21 marca 2017

Nasraj do ambony

Przepraszam - z góry - przypadkowych przechodniów, których zwabiła tu chęć przeczytania zjadliwego paszkwilu antyklerykalnego. Nic z tych rzeczy.
Od soboru watykańskiego II ambony wyszły z użycia...

Aczkolwiek - korzystając z okazji - nieodzowna anegdota z życiorysu własnego.
Pani na lekcji polskiego u zarania podstawówki nakazała ułożenie przykładowego zdania jakiegoś tam, obrazującego któryś z aspektów gramatyki. Jako dziecię wypasane latem w kniejach i śród łąk zaproponowałem takie: „Pod lasem stała ambona”. „Jak to?! Toż to bez sensu!” - wykrzyknęła nauczycielka. – „Ambona przecież znajduje się w kościele!” Nie umiałem się wytłumaczyć, bo też nie wiedziałem, o co chodzi tej pedagog.

Tyle o homonimiczności tytułowego słowa i rozmaitych brakach w erudycji. A teraz do rzeczy.

Gdybym był uczestnikiem jakiegoś „Facebooka” rozpętałym (bądź próbował) wielką akcję anarchistycznego sprzeciwu wobec myślistwa pod chwytliwym sloganem tytułowym.
Generalnie jestem libertariańskim leseferystą, kierującym się hasłem „żyj i daj żyć innym”. Z definicji swej myślistwo w tym haśle nie potrafi się zmieścić.
Zabijanie dla przyjemności jest czymś, co wykracza poza możliwości mojego dysonansu poznawczego.
Dlatego chętnie rozpropagowałbym takie posunięcie: przypili cię podczas spaceru w lesie? Skorzystaj z ambony myśliwskiej!
A jeśli nie, to przynajmniej OBSIKAJ najbliższą okolicę - to odstrasza zwierzęta.

Na razie propaguję je wśród znajomych tudzież czynnie w terenie.





13 marca 2017

Bobolice

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Gdy powiedziało się „a”, jak Mirów, należy powiedzieć też „b”, jak Bobolice.
W nieodległym miejscu tym tkwi kolejny element „Szlaku Orlich Gniazd”, część wielkich inwestycji Kazimierza (takiegoż).


Zespalają się te dwie warownie w jaźni i w przestrzeni.
Do zarania XXI wieku stanowiły także zgrany duet w ruinie.

Dziś okoliczności przedstawiają się zgoła odmiennie.


Dziarska rodzina zasobna w zasoby finansowe zdobyła się na radosny trud odbudowy posiadłości - już prywatnej.
Z trwałej (?) ruiny w trwałą (?) nieruinę.


Strukturę, bryłę i figurę odtworzono quasi una fantasia, gdyż żadnych źródeł ikonograficznych, pisanych i niepisanych, wcześniejszej nieruiny brak. Stoi to w sprzeczności z zasadami konserwacji zabytków wypracowanymi przez konserwatorów zabytków. Ba, sam fakt owego odtworzenia również tak stoi.

Nawet rekonstrukcja warszawskiej Starówki była w oczach konserwatorów dwuznaczna moralnie. Dlatego po długim namyśle, zaproponowano dodanie do Karty Weneckiej (sumy przemyśleń wspomnianego grona) hasła-pojęcia odbudowy, polegającej na natychmiastowym przywróceniu zabytku zniszczonego na przykład w wyniku działań wojennych do formy utrwalonej w świadomości żyjącego pokolenia. Starówka warszawska zatem, a nawet Zamek Królewski (odtworzony jako tako 30 lat po unicestwieniu) podpadają pod ten paragraf.
Bobolice ani trochu.

Gdyby więc ktoś chciałby być ponadzłośliwy, mógłby powiedzieć: „wojewódzki konserwator płakał, jak brał”. Ale nikt tu wszak złośliwy nie jest.


Jakie są zaś moje przemyślenia i odczucia w temacie?
Otóż najwyraźniej nasiąkłem jakoś przez osmozę propagandą konserwatorską, bo na wieść o odbudowie (nadbudowie? zabudowie? przebudowie?) ruin bobolickich zrobiło mi się czegoś żal. Może żal ruiny znanej od lat ze zdjęć jako części duetu z Mirowem? Może skłonny byłem dopatrywać się większej wartości kulturowej w szczerych zwaliskach, niż w wydumanej formie odtworzenia?

