6 czerwca 2018

Makatak i lądowanie obcych

No więc znaleźliśmy się znienacka w czerwcu, u schyłku wiosny i w oczekiwaniu na wjazd lata. W gruncie rzeczy jeszcze dwa tygodnie tej krotochwili, kiedy wciąż dzień jest dłuższy od najkrótszego, a nie odwrotnie: krótszy od najkrótszego. Przepraszam, że powtarzam własne bon-moty, ale ten wydaje mi się szczególnie trafny - tak to postrzegam w trakcie długiej, szarej zimy - od końca września po kwiecień...

Jak napisała mądra osoba (i to na swoim blogu): wiosną wszyscy czują, że przed nimi jakaś przyszłość. Potem, jesienią, to złudzenie pryska, wiadomo, że mamy już tylko przeszłość.

Stękanie nad kruchością nasłonecznienia w naszych szerokościach i głębokościach geograficznych - w podtekście: nad ulotnością czasu, wątłością trwania i przemijalnością wszechrzeczy - to chyba (niestety?) lejtmotyw tego blogu. Po prawdzie to wszak "sad", więc niby dotyczy go cykliczność i odnawialność pór roku, ale... Sad świadomy świata wie także co to łezka za utraconą młodością.

Co do kwestii ściśle pogodowych, to napotkałem nieoczekiwanie zupełnie podobne dąsy wobec naszego klimatu w jednej z zeszłorocznych lektur: w dziennikach Anny Iwaszkiewiczowej. Krótka to, ale bardzo ciekawa pozycja, jak i nietuzinkowe są postacie - autorki i oraz jej notorycznego małżonka...

Dygresje.

Tymczasem wiosna wciąż się wzdyma. Po czereśniowych, jabłoniowych, bzowych - tych fioletowych i białych, jak i tzw. czarnych (choć też białych), akacjowych, pojawiły się i moje ulubione kwiaty.
Ulubiona zupa: grochówka, ulubiony malarz: Goya, ulubiony kwiat: mak.

Przepiekna to forma życia, gdy kwitnie, czerwienią rzucająca się we znaki i ceniona dlatego od różnych impresjonistów.


Gdy człowiek był młodszy, to myślał sobie, że takie kwiatki to rosną zawsze; gdzie się nie pójdzie i kiedy, to będą. Szczerze mówiąc - w ogóle o tym nie myślał. Z biegiem czasu, coraz bardziej odnotowuje się jednak sezonowość i sekwencyjność różnych rozkoszy.

Więc teraz jest właśnie ta pora makowa. To ciekawa roślina. Pomińmy znane (innym) właściwości wyciągu z jej łodyg, czy czego tam, tzw. opiatów... Otóż maki rosną nie wszędzie. Wygląda na to, że głównie tam, gdzie pojawił się człowiek i co nieco zrył podłoże. Na przykład: na nasypach autostrady A1. Wzdłuż linii kolejowej przy dworcu Gdańskim w Warszawie mieście. Na hałdach gleby przy budowie trasy S8... Itp.
A gdzie indziej maków jak na lekarstwo (sic!).

Czasem znów uświadczyć można całe ich pola, jakby celowo sadzone (ale nie wyglądają jak roślina uprawna do ciast i dla p.t. narkomanów...).

I takie pole właśnie uświadczyłem ku własnemu ukontentowaniu:


Ulubiony kwiat: mak.


Bonus sezonowy: coś, co wygląda na zmasowane lądowanie obcych z kosmosu, a co jest tylko przejawem mechanizacji rolnictwa.


Dolina Utraty, wieś Parole. Cztery mile od Warszawy, krajoznawcza i egzystencjalna pustka, złudzenie i zapowiedź krajobrazów.
Bezmakowie.






31 maja 2018

Ważna informacja


I trzy odcienie czerwieni.



