19 kwietnia 2017

Seks maszyny

Blogare necesse est. Gdyby ktoś nie wiedział.
Zwykłem w Wielką Sobotę wykładać nagrobek renesansowy z puli. Tym razem się nie udało. Nie to, żeby pula była pusta, przeciwnie: nagrobków jeszcze trochę jest. Czas stosowny jednak przemknął niepostrzeżenie. Nagrobek musi więc cierpliwie poczekać. Zresztą dużo ostatnio zabytków tu się panoszy.

Tym razem wjeżdżają w pole spojrzenia zabytki innego sortu - ale jednak zabytki.
Zapraszam w krainę lśniących czerwonych knypli, nabrzmiałych maźnic, zapachu starego tłuszczu...
Spójrz:

9 kwietnia 2017

Niedzica

Czy wy wiecie,
czy wy wiecie,
że już kwiecień?

Gdy się powiedziało „a” jak Mirów, trzeba powiedzieć „b” jak Bobolice.
Tak samo, gdy się powiedziało „c” jak Czorsztyn, należy powiedzieć „d” jak Niedzica.

Stoją bowiem te dwie fortece naprzeciw siebie jak Gog i Magog, Świdryga i Midryga, Minas Morgul i Minas... (to drugie). Ehm... chwileczkę. Już to pisałem. Przy okazji Chocimia i zamku w nimże, tamże.


Atoli nie bez przyczyny to powtórzenie! Analogia występuje w postaci okoliczności trans- i granicznych.
Jak na Podolu, z jednej strony był polski, czy też rzeczpospolity Żwaniec i Kamieniec, po drugiej wołosko-turecki Chocim, tak tutaj mamy polski Czorsztyn i spisko-węgierską Niedzicę, a konkretnie zamek Dunajec (Dunajecz). W obu przypadkach granicę należy uważać za znikniętą.


I tak, jak w przypadku Chocimia odrębność przynależności polityczno-kulturowej odmalowuje się w samym wyglądzie, czyli tzw. architekturze obiektu. Jest on wyraźnie - gdy się przyjrzeć - odmienny od pozostałych zamków polskich z epoki, tzn. średniowiecza przebudowanego w nowożytności (i nie mówię tu o widocznym poniżej manierystycznym domofonie).


A więc warto pamiętać, że zabytek ten nie należał do państwa polskiego, a przez gros jego istnienia władały nim rody węgierskie. Nazwisko inicjatora najpoważniejszej przebudowy - Jerzego Horvatha - oraz data - MDCI - uwidocznione są w tablicy nad bramą.


Trochę psim swędem państwo nasze zainkasowało bez mała sto lat temu kawałeczek Spisza (i Orawy po drugiej stronie Tatr, chyba dla równowagi) wraz z pięknym zamkiem niedzickim.

Niemal zawsze przy okazji opisywania tego regionu i tamtych czasów wspomina się, że w dobrach zamkowych do lat 30. XX wieku przetrwała szczątkowa forma pańszczyzny, tzw. żelarka (zniesiona ustawą sejmową).


O samym polskim Spiszu mam zamiar spisać wpis stosowny w nieoczekiwanej przyszłości. Nie na zasadzie wypisu z W-pedii, a raczej w formie wypracowania „Spisz i ja”.

Na dobranoc panorama Pienin z zamkiem Dunajecz oraz i z jakimś zgubionym kapciem:


Dobranoc.




3 kwietnia 2017

W obcym mieście

Gdy się znajdziesz w obcym mieście, czujesz się jak we śnie. Na czym to polega? Już mówię, kolego. Na pewnej dozie dezorientacji wynikającej z sytuacji braku rozeznania, co jest za rogiem. Na zaskoczeniach w skali perspektywy, jak i detalu. W swoim mieście schodzonym do imentu takie niespodzianki raczej nie czyhają.

Obce miasto - w tym konkretnym przypadku - oferuje swoiste formy właściwe sobie.


Ale przecież to miasto nie jest niespodziane. Jest przecież znane, choć dawno nie widziane.
Dlatego (?) nogi same prowadzą starymi ścieżkami w odwiedzane dawniej miejsca...
Nie trzeba patrzeć na mapy i plany. Wszystko od razu orientuje się w kompasie nadświadomości (w podświadomość nie wierzę). Aczkolwiek...

Z murów wyłażą jakieś lepkie kończyny...


Z drugiej strony tak samo.