Skrupuły te legły w gruzach, gdy ujrzałem efekt działań na własne oczy.
Mówiąc krótko: jestem za. Po pierwsze, inwestycja zrobiona jest z niejaką klasą i bez fuszerki. Po drugie, jak to mówią, jest przekonywająca. Albo: przemawia do mnie. Lub: „kupuję ją”. Po trzecie: strasznie mało w naszym kraju warowni średniowiecznych w przyzwoitym stanie. A już zwłaszcza takich wyżynnych „orlich gniazd”. W zasadzie zero. Jesli już, to są albo przebudowane w następnych epokach, albo w ostatnim stopięćdziesięcioleciu... rekonstruowane - w ten czy inny sposób.

Dlatego uważam, że należy nam się nowiutki, współczesny zamek czternastowieczny.

Panowie na Bobolicach ponoć przymierzają się i do odbudowy (nadbudowy? zabudowy? przebudowy?) Mirowa.
Moim zdaniem mogliby sobie odpuścić. W ten sposób mielibyśmy obok siebie autentyk w ruinie i fantazję w świetnym stanie. Ambicjom a tęsknotom zadość, i nauce.

Zwłaszcza dla młodzieży!







10 marca 2017

5 marca 2017

Mirów

Słowo się rzekło, kobiałka u płota. Kobiałka?

Choćbym nie chciał, to muszę wyłożyć na stół zamek, sterczący obok drabiny na kamień.
Jednym słowem: Mirów.


Oto jaki widok wita przybyszów: malowniczy zabytek, czyli główny pretekst do przybywania, jakiś niedolasek w pobok, pejzaż jurajski i zdrowy przejaw kapitalizmu ludowego: reklama dachu nad głową dla mniej przygodnych turystów.


Tradycja i społeczne oczekiwania przypisują powstanie zamku ożywionej działalności budowlanej ostatniego z tronujących Piastów. Nie ma to natomiast poparcia w źródłach. Tak czy siak, genezę ma najprawdopodobniej czternastowieczną. Później każdy, kto mógł, dodał coś od siebie. Szwedzi, jak to Szwedzi, poruszyli nieruchomość i obrócili ją w ruinę, panie.


Zanim to nastąpiło, zamek był własnością rodu Koziegłowskich (z pobliskich Koziegłów), a potem Myszkowskich (z pobliskiego Myszkowa). Ten ostatni ród wspominało się tu - rok temu - przy okazji opiewania miasta Pińczowa. Tam bowiem założyli kontrmiasteczko nazwane od niniejszej posiadłości - Mirowem.
Co ciekawe, niejedyny to transfer owej nazwy. Także pewien pałac w innych stronach ją otrzymał. Uwaga! Zapomniana dzielnica Warszawy o tymże mianie cieszy się zgoła inną etymologią.


Tak zwana trwała ruina zamku Mirowa pozostaje jedną z bardziej malowniczych naszego kraju w ruinie. Chociaż obiekt to w sumie niewielki, widać, że solidny. I rzetelnie kamienny, czego nie życzę zaś Waszym sercom. Niech pozostają z gliny.






28 lutego 2017

Drabina na kamień

Już niebawem kolejny zamek, a narazie coś z obok: drabina na kamień. Widok wart uświadczenia.


Weszłabyś? Wszedłbyś?





25 lutego 2017

Stacja Jaktorów wczoraj i dziś

Normalnie pokazuję we blogu to, co mi się podoba. Na przykład - zamki. O, właśnie. Może w następnej kolejności pokażę jakiś zamek, kto wie, może zrobił się odrobinę zamkowo?
Ale czasem nachodzi człowieka wyjątek od tej reguły, choćby i częściowy.


Oto zatem zobrazowane przemiany na najbardziej uczęszczanej przeze mnie stacji kolejowej, nie licząc tej, która znajduje się w moim rodzinnym mieście. A więc mogę o niej poniekąd powiedzieć „moja stacja”.

Mowa o stacji Jaktorów, która dla zmylenia przeciwnika nie leży w Jaktorowie, tylko - przeciwnie - w Chylicach. To tu od dawnej linii warszawsko-wiedeńskiej odgałęzia się centralna magistrala kolejowa, która pędzi - jak powiedział człowiek, który przeszedł pieszo wzdłuż niej - „omijając cywilizację” aż po zagłąbie krakowsko-częstochowskie.


Jest to także stacja uwieczniona w wierszu o jakże konkretnie kolejowym tytule „Warszawa Śródmieście - Milanówek godzina 23.42”, przy czym odnotować należy, iż podróż Warszawa Śródmieście - Milanówek akurat Jaktorowa nie objęłaby swoim zakresem. Atoli nie tylko w tym...

Ale to dygresje. Cóż jednak zaszło w ostatnich latach na stacji Jaktorów? Otóż w dobie pendolinizacji kraju, stacja ta przeszła metamorficzne przeobrzuszenie.