25 maja 2018

Zamek w Nidzicy

W Nidzicy zwanej wcześniej Niborkiem. Zamek jest oczywiście krzyżacki i jest gustowny. Odznacza się regularnością układu: dom główny stojący od strony miasteczka równoważą dwie wieże połączone z nim skrzydłam bocznymi. Coś jak w pobliskim mazowieckim, książęcym Ciechanowie. Z tym że tu zamek tkwi na stromym wzgórzu - krajobraz jest urozmaicony i ciekawy, bo to nie Mazowsze... Ech.

Tak ów zestaw brył daje się widzieć z rynku:


Wespnijmy się na wzgórze i przekroczmy bramy.


Po przekroczeniu pierwszej a przed przekroczeniem drugiej - rzut oka za siebie, czyli za plecy. Malownicze przedzamcze, czy też obokzamcze, albo niedozamcze. Całkiem milusie w wyrazie i nastroju. Częściowo ceglane, częściowo tynkowane, ale nic się tu z niczym nie kłóci.


A to już ów regularny dziedziniec zamkowy, dwuwieżowy, z wjazdem między wieżami.


No więc wygrałem na koloniach konkurs rysunkowy odwzorowując zabytek centralnie "z lotu drona", jak byśmy dziś powiedzieli. Zastanawiające ujęcie, jak na tak młody wiek...


Zamek (w rzucie ok. 50x35 m) wzniesiono w końcówce XIV wieku. Już 10 lat później wpadł w polskie łapy w trakcie wyprawy na Krzyżaków - ale na krótko, jak wszystko wówczas... I tak jeszcze kilka razy. Ostatecznie pozostał w Prusach aż do 1945, kiedy to częściowo zrujnowały go Iwany.


Polska ludowa dźwignęła piastow... krzyżacki zabytek z ruiny, choć nie miała ideologicznej przesłanki po temu.


Cieszy więc on oko i zapładnia myśl plastyczną po dziś dzień.





18 maja 2018

Mała podróż sentymentalna

W trakcie zeszłorocznej wycieczki opiewanej tu pod nazwą odpowiednio teutońsko-wschodniopruską odbyłem triumfalny wjazd do miasteczka, w którym spędziłem część wakacji hen, dawno, jeszcze w czasach królowania dinozaurów na Ziemi.

Miasteczkiem tym jest Nidzica i to tu byłem po raz pierwszy na koloniach w młodocianym wieku dziewięciu lat.

Bardzo dziwne jest to, że nigdy więcej (aż do niniejszej rewizyty) moja noga w nim nie postała. Wszak znajduje się relatywnie nie tak daleko mojego rodzinnego miasta... A zawitać doń warto, nawet jeśli nie odbywa się sentymentalnego rekonesansu miejsc zapamiętanych, jak i przeoczonych.

Przeoczonym miejscem jest na przykład - bo naturalnie na takie subtelności nie zwracałem wówczas uwagi - fantastyczna elewacja budynku znajdującego się naprzeciwko dworca pociągowego. Jest to historyzująco-ekspresjonizująca ceglana kompozycja. Niestety zapaprana jakimiś tabliczkami tkwiących wewnątrz instytucji. Dać małpie zegarek! Podpowiedź: tabliczki można umieścić na stosownym wieszaku obok wejścia. No ale to wymaga koncypowania daleko wybiegającego we wszechświat wszechrzeczy.


Ba, bolączką nawet czołowych realizacji dzisiejszej i niedzisiejszej architektury jest jakże często chamska kartka z drukarki z jakąś informacją przyklajstrowana skoczem do dizajnerskich drzwi oraz ścian.
Jakby nie można było przewidzieć odpowiedniego systemu informacji zawczasu! Koniec dygresji.

Samego dworca też nie przypominam sobie z pierwszego pobytu w mieście. O jego architekturze nie da się długo opowiadać. Dobrze natomiast, że jest i pozostaje czynny (z drugiej strony, pozostaje też i schronieniem dla klienteli instytucji z naprzeciwka...).

