14 stycznia 2017

Zameczek w Oporowie

Skoro się tak zamkowo zrobiło, to pozostańmy jeszcze przez chwilę zzamkowani.
I spójrzmy na rezydencję z jesieni średniowiecza - chyba najbardziej efektowną i (bo) najlepiej zachowaną na polskich nizinach.

Krótko mówiąc: zameczek w Oporowie, w ziemi łęczyckiej.

Najpierw przejdźmy się po urokliwym parku, który otacza, wraz z fosą, piękną siedzibę biskupio-rycerską.


O, a to już właśnie zamek.


Zbudowano go w połowie XV wieku. Pierwotnymi właścicielami byli Oporowscy.


W XIX wieku odrobinę go podgotyzowano w duchu romantycznym i walterskotycznym (np. portal).


Po II wojnie obiekt regotyzowano, dodając brakujące to i owo (np. drewniane ganki na dziedzińcu).


Przekształcenia te i dodatki nie spowodowały zmian zasadniczego oryginalnego wyglądu tudzież pierwotnego układu przestrzennego.


Dlatego zamek-pałac w Oporowie pozostaje unikatowym okazem późnośredniowiecznej nieruchomości.
A na dodatek jest bardzo ładny i malowniczo usytuowany.
Warto go zwiedzić, wraz z obfitującymi w przeróżne stare graty wnętrzami w cenie biletu.





8 stycznia 2017

W górę wodospadu

W przyjemnej wypoczynkowo okolicy, pośród lasu, tkwi zamek Reinhardstein.
Nazwa ta wskazuje, że znajdujemy się już na pograniczu językowym francusko-niemieckim Belgii.
W kraju tym, nawiasem mówiąc, jest siedem (za)rządów: rząd Flandrii, rząd Walonii, rząd Brukseli, rząd wspólnoty francuskojęzycznej, rząd wspólnoty niderlandzkojęzycznej, rząd wspólnoty niemieckojęzycznej. No i rząd centralny, którego zresztą czasem nie ma, bo się nie ukonstytuował (rekord: 535 dni, ale, widać, nie jest niezbędny w takich okolicznościach).

Droga do zamku - co częste w niepłaskich obszarach - prowadzi pod górę. W pewnym momencie dany jest wybór: można podążać ścieżką, lub wspinać się po klamrach, łańcuchach itp. w górę wodospadu.


Oczywiście korzystamy z tej drugiej drogi.


Po drodze następują interesujące atrakcje, wybitne widoki i ciekawe spostrzeżenia skutkujące zamoczeniem się w wodach wodospadu.


U szczytu czeka jednak niespodzianka: źródło siklawy bije spod mikrogmachu natury utylitarnej.


Jedyna nadzieja, że nikt nie korzystał z urządzenia w czasie naszych swawolnych kąpieli w naturalnym prysznicu (i dolnopłuku, jak się okazuje).

W takiej sytuacji, patrzymy tylko na zasadniczą część zamku z zewnątrz i, przyzywani przez zew przyrody, podążamy w dalszą drogę, która wiedzie ku Wesołym... pardon, Wysokim Bagniskom.
O tych zaś w- nieokreślonym -krótce.






30 grudnia 2016

Podróż do jądra Polski 2 / „Odbudowa polskiego miasteczka”

Po co właściwie jeździłem do wyimaginowanego jądra Polski?

Praimpulsem były zdjęcia przypadkowo natknięte w internecie. Tak, czasem chadzam w tym labiryncie cudów i bzdury.


25 grudnia 2016

Zima

Zima? O, tak.
Persefona znikła pod ziemią, Demeter płacze i siwieje z rozpaczy. Na ludzi pada w zastępstwie słońca blady strach i rzuca szare, rozmazane cienie. Dzień przemija szybko, coraz szybciej, jak czas dzielący tę chwilę od ostatecznego kresu. Wiosną - jeśli jeszcze będzie - wszystko odmarznie i zgnije.

