyklu "efektowne dzieła muzyki piórkiem szarpanej". Oto nadjeżdża "Tenore del passo e mezo" autorstwa Antoniego Valentego. Gra (na płycie 150 anni di musica italiana. Da Valente a Scarlatti) Rinaldo Alessandrini. Kiedyś często słuchane, potem zapomniane. Teraz - przypomniane.


To muzyka szesnastowieczna, a więc przedbarokowa, renesansowa. Można wyobrazić ją sobie graną na pomortach, bombardach, szałamajach do posuwistego tańca dworskim figurkom wystrojonym w swoje frajerskie, renesansowe szaty...

Niemniej - jak głosi książeczka od płyty - zbiór autorstwa Valentego, z którego pochodzi "Tenore..." jest jedną z pierwszych publikacji muzyki ściśle przeznaczonej na instrument klawiszowy. Faktycznie, odbywają się tu znów kolejne wariacje na za(po)dany temat. Tenore bowiem - tenor - to głos wiodący danego utworu, w uproszczeniu: linia melodyczna. Dopiero potem zaczęto tak określać głos ludzki o określonej wysokości i barwie; a w końcu - faceta, który takim głosem beczy.

Płyta ma niezwykłą zaletę pozamuzyczna. Otóż nagrano ją w sali klasztoru Machern w BRD. I przez otwarte okno wpada śpiew ptaków słyszalny w pauzach między utworami. Urocze. Ale w końcu - 30 maja.





26 maja 2017

Passemezzo

Drogi pamiętniczku!

Rodzina życzliwie kiwa głową, znajomi bąkają coś uprzejmie, acz zdawkowo, a byty zasklepione w komputerze czasem wielkodusznie pokażą kciuczek w górę...
Nikt się jednak nie obchodzi tym więcej niż nakazuje etyka i dobre wychowanie.
Ale wiem, że gdzieś jest człowiek, co rozumie. I podziela. I pasjonuje.
Może się kiedyś odnajdzie?

Dlatego publikuję kolejny brylancik - największy z garści, którą zawiera płyta z muzyką Johanna Vierdancka Capricci, Canzoni & Sonatas w wykonaniu zespołu Parnassi Musici, zasadniczo także niemieckiego, z udziałem mieszanym (wyd. CPO, 2005).


Kim był Vierdanck? Komponistą z przyszłego byłego NRD, osiadłym i zakończonym w końcu w Stralsundzie (po słowiańsku: Strzałowie). Wcześniej za życia zetknął się i zazębił w Dreźnie z włoskim mistrzem skrzypczenia, Carlo Fariną, autorem m. in. długiego utworu o znamiennej nazwie Capriccio stravagante. Od Włocha pobrał Johann Vierdanck (po słowiańsku: Jan Czworodzięk) naukę i inspirację. Działo się to w połowie XVII wieku, wyłącznie pierwszej.

Czym było passemezzo (pass'è mezzo, passamezzo, passo e mezzo, "krok-i-pół"...)?
Archaicznym tańcem, średniowolnym, wpółdoszybkim. Wraz z innymi, podobnymi przypadkami, wyzwolił się on poniekąd ze służebnej roli tanecznej i zaczął żyć własnym, instrumentalnym życiem.

Czym jest to Passemezzo?
Nagromadzeniem, pod pozorem wariacji na temat, kolejnych zagęszczeń emocjonalnych. Przy tym wcale wirtuozowsko pobrzmiewających, zwłaszcza w nabrzmiałej od napięć piątej minucie swojego trwania. Nie powstydziłby się ich ksiądz Vivaldi, a nawet diabelski Tartini. Aczkolwiek gros dwuskrzypcowo dwugłosowego utworu oparte jest na dość prostym - a skutecznym - koncepcie "zewu i odzewu", czyli efekcie echa. Oraz na śmiganiu w tę i z powrotem na skali nutowej: schodami w górę, schodami w dół.

Czym jest życie? O tym wkrótce w Sadzie rzeczy.





23 maja 2017

Die Ostpreußische Fahrradtour

Są tacy dziarscy chłopcy, dla których sezon rowerowy kończy się 31 grudnia, a zaczyna 1 stycznia. I robią spokojnie po 200 kilometrów. Chociaż brzuchy mają przy tem wcale obfite...

Ja zaś lubię, gdy jest ciepło. Wobec tego, że wiosna, którą zdążyłem już tu zwyzywać, postanowiła się zrehabilitować i sypnęła żarem, kierowany impulsem wyskoczyłem w sobotni poranek na wycieczkę.

How about that?

Była to dla mnie właściwa inauguracja sezonu. Nie dość, że chłody nie zachęcały, to jeszcze do niedawna jedno(?)ślad miałem zdezelowany. Mianowicie, podczas wypadu w zeszłe wakacje, ruszywszy zbyt żwawo w drogę, linką do przypinania roweru obciąłem sobie hak na przerzutki... Uczynny kolega wraz z wydzwonionym właścicielem sklepu żelaznego w samym środku kraju szlifierką kątową odcieli stary łańcuch, i założyli nowy na sztywno. I tak nieco jeździłem skrzypiąc, dopiero u zarania wiosny dałem pojazd do rzetelnej naprawy.

No więc, teraz wyskoczyłem ad hoc i impromptu, ale jednak setkę kilo* wykręciłem - chociaż ja i mój rower, plus sakwa z butelką wody i aparatem ...ważymy setkę kilo**.


cdn.