Środek dnia, a wydaje się, że to gdzieś w Italii.


Kto budował to miasto?


I po co??


I czemu ktoś wystawił na dwór całkiem dobry kredens?


Atmosfera gęstnieje... Pora się zmywać. Wreszcie do własnego miasta.
Na szczęście wszystkie drogi prowadzą do Warszawy.






30 marca 2017

Czorsztyn

Nie podobała się ruina unicestwiona z poprzedniego wpisu zamkowego? A więc oto ruina utrwalona.
Czorsztyn. Zamek w Pieninach, zatem poniekąd już właściwie górski. Rzadkość!
Wzgórza i wyniesienia - miejsca z natury obronne - jak najbardziej dla budownictwa obronnego, ale góry sensu i stricto? Im wyższe, tym bardziej bezzamkowe.
No, gwoli prawdy trzeba wspomnieć zameczek pod samymi Trzema Koronami w tychże Pieninach, ale to już naprawdę unikat, na dodatek prawie nie istnieje.


A Czorsztyn, jaki jest, każdy widzi.
Ruina. Nieodbudowana, więc poraża prawdą o życiu, Polsce i świecie współczesnym.
Zmianą, jaka zaszła w pejzażu okolicznym w trakcie ostatniego pokolenia, jest atoli jezioro, wykwitłe wskutek tamy na Dunajcu.
Wcześniej go nie było i to tu - w Czorszytnie - zaczynały się pamiętne spływy ceprów widokową rzeką, a nie, za przeproszeniem, w Sromowcach, jak teraz.


Jezioro jest piękne, a więc spełnia swoją rolę. Na dodatek przyczyniło się do powstrzymania powodzi - i to już na inauguracji, w 1997 roku.
A pomyśleć, że swego czasu uległem ekonamowom świętej pamięci poetki, pani W., która kochając i rozumiejąc młodzież, zbierała podpisy przeciw tamie, by wspomóc protestujących ekopunków. Więc podpisałem.

Stąd nauka płynie bystrzyną Dunajca: niech ręka zadrży przed podpisaniem czegokolwiek!


Widoczek stamtąd już raz mignął nago we blogu wraz z poczuczającą historyjką z przeszłości, o: tu.





21 marca 2017

Nasraj do ambony

Przepraszam - z góry - przypadkowych przechodniów, których zwabiła tu chęć przeczytania zjadliwego paszkwilu antyklerykalnego. Nic z tych rzeczy.
Od soboru watykańskiego II ambony wyszły z użycia...

Aczkolwiek - korzystając z okazji - nieodzowna anegdota z życiorysu własnego.
Pani na lekcji polskiego u zarania podstawówki nakazała ułożenie przykładowego zdania jakiegoś tam, obrazującego któryś z aspektów gramatyki. Jako dziecię wypasane latem w kniejach i śród łąk zaproponowałem takie: „Pod lasem stała ambona”. „Jak to?! Toż to bez sensu!” - wykrzyknęła nauczycielka. – „Ambona przecież znajduje się w kościele!” Nie umiałem się wytłumaczyć, bo też nie wiedziałem, o co chodzi tej pedagog.

Tyle o homonimiczności tytułowego słowa i rozmaitych brakach w erudycji. A teraz do rzeczy.

Gdybym był uczestnikiem jakiegoś „Facebooka” rozpętałym (bądź próbował) wielką akcję anarchistycznego sprzeciwu wobec myślistwa pod chwytliwym sloganem tytułowym.
Generalnie jestem libertariańskim leseferystą, kierującym się hasłem „żyj i daj żyć innym”. Z definicji swej myślistwo w tym haśle nie potrafi się zmieścić.
Zabijanie dla przyjemności jest czymś, co wykracza poza możliwości mojego dysonansu poznawczego.
Dlatego chętnie rozpropagowałbym takie posunięcie: przypili cię podczas spaceru w lesie? Skorzystaj z ambony myśliwskiej!
A jeśli nie, to przynajmniej OBSIKAJ najbliższą okolicę - to odstrasza zwierzęta.

Na razie propaguję je wśród znajomych tudzież czynnie w terenie.





13 marca 2017

Bobolice

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

Gdy powiedziało się „a” jak Mirów, należy powiedzieć też „b” jak Bobolice.
W nieodległym miejscu tym tkwi kolejny element „Szlaku Orlich Gniazd”, część wielkich inwestycji Kazimierza (takiegoż).