Z dedykacją dla oszukanych przez los, zdradzonych przez życie i zamordowanych przez czas:


(uwaga! prezentowany materiał zawiera rock progresywny)





20 grudnia 2016

Babie lato

Dziś chyba oficjalnie kończy się jesień. Z tej okazji - albo i bez niej - uźrzyjmy, jak może wyglądać jesieni początek. Nazywa się to czasem babie lato i słusznie, bo lepsze takie niż żadne.






Przed nami, mañana, najkrótszy dzień w roku. To też dobrze. Mehr Licht!
Najgłupszy dzień w roku, głupszy od najmądrzejszego, ufajmy, również za nami.





6 grudnia 2016

Dziadostwo

Ściślej mówiąc: pradziadostwo, a nawet prapra... babkostwo.

Otóż zaonegdaj, w trakcie przeglądania archiwaliów w Państwowym Archiwum Szpargałów w X., wyskoczyły nieoczekiwanie na widok własny niecodziennie frapujące, w formie urzędowych odpisów, dokumenta z życia - i nieżycia - osobistej własnej rodziny piszącego te słowa.

Nawiasem mówiąc, ciekawym zjawiskiem jest powszechna infantylizacja użytkowanych dawniej nazw rodzinnych, jak: dziad, babka, wuj itp.
Rzadko kto zwraca się do lub mówi o swoich przodkach & krewnych w ten sposób. Obowiązuje upupiony mocno dziadek, babcia, wujek...

Nr 1

Zamierzchłe świadectwo urodzenia pradziada a jednocześnie świadectwo mej niezaprzeczalnej warszawskości odpokoleniowej.
Nie jest ona - od razu spieszę nadmienić - jako rzecz z natury przypadkowa jakimś szczególnym przyczynkiem do (źle pojętej) chwały, ale pewnego rodzaju rzepem emocjonalnym sczepiającym emocjonalnie moje ja z tym brzydkim i śmierdzącym miastem (ale innych u nas nie ma). Na podobnych zasadach działa wszak elementarny patriotyzm ogólnokrajowy.

A więc pradziad Władysław urodził się w roku 1884, na ulicy hr. Berga (!). A świadkiem chrztu był m. in. niepiśmienny (!) obywatel Skierniewic (bliżej, i dalej, nieznany). Można zauważyć też, że chrzczone było średniopóźne dziecię.


Nr 2

Wzmiankowana wyżej matka Agnieszka wyżej chrzczonego odeszła z tego łez padołu w roku 1932 na stacji Tutowicze, co zaświadcza proboszcz z Sarn (Saren?). A więc myliłem się, pisząc w relacjach z Ukrainy, że nie mam związków rodzinnych z Wołyniem. Teraz okazuje się, że w rzeczonych Sarnach spoczywa moja praprababka, albo przynajmniej szczątki jej szczątków, atomy...

Co ją swoją drogą na ten Wołyń zagnało? Wakacje? Biznes?? Już się nie dowiem...


Nr 3

Dokument szczególnie wzruszający, bo - po pierwsze - dotyczący osoby, którą miałem zaszczyt znać osobiście, czyli mego dziada; po drugie - z uwagi na miejsce jego chrztu, jako syna obywateli Mokotowa (!), wyżej już wyświadectwowanego Władysława oraz Teofili z ...skich, lat 19 (!). Miejscem tym jest bowiem kościół parafialny świętego Michała, gdzie i mnie bez mała siedemdziesiąt lat później ochrzczono! (Choć co prawda świątynia istnieje dziś w innej, niż na początku XX wieku, formie). A żeby było już zupełnie rodzinnie-nadskarpowo, to i Em. udzielono w tym samym miejscu owego sakramentu...

Przypadek? Tak.






Ot, ciekawostkowe archiwalia stanowiące przyczynek do zgłębiania własnego drzewa ginekologicznego oraz zagłębiania się w żywą historię żywych ludzi, choć nieżyjących, oraz żywego miasta, choć przytrutego.





