11 sierpnia 2020

Świnka, w morde



Na przykład - książę Zajączek herbu Świnka, urodzony w Kamieńcu Podolskim, barzanin, jakobin o samemu sobie nadanym demokratycznym nazwisku Arbuz, obrońca Pragi, właściciel folwarków Fajum i Aleksandria (pamiątka wojowania w Egipcie), beznogi inwalida znad Berezyny, namiestnik króla-cara...  (vide "Generał Arbuz", Marian Brandys).

A Ty? Jakiego jesteś herbu?





28 lipca 2020

Powitanie wakacji na 102

Dałem z siebie wszystko, ale dało mi to w kość...

Po kolei. Lato dzisiejsze nas nie rozpieszcza, podobnie jak i wcześniej wiosna, tak samo zresztą jak i zima stulecia - kompletnie bezbombel... bezśnieżna, czego najstarsi górale (ja, przyp. autora) nie pamiętają. No dobra, raz czy dwa na szybko sypło i zaraz stopło. Wiosna? Przypomnę: najpierw Mongolia (sucho, zimno, słonecznie, wietrznie), potem Kongo (mokro, ciepło, pochmurno).
Lato nas nie rozpieszcza też, rzekłem... Teraz dopiero nadrabia co nieco. Teraz jest w porządku. Gdy to piszę, jest dziesiąta wieczór, ciepło, szumią wściekle drzewa (pewnie gdzieś idzie burza) i wściekle nadają swój tryl świerszcze, czy inne tam robactwo cykadopodobne.

Koniec lipca, chwilo trwaj.

Żeby zaś uczcić początek tej pory - tj. wakacji (w rozumieniu szkolnym, lipiec - sierpień) - wybrałem się na wycieczkę rowerową. Zauważyłem bowiem, że dawno już nie byłem na takiej wyprawie samopas. Zwykle, ostatnio, w dość stałym kolarskim gronie. I na ogół - w dalsze rejony świata: a to Wielkopolska, a to Mało, a to Prusy... Dawno też nie wyjeżdżałżem za pomocą zacnego przewoźnika lokalnego: Kolei Mazowieckich.

Koleje Mazowieckie - kto z nich korzysta na co dzień, skłonny jest utyskiwać. To zrozumiałe. Dla mnie jednak - niedzielnego użytkownika - KM mają jedną zwłaszcza miłą cechę: od paru lat nie liczą sobie za rower. Nie wiem, dlaczego, ale mam poczucie, że obowiązek kupowania biletu na przewóz roweru jest jakoś uwłaczający. A przecież od normalnych opłat osobowych się nie uchylam, takoż w komunikacji miejskiej... No więc kiedyś w Kaemach była tylko promocja - podróż z pojazdem gratis jeno w miesiącach letnich. Teraz - przez okrągły rok! A u innych przewoźników: świątek-piątek i choćbyś jechał(a) jedną stację - płać 7 lub 9 zł.

Tędy siędy, wybrałem się więc w pierwszą niedzielę lipca w trasę z podwózką pociągową, lokalną - do Ostrołęki. Początki bywają trudne. Musiałem wstać o 4.00, choć zaraz znów się położyłem - ale potem znów wstałem - by już o 5.54 wyruszyć w dal ze stolicy.


W prawie pustym pociągu - była tylko jedna współpasażerka, której zresztą nie mogłem nie zapytać "przepraszam, ten pociąg to na Tłuszcz?". Lecz nie podjęła tematu, tylko potwierdziła.


Tam, gdzie pociąg na Tłuszcz kończy bieg - jest to właśnie Tłuszcz - należy zmienić skład, na bardziej oldskólowy, który zabiera całkiem do Ostrołęki poprzez malownicze Mazowsze północne.


Umyśliłem sobie bowiem taką trasę: Ostrołęka - Ciechanów, częściowo poprzez Kurpie, które, jak zdążyłem się przekonać, odznaczają się swojską malowniczością. Za nią właśnie się stęskniłem.