Zespalają się te dwie warownie w jaźni i w przestrzeni.
Do zarania XXI wieku stanowiły także zgrany duet w ruinie.

Dziś okoliczności przedstawiają się zgoła odmiennie.


Dziarska rodzina zasobna w zasoby finansowe zdobyła się na radosny trud odbudowy posiadłości - już prywatnej.
Z trwałej (?) ruiny w trwałą (?) nieruinę.


Strukturę, bryłę i figurę odtworzono quasi una fantasia, gdyż żadnych źródeł ikonograficznych, pisanych i niepisanych, wcześniejszej nieruiny brak. Stoi to w sprzeczności z zasadami konserwacji zabytków wypracowanymi przez konserwatorów zabytków. Ba, sam fakt owego odtworzenia również tak stoi.

Nawet rekonstrukcja warszawskiej Starówki była w oczach konserwatorów dwuznaczna moralnie. Dlatego po długim namyśle, zaproponowano dodanie do Karty Weneckiej (sumy przemyśleń wspomnianego grona) hasła-pojęcia odbudowy, polegającej na natychmiastowym przywróceniu zabytku zniszczonego na przykład w wyniku działań wojennych do formy utrwalonej w świadomości żyjącego pokolenia. Starówka warszawska zatem, a nawet Zamek Królewski (odtworzony jako tako 30 lat po unicestwieniu) podpadają pod ten paragraf.
Bobolice ani trochu.

Gdyby więc ktoś chciałby być ponadzłośliwy, mógłby powiedzieć: „wojewódzki konserwator płakał, jak brał”. Ale nikt tu wszak złośliwy nie jest.


Jakie są zaś moje przemyślenia i odczucia w temacie?
Otóż najwyraźniej nasiąkłem jakoś przez osmozę propagandą konserwatorską, bo na wieść o odbudowie (nadbudowie? zabudowie? przebudowie?) ruin bobolickich zrobiło mi się czegoś żal. Może żal ruiny znanej od lat ze zdjęć jako części duetu z Mirowem? Może skłonny byłem dopatrywać się większej wartości kulturowej w szczerych zwaliskach, niż w wydumanej formie odtworzenia?

Skrupuły te legły w gruzach, gdy ujrzałem efekt działań na własne oczy.
Mówiąc krótko: jestem za. Po pierwsze, inwestycja zrobiona jest z niejaką klasą i bez fuszerki. Po drugie, jak to mówią, jest przekonywająca. Albo: przemawia do mnie. Lub: „kupuję ją”. Po trzecie: strasznie mało w naszym kraju warowni średniowiecznych w przyzwoitym stanie. A już zwłaszcza takich wyżynnych „orlich gniazd”. W zasadzie zero. Jesli już, to są albo przebudowane w następnych epokach, albo w ostatnim stopięćdziesięcioleciu... rekonstruowane - w ten czy inny sposób.

Dlatego uważam, że należy nam się nowiutki, współczesny zamek czternastowieczny.

Panowie na Bobolicach ponoć przymierzają się i do odbudowy (nadbudowy? zabudowy? przebudowy?) Mirowa.
Moim zdaniem mogliby sobie odpuścić. W ten sposób mielibyśmy obok siebie autentyk w ruinie i fantazję w świetnym stanie. Ambicjom a tęsknotom zadość, i nauce.

Zwłaszcza dla młodzieży!







10 marca 2017

5 marca 2017

Mirów

Słowo się rzekło, kobiałka u płota. Kobiałka?

Choćbym nie chciał, to muszę wyłożyć na stół zamek, sterczący obok drabiny na kamień.
Jednym słowem: Mirów.


Oto jaki widok wita przybyszów: malowniczy zabytek, czyli główny pretekst do przybywania, jakiś niedolasek w pobok, pejzaż jurajski i zdrowy przejaw kapitalizmu ludowego: reklama dachu nad głową dla mniej przygodnych turystów.


Tradycja i społeczne oczekiwania przypisują powstanie zamku ożywionej działalności budowlanej ostatniego z tronujących Piastów. Nie ma to natomiast poparcia w źródłach. Tak czy siak, genezę ma najprawdopodobniej czternastowieczną. Później każdy, kto mógł, dodał coś od siebie. Szwedzi, jak to Szwedzi, poruszyli nieruchomość i obrócili ją w ruinę, panie.