26 listopada 2016

Up on the Roof

Jest taka piosenka wyciśnięta z siebie przez p. Carole King, a także i przez innych (szczególnie lubię ją w wersji chóru pod nazwą The Drifters). Opowiada ona o rozkoszach samotnego (lub samowtór) bytowania na dachu budynku wielorodzinnego, gdy życie dopiekło, a bliźni obrzydli. Jednym słowem: dachowanie jako pacaneum na problemy Pierwszego Świata. Zwłaszcza w wielkim mieście w US&A, jak np. Nowy Jork, uwidoczniony w wielu filmach wraz ze swoimi płaskimi dachami i charakterystycznymi bańkami na wodę przeciwpożarową oraz zaludniającymi te przestrzenie różnymi outsiderami, dziwakami, wariatami itd.

U mnie w domu też jest płaski dach i teoretycznie można by nań wyjść, ale primo: nie mam klucza do klapy, secundo: nie mam emocjonalnej potrzeby resetowania psyche na dachu. Ale piosenka ładna.
A na dach - nawet nie swój - warto czasem wyleźć w celach nietuzinkowego spojrzenia na znane miejsca, o czym mam chęć nadmienić w dzisiejszym reportażu.

W pewien listopadowy, mglisty dzień parę lat temu wybraliśmy się z koleżką na róg Puławskiej i Madalińskiego w Warszawie mieście. Posłużywszy się kodem do domofonu wk... roczyliśmy do znajdującego się tam tzw. domu Wedla. Wewnątrz można podziwić malowidło Zofii Stryjeńskiej oraz ogólny nastrój przedwojennego luksusu w wydaniu modernistycznym, którego spory ochłap przetrwał tam wojnę i lata PRL-u.


Przejechać się można np. windą z elementami post-art-deco (nie wiem, na ile autentycznej w swej substancji).


Albo zachwycić dizajnerską numerologią nadźwierną.


Malowidła Stryjeńkskiej nie pokażę zaś, gdyż znajduje się 1) za szkłem 2) w ciemnawym dość hallu. Prawidłowe zdjęcie fotograficzne wymagałoby więc czasu, profesjonalnego sprzętu, tudzież oświetlenia. A poza tym każdy, kto znajdzie się w Warszawie i dysponuje odpowiednio rozbudowanym parciem, może tam również zajrzeć.

Podekscytowani wycieczką w przeszłość, szturmem zdobyliśmy także nieruchomość po drugiej stronie ulicy Madalińskiego. Jest nią odizolowana kamienica o przedwojennym zrębie i powojennym uzupełnieniu wraz z klatką swoją schodową w formie wiszących tarasów Semiramidy.


Rozochoceni, kontynuowaliśmy naszą penetrację znów po północnej stronie Madalińskiego, zapuszczając się do dalszych tzw. domów Wedla. Tam zaś nie oparliśmy się pędowi poznawczemu aż na dachu.
Czemu nie? Niejednokrotnie już kierowałem się zasadą „pchaj się tak daleko, aż cię wyrzucą” (inna zasada to: „wyrzucą cię oknem - wróć drzwiami”). Nikt nie wyrzucił.

Zwracając swoje ja w głąb Mokotowa, czyli na zachód, unaocznić można sobie ukryty normalnie przed wzrokiem tłumów a interesujący detal zadaszenia nad dachem oficyny. Awangarda! Jakieś wczesne żelbety i łupiny zbrojonego orzecha. Rybiooka panorama tego:


I druga, w drugą stronę, czyli na Puławską hen, po plac Unii Lubelskiej (hej, trzymaj mnie, bo zlecę!):


Co widziemy vis-à-vis i tête-à-tête (podobno zniesiono circonflexe!)?
Widziemy piękny dom. Jest to dom doktora Flataua.
Zbudowano go w latach 20 (dom, nie doktora). Sam właściciel był nieprzeciętną postacią. Dość powiedzieć, że - neurolog - ostatnie miesiące życia poświęcił obserwacji własnego mózgu tkniętego tumorem, który wnet wykończył swą ofiarę.

Nie sposób się oprzeć jednak przykrej refleksji, że gdyby nie to, prawdopodobnie uczony dziesięć lat później wyleciałby do niebios, jak to mówią, kominem w Treblince...