Unicestwiono peron wyspowy (zdjęcie 1) i wybudowano niemałym nakładem sił i środków dwa perony boczne oraz przejście podziemne z długaśną rampą (zdjęcie 3 i 4). Zagłada spotkała przy okazji dyżurkę, czy jak nazywa się tam fachowo ów pawilonik między torami. W zamian zafundowano wesoło zieloną wstęgę parkanów-ekranów oddzielających kolej od rzeczywistości.

Zlikwidowano także przejazd drogowy przez tory na przedłużeniu uliczki wiodącej do stacji (zdjęcie 3). Niemałym nakładem sił i środków zbudowano za to w oddali estakadę nad torami. Już żaden zbłąkany samochód nie trafi pod koła pędzącego pendolino, to samo dotyczy pieszych pasażerów...

A jednak czegoś żal... „Czy psychiczna to choroba? Znowu mi się nie podoba!” Być może jest to zdiagnozowany klinicznie zespół fobii wobec jakichkolwiek zmian. Ale jednak peron wyspowy ma w sobie pewną poetykę i nieokreśloność, suspens i potencjał. Przecież można z niego znienacka wsiąść do pociągu w przeciwną stronę, niż się planowało. W przypadku peronów bocznych, trzeba trzymać się biletu i z marszu kierować się bądź w lewo, bądź w prawo. Nie ma wahań i braku samookreślenia kierunku! Jesteś z nami, lub przeciw nam! Separacja! Baczność! Odjazd!


Co jeszcze? Jeszcze nie spotka Cię to, co spotkało raz nas, gdy idąc, zagapiliśmy się na bujające na błękicie nieba gołębie i... zawiesili się w zwis na zamkniętym szlabanie u wejścia na peron wyspowy! (zdjęcie 1).





12 lutego 2017

Zamek w Nowym Wiśniczu

Zrobiło się co nieco zamkowo, ale to chyba nie szkodzi.
Oto sunie więc następny egzemplarz niezamierzonego cyklu: zamek w Nowym Wiśniczu.

Nie stanowi żadnego pḁdḁ do żadnego odpowiadającego mu odpowiednika z nizin.
Za to, tak jak w Dębnie, pierwszy raz zawitaliśmy tam w trakcie wakacyjnej eksploracji rejonów pogórza podkarpackiego XX lat temu.
I, tak jak w Dębnie, ostatni - ostatnio.
Stąd okazja, by rzucić zamkiem w oczy.


Forteca w Nowym Wiśniczu należy do bardziej malowniczych w naszym kraju. Tak z racji usytuowania, jak i substancji, z której ją sklejono.
Jest bowiem zabytkiem gotycko-renesansowo-barokowym. Szczerze mówiąc, prezentuje się dość dziwnie. Malowniczość to jedno, osobliwość to drugie, co także bierze się właśnie z tego następującego narastania stylowo-epokowego.


W sumie najwięcej w nim wczesnego baroku, stylu bardzo swojskiego i tożsamego naszej tożsamości estetyczno-historycznej (mogę to rozszerzyć i rozjaśnić na specjalne życzenie drogą korespondencyjną). Dzieje się tak również za sprawą opasania budowli fortyfikacjami bastionowymi na planie pięciokąta. Jest to z kolei coś znanego z wykładanego tu uprzednio zamczyska w Ujeździe. Tam jednak pałac jest przestrzennie i funkcjonalnie z obwarowaniami powiązany - jako że wszystko powstało od jednego zamachu. Tu, w Nowym Wiśniczu, fortyfikacje są nowsze niż zamek, w momencie ich powstania tylko kolejny raz przebudowany.


Ciekawym ewenementem jest natomiast sarmacko-kontrreformacyjne powiązanie funkcjonalno-przestrzenno-ideowe tego zespołu z wzniesionym w I połowie XVII wieku na sąsiednim wzgórzu klasztorem z kościołem - również srogo obwarowanym bastionowym wielobokiem. Od czasów zaborczych atoli budynki klasztorne zajmuje zakład penitencjarny, kościół zaś uległ zupełnemu rozebraniu od ostatnich Niemców.
Przyznać się muszę, iż z racji krótkotrwałości każdorazowej wizyty w Wiśniczu, tego osobliwego zabytku na oczy jeszcze nie ujrzałem...


Wróćmy do zamku właściwego. Czego tam nie ma?! Wież pięć (co najmniej), taras, a właściwie balkon na solidnych arkadach, dziedziniec z loggią równie arkadową, kopułowa kaplica z boczku...