Kolejny obiekt, którego nie mogę sobie przypomnieć z zamierzchłych czasów to tzw. klasztorek, już w samym środku miasta. Fantastyczny! Średniowieczny i w ogóle jak trza. Jak mogłem go nie zapisać w rejestrach pamięci?



Kościół farny pamiętam ledwo, ledwo, jak przez mgłę. Bardziej zapamiętałem kino i park miejski, którego jednak tym razem nie zaliczyłem (zawinił jak zwykle brak czasu - miałem jeszcze w planach zdobyć najwyższy szczyt Mazowsza, czego ostatecznie nie udało mi się dokonać).




Tego fragmentu też sobie nie przypominam, chociaż włóczyliśmy się samopas po miasteczku. Zdjąłem jednak ten widoczek, by uwiecznić trochę prawdziwej architektury.


Ten obiekt pamiętam doskonale: przyczepiony do resztki murów obronnych "nowoczesny" pawilon, dawniej z księgarnią, dziś z jakimś innym sklepem i już nie tak nowoczesny.
Niektórzy koledzy nabyli sobie tamże wieczne pióra produkcji NRD, 100 złotych (Waryński) sztuka. Ja się nie szarpnąłem - cały mój fundusz na długie trzy tygodnie kolonii wynosił złotych 500 (Kościuszko).

Tu i tutaj na łamach nieocenionej Fotopolski można zobaczyć jak wyglądał ów pawilon w lepszej formie i w szczytowej swej kondycji. 


Browar (pod)zamkowy - znowuż słabo rozpoznawany.


Jeszcze jedno spojrzenie na klasztorek poprzez inne pozostałości (?) średniowiecznego założenia miejskiego.


Rynek. W budynku ratusza (albo zaraz obok?) było okienko, z którego dawano "lody włoskie" z automatu. Cud, że nikt z nas się nie struł i nie rzucił pawia.


To zaś widoczek, który dobrze wrył się w pamięć: drogowskaz "Bartoszki 4" po drodze z naszej kwatery do miasteczka. Mijało się go więc praktycznie codziennie po dwakroć. Jeden ze starszych kolegów wygrał nawet konkurs plastyczny odwzorowując to miejsce (dawniej było tu więcej drzew).
Ja też wygrałem inny konkurs rysunkowy! Lecz o tem potem.


A oto i piękny obiekt zamieszkania zbiorowego, gdzie spędziłem trzy lipcowe tygodnie mego dziewięcioletniego życia. Bursa czy tam internat na obrzeżach miasta...


Ale Nidzica to przede wszystkim wspaniały krzyżacki zamek. Do zamku zapraszam w następnym odcinku,
mój Ty miły świnku.





8 maja 2018

30 kwietnia 2018

Kwiecień, miesiąc pamięci narodowej

"Nic nie mam. Zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem" - głosi nasz narodowy nokturn, śpiewany kiedyś przez Elżbietę Adamiak (słowa: J. Harasymowicz).
Tutaj mamy przypadek zgoła odwrotny: nadęła mnie ta wiosna tegoroczna. Jak żagiel. Istny to fenomen, że mamy lato w kwietniu - dla mnie bomba. W zeszłym roku dla odmiany mieliśmy zimę-nie zimę, nie wiadomo co.

Bardzo Cię więc przepraszam, że blog odłożyłem odłogiem. Zresztą blogi podobno już wysiadają. Całe życie toczy się na fejsbuku. Co do mnie, to zawsze uważałem, że fejsbuk jest dla kretynów (zaglądałem tam, inteligentni ludzie kretynieją na jego łamach, jak zauważyłem), nawet grubo przed ostatnimi aferkami (których sens też zresztą nie bardzo sobie przyswoiłem, nie śledziłem. O co chodziło? Nieistotne).

Tak, czy siak, szkoda siedzieć w taką, nietypową dla naszych szerokości politycznych, pogodę w komputerze. Nie to, żebym znów był w jakichś spektakularnych miejscach - byłem trochę na dworze.