Ostrołęka była kiedyś stacją węzłową - można było jechać w stronę Tłuszcza na Mazowszu (czyli Warszawy), Wielbarku w Prusach (czyli Olsztyna) i Łap na Podlasiu (czyli Białegostoku). Dziś tylko kończą tu bieg pociągi, jak ten, którym przyjechałem. Ale to ma się zmienić - w ramach odbicia od kompletnego dna kolejowego w naszym kraju, podjęto prace nad przywróceniem ruchu w stronę Wielbarku, czego pewnie przejawem ten znak na przejeździe.


Samego miasta byłego wojewódzkiego nie oglądałem. Przedmieściami skierowałem się od razu na nieużywany do niedawna most kolejowy. Tym mostem przebyłem wskroś rzekę Narew.


Oczywiście pieszo, jechać bym się tu nie odważył.


Nieopodal tej przeprawy do Narwi uchodzi sobie Omulew, w górę której początkowo jąłem podążać. Nazwa jakoś kojarzy się niejasno z owocami morza, barwa wody również nie nęci, ale nałykać można się tam całkiem ładnych widoków.


Niektóre skłaniają do odbijania w boczne drogi pyłowe.


By w nagrodę uświadczyć na przykład takie zgrabne domostwo nadrzeczne (na bazie d. młyna).


Pierwszy sielsko-rzeczny etap nie zapowiadał czyhającego licha.

Ujawniło się ono po odbiciu we wsi nomen-omen Przystań od Omulwi w kierunku południowo-zachodnim. Tego dnia bowiem wiał bardzo silny wiatr z tej właśnie strony, który unie mo
                                                                                                                                               żliwiał
czasem                          zwykłą
                                                                                        płynną,

                                                                                                 szybką

                                                                                                                 jazdę...


Krótko mówiąc, jechało się jak pod górę. Szczególnie poza kurpiowskimi lasami - na zdjęciu b. wiatrak we wsi Mamino.


Niemniej - kocham to.


I przyrodę naszą ojczystą.


Dodatkowym utrudnieniem było widoczne (w widoku wstecz) 6,5 km po piachu za Pachem.


Pewną nagrodą był widok pięknych rozlewisk Orzyca, kolejnej północnomazowieckiej rzeki.


Po dwuletniej suszy miło stwierdzić, że woda wyżej (niż zwykle).


Odbijając na zachód od Orzyca miałem jeszcze siłę, by np. robić zdjęcia orlich bocianich gniazd. Ten widok zawsze jakoś wzrusza, nie ma bata.


Wreszcie dojechałem do Krasnego. Jest tu interesujący kościół, a w nim (podobno) renesansowe i nierenesansowe nagrobki przodków i tyłków naszego wieszcza Krasińskiego Z.
Liczyłem, że dotrę do wsi około godziny 13.00 i wstrzelę się może w drzwi otwarte po południowej mszy. Niestety niesprzyjające warunki pogodowe spowodowały, że była już 14.00 a kościół zamknięty. Byłem już jednak tak zmęczony halsowaniem pod wiatr, że szczerze mówiąc, miałem to w dupie.


Za Krasnem - mimo, że trasa wiodła m. in. przez Opinogórę, inną miejscowość związaną z Krasińskimi, a zwłaszcza z Krasińskim Z. - już nie chciało mi się robić zdjęć. Zresztą okolica na wschód od Ciechanowa jest wielce agrarna, mniej malownicza niż okołoostrołęckie Kurpie...
Nie odmówiłem sobie tylko uwiecznienia powyższego ogłoszenia.


W końcu - po 102 kilometrach walki z żywiołem, dotarłem do Ciechanowa, kolejnego b. miasta wojewódzkiego. Tu też już niczego nie zwiedzałem, dotoczyłem się prosto na dworzec. Nastawiłem sobie budzik za pięć pociąg i z pustą butelką (plastikową) pod głową zapadłem na peronowej ławce w piętnastominutową drzemę. Miałem wrażenie, że nigdy jeszcze nie czułem się w życiu tak zmęczony! 

Ale było warto. Nie narzekam.
Lato godnie przywitane.


trasa widziana z kosmosu





2 lipca 2020

Warto było dożyć tych dni

Jako piewca i wyznawca wczesnego lata nie mogę pozostać obojętny, także nablożnie, na tak wiele łask, które zsyła na nas ta pora. Opieję ją więc skromnym fotoplonem odbytego (nieładne słowo!) spacerku.