Inna przykra refleksja, ale zupełnie odmiennego typu, to że widać stąd gołym okiem, iż jezdnia Puławskiej jest za szeroka. Powinno zlikwidować jej po jednym pasie w każdą stronę. Byłoby wówczas miejsce na miejsca parkingowe (z drzewem co każde dwa), ścieżkę rowerową i wreszcie - przyzwoity chodnik.
Refleksja niniejsza odnosi się zresztą nie tylko do tej ulicy...


Obok miejsca tego przez kilka ładnych lat (słownie: cztery) jeździłem do szkół (średnich), na ogół tramwajem (słownie: czwórką). I zawsze z dużym ukontentowaniem kontemplowałem w trakcie przejeżdżania widok mijany - właśnie ów dom. Co prawda miał on dużą konkurencję w postaci budynku po drugiej stronie Puławskiej, ale tam gapiłem się po prostu w drodze powrotnej.

W przeciwieństwie do wyżej wspomnianych i opisanych kamienic, dom Flataua wzniesiony jest w konserwatywnym stylu modernizującego klasycyzmu, bądź klasycyzującego modernizmu (wczesnego). Okraszony jest jońskimi pilastrami ustawionymi w wielkim porządku w środkowym skrzydle, gzymsami oraz innymi „zbrodniami na architekturze”. Szczególnie cieszą też oko drobne podziały wewnątrzokienne, które świadczą o pochodzeniu całości z lat 20. Po tej dekadzie bowiem opracowano, czy raczej rozpowszechniono u nas technologię wytwarzania większych szyb - stąd domy z lat 30., także te po drugiej stronie ulicy, mają okna trój- i czterodzielne w pionie, bez tych - zbędnych już - szprosów...

W ostatnim czasie dom Flataua przeszedł renowację połączoną z nieodzownym otynkowaniem na nowo.
Dziś więc szczyci się niezrozumiałym odcieniem sino-różowym. Podobno ludzie kochają pastelowe kolory...
Ja się zaś pytam - gdzie się podziały barwy ziemi, tak typowe dla budownictwa naszych zacnych przodków?! Na szczęście i na pamiątkę dysponuję kilkoma zdjęciami sprzed kameleonizacji budynku.
Był wówczas mocno brązowy, ale o szlachetnym odcieniu, od którego odcinały się bielą detale.
Zdjęcia zadzierające głowę są oczywiście skutkiem za wąskiej szerokości chodnika!





Tym kolorystycznym akcentem kończę relację z okolic zbiegu Madalińskiego z Puławską.


uwaga: termin pacaneum © Ewa Szumańska





21 listopada 2016

Stodoły żarkowskie

Najpierw zobaczyłem to miejsce w cyfrowych materiałach à propos czegoś tam. Potem rozpoznałem je w filmie naszego filmowego wizjonera „Młyn i krzyż”, gdzie grało średniowieczną wieś flamandzką (notabene, średniowieczne miasto flamandzkie zagrał z kolei zaułek pewnego miasta, przy którym (zaułku) znajduje się Najpiękniejsze Muzeum, jeszcze tam zajrzymy).
Nie byłem tylko świadom, gdzie dokładnie ono figuruje - sądziłem, że na Śląsku, że takie rzeczy to nie u nas.

A jednak - gdy wreszcie sam do tego miejsca dotarłem, a stało się to zupełnie przypadkiem (przechodziłem z tragarzami), okazało się, iż leży w polskiej części Polski. Mianowicie - w Żarkach.

Stodołowisko żarkowskie w leksykonie zabytków określone jest lapidarnym mianem „zespołu stodół podworskich”. Internet usłużnie donosi zaś, że były one inwestycją poszczególnych łyków, i że swoją murowaną formę przyjęły po wielkim pożarze, dopiero po 1938 roku, będąc wcześniej drewnianymi.

Tędy czy owędy, zrobiło na mnie to miejsce ogromne wrażenie, skutkujące znanym już i skądinąd zjawiskiem rozpstrykania się ponad ludzką miarę. Ale i jest ono wyjątkowe! W dowodowym załączniku graficznym - skromny, ale jednak ponaddwudziestoobrazkowy wyciąg z owego rozpstrykania.


18 listopada 2016

Milsas dziesma


Czyli prolegomena do folku łotewskiego.


76. Beyond the River - Seasonal Songs of Latvia  1998





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...