14 kwietnia 2018

Brugia - beginaż nr 5 i atak wiosny

Piękną wiosnę mamy tego lata, stąd wpis utrzymany w nastroju korespondującym (o czym?).
Kolejne ogniwo cyklu pokazującego niskoziemskie beginaże. Dotychczas ukazały się:
nr 1 - Hoogstraten
nr 2 - Kortrijk
nr 3 - Lowanium (Leuven)
nr 4 - Antwerpia

Z wyjątkiem numeru 2 odcinki cyklu publikowane były wiosną roku o parzystym numerze: 2012, 2014, 2016. Chociaż nosi to znamiona jakiegoś osobliwego zamysłu równego rozmierzania publikacji, dopiero dziś, w 2018, przymierzając się do niniejszego wpisu, zauważyłem tę pseudo-regularność.

Zapraszam do beginażu w Brugii, chociaż zdjęcia liczą sobie dokładnie 10 lat i 1 miesiąc.
Wiosna w tym miejscu odznacza się setkami kwitnących żonkili. Wygląda to szczególnie i, co tu gadać, ślicznie w połączeniu z piękną architekturą i urbanistyką tego miejsca oraz zielenią rozległego trawnika.


Sam beginaż brugijski jest średniowiecznej proweniencji, domy stojące w nim pochodzą jednak z wieków XVI, XVII i XVIII. Zrobione są oczywiście z czekolady, białej w głównym masywie, czarnej w przyziemiu.

Zawszę wolę pokazywać mniej niż za dużo, ale znów w przypadku beginażu robię odstępstwo od tej zasady. Trudno mi było odmówić sobie tych zdjęć, choć wiem, że natłok nie robi odpowiedniego wrażenia na potencjalnym widzu, co np. pojedynczy obrazek. Ale materiał zawiera także przygody kota...














No i wychodzimy. Do zobaczenia.






7 kwietnia 2018

Dni niebieskich żab (Żałosna fotografia przyrodnicza.com)

Są tacy zawodnicy - wystawiają się w internecie - co robią zapirające dech fotografie zwierząt żywych. Popłaca im cierpliwość, umiejętności oraz sprzęt. To bardzo piękny i szczytny fach tudzież hobby. Ja zaś ze swym zoomem o zniewalającej z nóg ogniskowej 55 nie mam czego szukać w tym towarzystwie...

punkciki w oddali to żaby, które straciły śmiałość, gdym się zbliżył

żaba w naturalnym habitacie

No ale ubrałem się dziś w szarozielone spodnie, długie zielone kalosze na giczoły, ciemnozieloną kurtkę z kapturem. Czerep ociepliłem czapką khaki z daszkiem. Na ramię - chlebak z aparatem. Jednym słowem: fotograf przyrodniczy. Co z tego, że mógłbym najwyżej prowadzić blog "Chu**** Żałosna fotografia przyrodnicza.com"?

żaba w wodzie

żaba w locie

Dziś bowiem jest jeden z tych dni, w których żaby (samce) robią się niebieskie. Dni tych w roku jest niewiele, a zjawisko jest spektakularne w odniesieniu do resztorocznej żabiej szarozieleni - od bardziej błotnego koloru ropuchowego po żywszy rzekotowy. 

cierpliwość nagrodzona

żaba oddala się żabką

Niebieski kolor żabska przywdziewają wczesną wiosną dla szpanu, jednak trochę się go wstydzą, bo są wówczas wyjątkowo płochliwe. Potrzebna jest więc przyrodozdjęciowa cierpliwość, by po pierwszym spłoszeniu ponownie wystawiły na widok publiczny swój błękit z toni wodnych rozlewisk.

jej portret (konia kują, żaba pyszczek wystawia)

typowa, nonszalancka poza

Jak wspomniałem, z przyczyn organizacyjnych moje obrazki nie mogą powalić jakością ni techniką. Może jednak zachęcą - jeszcze jutro, kto wydupi z domowych pieleszy na łono przyrody, byle odpowiednio mokre, może spotkać się z żabą w kolorze blue!





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...