Połowa 2020. Któż by się spodziewał? A z biegiem tych - jakże już licznych, jak widać po cyfrach - lat człowiek coraz zachłanniej chłonie ciepłe dni, słoneczne chwile i te nieliczne niedojmujące z zimna noce.


Nawet gwałtowne spektakle burzowe są jeno urozmaiceniem wczesnoletniego błogostanu.


Tak, to jest wpis o pogodzie. Ale że klimat był zawsze przeciwko nam - vivat wczesne lato!







28 czerwca 2020

Bitwa wygrana, wojna - to zależy

Dziś kolejna okrągła rocznica zwycięstwa wojsk Rzeczypospolitej nad Moskwą pod Połonką (29 VI 1660).

Wspominałem o tym wydarzeniu historycznym ostatnio w rozmowie na temat świętowania / nieświętowania porażek / sukcesów w Polsce w kontekście zapomnienia przez pamięć zbiorową i tej wojny, i zwycięstw w niej odniesionych (po osłabiającej państwo wojnie domowej z Chmielnickim, po porażkach pierwszej fazy najazdu rosyjskiego, no i wreszcie po kompletnie wyniszczającym "potopie" szwedzkim!), last but not least - konsekwencji tego konfliktu obecnych w geopolityce do dziś: podziału Ukrainy między Rosję a Polskę.

Wspomniałem o nim (wydarzeniu, zwycięstwie) także siedem bez mała lat temu, przy okazji wpisu refleksyjno-historycznego z Ukrainy, a to w kontekście rozbieżności treści w Wikipedii rodzimej, angielskiej i rosyjskiej. Tableau:


Miło mi więc donieść - w kontekście dzisiejszej rocznicy - o wypracowaniu przez te siedem lat zbliżenia wersji wydarzeń w trzech wspomnianych wydaniach Wikipedii:


Jak widać, dysproporcja sił (na korzyść Rosji) obecna w pierwotnej polskiej - ale i angielskiej - redakcji, wyparowała. Stopniały też fantastyczne liczby strat moskiewskich, przyjmując, o dziwo, rozmiary wskazywane pierwotnie w redakcji rosyjskiej.
Jakżeż przyjemnie, że doszło do pokojowego porozumienia ponad podziałami, rewizjonizmu i zbliżenia stanowisk. To budujące. 

Pożyteczna jest też szczepionka zdrowego sceptycyzmu wobec źródła wiedzy, jakim jest Wikipedia, oraz w ogóle - wobec wszelkich źródeł informacji, dezinformacji i deformacji.






18 czerwca 2020

Złocisty świt

Halo, Ziemia! Jest tam kto?

Golden Dawn Arkestra to nieprawe dzieci free-jazzmana Sun Ra (z jego najpierwszej Arkestry) i trzody George'a Clintona z P-Funk - krótko mówiąc dubeltowe clones of D. Funkenstein. Osiwiali i przytuczeni hipisi z nabranym nowym narybkiem. Uważaj! Skąpany w kompletnym kampie utwór (?) Allo Allo Boom, po piątym wysłuchaniu (i trzecim obejrzeniu) podstępnie dokonuje inwazji porywaczy ciał i zmienia oblicze mózgu, tego mózgu.
Uważaj! Doktor Plama i maharadża są "Pod Złotym Leszczem"!


Wczuj się w te kolory, te wzory, te tekstylia i akcesoria:


Przy okazji wysiłki dęte zaiste nie byle jakie. A tu to już całkiem chyłkiem zupełnie naprawdę:


Niby więc zabawa, oko przymrużone, kot w worku a palec w bucie, chałupniczy trip w przeszłość, w przyszłość i w głąb szafy, Rekwizytornia - prawdziwie zbójeckie nazwisko, ale muzykanctwo na najwyższym wszechświatowym poziomie. I pionie!





31 maja 2020

V 2

Maj przeleciał jak dzik przez las.


.