Zanim to nastąpiło, zamek był własnością rodu Koziegłowskich (z pobliskich Koziegłów), a potem Myszkowskich (z pobliskiego Myszkowa). Ten ostatni ród wspominało się tu - rok temu - przy okazji opiewania miasta Pińczowa. Tam bowiem założyli kontrmiasteczko nazwane od niniejszej posiadłości - Mirowem.
Co ciekawe, niejedyny to transfer owej nazwy. Także pewien pałac w innych stronach ją otrzymał. Uwaga! Zapomniana dzielnica Warszawy o tymże mianie cieszy się zgoła inną etymologią.


Tak zwana trwała ruina zamku Mirowa pozostaje jedną z bardziej malowniczych naszego kraju w ruinie. Chociaż obiekt to w sumie niewielki, widać, że solidny. I rzetelnie kamienny, czego nie życzę zaś Waszym sercom. Niech pozostają z gliny.






28 lutego 2017

Drabina na kamień

Już niebawem kolejny zamek, a narazie coś z obok: drabina na kamień. Widok wart uświadczenia.


Weszłabyś? Wszedłbyś?





25 lutego 2017

Stacja Jaktorów wczoraj i dziś

Normalnie pokazuję we blogu to, co mi się podoba. Na przykład - zamki. O, właśnie. Może w następnej kolejności pokażę jakiś zamek, kto wie, może zrobił się odrobinę zamkowo?
Ale czasem nachodzi człowieka wyjątek od tej reguły, choćby i częściowy.


Oto zatem zobrazowane przemiany na najbardziej uczęszczanej przeze mnie stacji kolejowej, nie licząc tej, która znajduje się w moim rodzinnym mieście. A więc mogę o niej poniekąd powiedzieć „moja stacja”.

Mowa o stacji Jaktorów, która dla zmylenia przeciwnika nie leży w Jaktorowie, tylko - przeciwnie - w Chylicach. To tu od dawnej linii warszawsko-wiedeńskiej odgałęzia się centralna magistrala kolejowa, która pędzi - jak powiedział człowiek, który przeszedł pieszo wzdłuż niej - „omijając cywilizację” aż po zagłąbie krakowsko-częstochowskie.


Jest to także stacja uwieczniona w wierszu o jakże konkretnie kolejowym tytule „Warszawa Śródmieście - Milanówek godzina 23.42”, przy czym odnotować należy, iż podróż Warszawa Śródmieście - Milanówek akurat Jaktorowa nie objęłaby swoim zakresem. Atoli nie tylko w tym...

Ale to dygresje. Cóż jednak zaszło w ostatnich latach na stacji Jaktorów? Otóż w dobie pendolinizacji kraju, stacja ta przeszła metamorficzne przeobrzuszenie.


Unicestwiono peron wyspowy (zdjęcie 1) i wybudowano niemałym nakładem sił i środków dwa perony boczne oraz przejście podziemne z długaśną rampą (zdjęcie 3 i 4). Zagłada spotkała przy okazji dyżurkę, czy jak nazywa się tam fachowo ów pawilonik między torami. W zamian zafundowano wesoło zieloną wstęgę parkanów-ekranów oddzielających kolej od rzeczywistości.

Zlikwidowano także przejazd drogowy przez tory na przedłużeniu uliczki wiodącej do stacji (zdjęcie 3). Niemałym nakładem sił i środków zbudowano za to w oddali estakadę nad torami. Już żaden zbłąkany samochód nie trafi pod koła pędzącego pendolino, to samo dotyczy pieszych pasażerów...

A jednak czegoś żal... „Czy psychiczna to choroba? Znowu mi się nie podoba!” Być może jest to zdiagnozowany klinicznie zespół fobii wobec jakichkolwiek zmian. Ale jednak peron wyspowy ma w sobie pewną poetykę i nieokreśloność, suspens i potencjał. Przecież można z niego znienacka wsiąść do pociągu w przeciwną stronę, niż się planowało. W przypadku peronów bocznych, trzeba trzymać się biletu i z marszu kierować się bądź w lewo, bądź w prawo. Nie ma wahań i braku samookreślenia kierunku! Jesteś z nami, lub przeciw nam! Separacja! Baczność! Odjazd!


Co jeszcze? Jeszcze nie spotka Cię to, co spotkało raz nas, gdy idąc, zagapiliśmy się na bujające na błękicie nieba gołębie i... zawiesili się w zwis na zamkniętym szlabanie u wejścia na peron wyspowy! (zdjęcie 1).





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...