Jedna z wież nakryta jest hełmem szesnastowiecznego landsknechta i łypie spod niego cyklopim okiem na okolicę. Na innej z wież pyszni się nasz narodowy zwierz - orzeł.

Bramę w fortyfikacjach na manierę manierystyczną okuto ornamentem okuciowym, częstym w Gdańsku i innych rejonach Niderlandów.


Zrąb zamku powstał, jak się rzekło, w średniowieczu, gdy włościami władał ród Kmitów. Ostatni z nich dokonali poważnie zakrojonej przebudowy renesansowej. Potem nieruchomość przeszła na własność „książąt” Lubomirskich - stąd ich herb w portalu - którzy także bawili się budowlanką, już barokową. Po nich przyszli inni, itd.

Wnętrz atoli nie widzielim - za pierwszym razem trwał pewnego rodzaju chaos związany z odzyskaniem, czy odprzejęciem przez ww. „książąt”, ostatnio zaś spóźnilim się na wstęp. Zamkiem notabene zawiaduje gmina, czy jakiś wyższy szczebel zarządu - „książąt” nie stać na taki ciężar. Z tego, co się dowiedzielim...
 
Na deser dla P.T. skrupulantów: topomapa okolic, miasteczko + zamek + b. klasztor.






6 lutego 2017

Wybierz miasto

Zrobiło się zamkowo, ale przerywamy ten cykl.
Trzeba pomyśleć, dokąd się udać w dalszą podróż.
Pomóc w tym może popularny portal informacyjny. W nim naciskadło „Wybierz miasto”...
A więc coś z cyklu „curiosa”, albo - „autentyki”...





30 stycznia 2017

Zameczek w Dębnie

Może będzie ciut zamkowo, ale nizinnemu zameczkowi w Oporowie należy się prezentacja jego pḁdḁ z wyżyn, którym jest zameczek w małopolskim Dębnie.


Dębno leży w połowie drogi między punktem A a punktem B. Trafić więc tam łatwo, ale nie jest to takie proste. Musiało upłynąć 18 lat między jedną a drugą naszą tam wizytą. W takim czasie można zdążyć i urodzić się, i pójść do wojska. Horrendalne.


Budowlę tę zbudowano w połowie drugiej połowy XV wieku. A więc sam schyłek średniowiecza (gdzie indziej było już po), gotyk w wersji wyrafinowanej i jakże dworskiej. W zasadzie jest to pałac gotycki - wielka rzadkość w naszych stronach. Niemniej obiekt przejawia także cechy obronne i - sine kwa non - zamyka się wokół dziedzińca, a więc jest zamkiem.


Wyrafinowanie polega na istnieniu dwóch symetrycznie umieszczonych wykuszy w części wschodniej zamku i dwóch wielobocznych wieżyczek w zachodniej. Podobnie, jak zamek w Oporowie, otoczony jest fosą, której nie sposób przebyć suchą nogą. A także zbudowany jest z cegieł i kryty dachówką. Na tym podobieństwa się kończą - lub nie, zależy jak patrzeć.


I tutaj portal wejściowy jest nowszy, niż reszta. Jak widać, pochodzi z 1722 roku, ale ornamentyka jego jawi się na poły ludowo, na poły archaicznie. Ale nie czepiajmy się - jest ładny. I kamienny.
Tynkowo-sgraffitowe są zaś dodatki szesnastowieczne, renesansowe, kiedy to otynkowano całość (potem zdarto).

Pierwotnym autentykiem są m. in. schodkowe i olaskowane portale ostrołukowe.


Tutaj także warto zajrzeć do środka, by przekonać się o wartości i jakości np. wnętrz z wykuszami, które umilają czas przebywającym w pobliżu.


Znajdując się z cicha pęk na zewnątrz, można jeszcze raz zwrócić uwagę na późnośredniowieczne, wyrafinowane i dworskie detale.


Uwidocznione w tychże samych wykuszach, tudzież ścianach zdobionych zygzakami z zendrówek.


Tu zaś bacznie przyglądamy się wspornikom wieżyczki. Nic nie rzuca się w oczy.


A ówdzie i owszem - na jednym widnieje wyryta gęba, reklamowana przez instytucję kultury zawiadującą obiektem jako podobizna diabła. Chociaż raczej przypomina Tytusa de Zoo...


Do odwiedzin przepięknego zameczku w Dębnie serdecznie namawiam tych, którzy i tak daliby się na to namówić.





20 stycznia 2017

666

Tak się zamkowo zrobiło ostatnio, ale przerywamy tę passę.
Dziś wydanie nadzwyczajne - 666. A to - jak wiadomo - liczba bestii.


Ale także wszakże liczba to człowieka...





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...