*) metrów
**) gramów






13 maja 2017

Hora may che fora son

Witaj! Kim jesteś i co robisz na moim blogu?
Zresztą - nieważne. Proszę, proszę rozgość się, serdeczny. Pozwól, że się przedstawię: jestem jednym z ludzi, a w tym blogu pokazuję to, co mi się podoba. Zapraszam i Ciebie, żebyś popatrzył/a:


Dziś chciałem pokazać coś, co mi się podoba z rzeczy do posłuchania. Wśród wielu płyt i natłoku kompozycji, czasem wyłowi się uchem taką, która szczególnie uderza swym walorem i zafrapowuje znienacka. Tak było i z utworem anonimowego twórcy zamieszczonym na płycie Musica del XV secolo in Italia, czyli Piętnastowieczna muzyka we Włoszech, zespołu Ars Italica. Po kilku przesłuchaniach, okazało się, że ta właśnie piosenka zapada w jaźn najgłębiej - tak za sprawą melodii, aranżacji, jak i pięknego głosu nieznanej mi skądinąd bliżej Glorii Moretti. Na marginesie zwrócę uwagę, że wiek XV to jeszcze czas przed wynalezieniem operowego belcanta. A więc i pani Moretti - oraz inne głosy zespołu, jak i w ogóle tak „dawni” śpiewacy - śpiewa głosem tyle powabnym, co NORMALNYM, choć rzecz jasna mocnym i dźwięcznym.
Można? Można. Spróbuj, to tylko trzy minuty z Twojego bezcennego życia:


Co do aranżacji, to warto zauważyć, jak pięknie urozmaicona instrumentalnie jest prosta w końcu strukturka melodyczna tej kompozycji, jak jej kolejne okrążenia wzmacniane są zagęszczonym instrumentarium.

Półtora, bez mała, roku temu odsłoniłem tu siedem odsłon jednego muzycznego kawałka, ciaccony Antoniego Bertalego. Między innymi po to, by pokazać interesujące różnice w wykonastwie muzyki dawnej - tym większe, im muzyka dawniejsza. Teraz mogę powtórzyć ów zabieg w mniejszej skali. Zresztą, nie tyle o porównawstwo chodzi, co o pretekst do kolejnego posłuchania tego powabnego utworu. Tym razem w wykonaniu zespołu Micrologus, kierowanego m.in. przez śpiewającą - i dużo lepiej znaną - Patrizię Bovi.


W tym przypadku muzycy wpletli w warstwy wokalne odrobinę madrygałowej polifonijki. Szczególnie udane są partie instrumentów dętych. Chociaż po prawdzie, dotyczy to i tej pierwszej z wersji.

Parę słów o płytach: Musica del XV secolo in Italia wydała włoska wytwórnia Tactus. Ciekawa sprawa z tymi Włochami. Mają tyle muzyki, świetnych wykonawców (jak słychać i powyżej), porządne wytwórnie, a - gdy tam byłem - to prawie nie znalazłem sklepów płytowych! I mówię o czasach, gdy w ogóle takie zjawisko występowało w przyrodzie, dziś to szkoda gadać.

Napoli Aragonese to zaś zbiorek kompozycji związanych z okresem królowania iberyjskich władców w Neapolu i okolicach. (O opanowaniu ćwierci basenu Morza Śródziemnego przez unię aragońsko-katalońską interesująco [jak zwykle] pisze Norman Davies w „Zaginionych królestwach”). Wydany został przez zacną wytwórnię Opus111, założoną i kierowaną przez naszą rodaczkę, Yolantę Skurę. No ale jakieś 15 lat temu biznes przestał się opłacać, Opus połknęła związana z tzw. „majorsami” firma Naïve i label przestał działać.

Na otarcie łez więc, na koniec utworek zamykający Napoli Aragonese - „La vida de Colin”, najbardziej ludyczny i zarazem ludowy na płycie (śpiewy!):


Tym razem skorzystałem z gotowych na YT gotowców, chociaż wcześniej zmontowałem własne filmiki... Cześć!






29 kwietnia 2017

W Ogrodzie rzeźb

Wiosna nas latoś nie rozpieszcza. Szczerze mówiąc, to po prostu suka.
„Klimat był zawsze przeciwko nam” - ileż prawdy w tym krotochwilnym i parodystycznym dziele, skąd cytat. Z tych względów, korzystając z chwilowego przejaśnienia i krótkotrwałej operacji słonecznej, zapraszam serdecznie do podwarszawskiego Ogrodu rzeźb.

Brama otwarta, wejdźmy.


Śmiało, dalej. Na zamknięciu alei wejściowej rzuca się w oczy byk.


Obok, w pobok - inny byk. A wraz z nim, e... toreador.


A tu - z innej beczki: ptak-krzykacz.


Nieopodal ciekawie zerka gołąbek.


Jeszcze więcej ptaków! A i tak nie wszystkie to. Ptaki stanowią główny składnik Ogrodu.


Lecz nie tylko - znajdzie się i syrena.


Albo - nad stawem - rodzina żab.


To chyba dalszy krewny?


Zatoczywszy koło wracamy do punktu wyjścia, czyli byka z, e... toreadorem.


Spójrzmy bestii prosto w ślepia, których nie ma.


Na koniec: skromny dar od tej suki, wiosny. Zawilce. Dobre i to.


Posłowie.
Miejsce to przypomina inne pod- i w- warszawskie ogrody wypełnione sztuką, Królikarnię, Radziejowice...
Najbardziej chyba jednak podradomskie Orońsko - czyli Centrum [?] Rzeźby Polskiej.
Z tą różnicą, że jest prywatne, a dzieła są autorstwa jednego tylko artysty, i to zagranicznego. Poza wszystkim rzeźby te naprawdę, jak to mówią, „dają radę”.
A sam park jest naprawdę ślicznie urządzony i zadbany, tak że całość wygląda miejscami „jak nie w Polsce”. Warto wybrać się tam w jakiś - wreszcie - pogodny dzień.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...