11 kwietnia 2020

Nagrobek z Żelechowa

Była taka nowa świecka-nieświecka tradycja w tymże blogu, że w Wielką Sobotę, wpisując się skromnie boczkiem w inną rodzimą tradycję, wywieszam materiał dotyczący krajowych nagrobków renesansowych. Obiekty te bowiem są swoistą i w sumie unikatową grupką dzieł sztuki polskiej, chociaż w większości pochodzą spod dłut włoskich mistrzów obróbki kamienia (a czasem i metalu).

Jak dotąd nie pokazywałem tu szczytowych osiągnięć gatunku, do których niewątpliwie należy zaliczyć kamienne wizerunki dwóch ostatnich Jagiellonów z całą towarzyszącą im wybitną oprawą rzeźbiarsko-architektoniczną. Ale też na razie się nie zanosi. Po pierwsze widziałem je raz, i to dość dawno; po drugie - potrzebny byłby pewnie lepszy sprzęt fotograficzny i podobnie profesjonalne okoliczności (statywy, rusztowania, reflektory); po trzecie wreszcie - zdaje się, że byle kto w katedrze wawelskiej pstrykać fotek nie może - trzeba pewnie starać się o dyspensę tudzież imprimatur u samego biskupa, być może samego Rzymu.

Pochlebiam sobie natomiast, że kierowany tym dość niszowym hobby, zdołałem wyśledzić dość niszowe (czasem dosłownie) przykłady tej gałęzi sztuki, których nie omieszkałem w blogu wywieszać. Część jeszcze czeka w kolejce. Wiem też o co najmniej podobnie licznej grupie tych zabytków, których jeszcze nie zdjąłem (fotograficznie, rzecz jasna). Albo do nich jak dotąd nie pielgrzymowałem, albo przeciwnie - zrobiłem to, ale zastałem na miejscu drzwi zamknięte.

Najprzyjemniej, gdy nagrobek taki zaskoczy wpadając w oko niespodzianie przy okazji odwiedzin w jakimś zabytkowej świątyni, jak to na przykład było z wyżej wlinkowanym przypadkiem pęcickim.

Dziś, korzystając ze sprzyjających okoliczności, przedstawiam podobnie bliski w orbicie stolicy okaz nagrobka renesansowego (może drugi w kolejności pod tym geograficznym względem) - czyli rzeźbę z Żelechowa.


Uwaga: Żelechowy okołowarszawskie są dwa - lewobrzeżny i prawobrzeżny. Ten drugi jest miastem, pod względem historycznym małopolskim i nigdy w nim jeszcze nie byłem. Ten pierwszy, czysto mazowiecki (gmina Żabia Wola, hmm), odwiedzałem zaś wielokrotnie.


Tam właśnie stoi skromny, a interesujący kościół o gotyckiej proweniencji; jak niejedna z  mazowieckich świątyń w tym stylu, wzniesiony już w XVI wieku. Widać tę gotyckość w układzie przestrzennym, intensywnym oskarpowaniu z zewnątrz i żebrowanych sklepieniach wewnątrz (choć nie są to już sklepienia typowo gotyckie).


Z boku nawy, w otoczeniu całkiem nam współczesnej, choć już oldskulowej boazerii, znajduje się renesansowa płyta nagrobna. Denatem uwiecznionym w kamieniu jest (być może - jak zastrzegają katalogi zabytków) niejaki Kacper Miński (zm. 1562). Sam pomnik zaś pochodzi z lat 1570-1580.


Tradycyjne zbliżenie na rączkę.


I nóżkę. Dość stawołomnie wykręconą w manierystycznej manierze, w której przedstawiano naszych szesnastowiecznych przodków. Wraz z rycerskimi utensyliami.


Na koniec: inne, interesujące starorzecza tkwiące w murach kościoła, które zawsze z przyjemnością ciekawie uświadczyć.






7 kwietnia 2020

The Captain and Me

Hipolitów, 7 kwietnia 2010.













29 marca 2020

Czekając na wiosnę (pod dębem)


Na razie - jak to określiła Em. w zeszłym roku o tej porze - Mongolia: sucho, chłodno, słońce i wiatr.
Na niebieskie żaby znów nie ma co liczyć!





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...