25 lutego 2017

Stacja Jaktorów wczoraj i dziś

Normalnie pokazuję we blogu to, co mi się podoba. Na przykład - zamki. O, właśnie. Może w następnej kolejności pokażę jakiś zamek, kto wie, może zrobił się odrobinę zamkowo?
Ale czasem nachodzi człowieka wyjątek od tej reguły, choćby i częściowy.


Oto zatem zobrazowane przemiany na najbardziej uczęszczanej przeze mnie stacji kolejowej, nie licząc tej, która znajduje się w moim rodzinnym mieście. A więc mogę o niej poniekąd powiedzieć „moja stacja”.

Mowa o stacji Jaktorów, która dla zmylenia przeciwnika nie leży w Jaktorowie, tylko - przeciwnie - w Chylicach. To tu od dawnej linii warszawsko-wiedeńskiej odgałęzia się centralna magistrala kolejowa, która pędzi - jak powiedział człowiek, który przeszedł pieszo wzdłuż niej - „omijając cywilizację” aż po zagłąbie krakowsko-częstochowskie.


Jest to także stacja uwieczniona w wierszu o jakże konkretnie kolejowym tytule „Warszawa Śródmieście - Milanówek godzina 23.42”, przy czym odnotować należy, iż podróż Warszawa Śródmieście - Milanówek akurat Jaktorowa nie objęłaby swoim zakresem. Atoli nie tylko w tym...

Ale to dygresje. Cóż jednak zaszło w ostatnich latach na stacji Jaktorów? Otóż w dobie pendolinizacji kraju, stacja ta przeszła metamorficzne przeobrzuszenie.


Unicestwiono peron wyspowy (zdjęcie 1) i wybudowano niemałym nakładem sił i środków dwa perony boczne oraz przejście podziemne z długaśną rampą (zdjęcie 3 i 4). Zagłada spotkała przy okazji dyżurkę, czy jak nazywa się tam fachowo ów pawilonik między torami. W zamian zafundowano wesoło zieloną wstęgę parkanów-ekranów oddzielających kolej od rzeczywistości.

Zlikwidowano także przejazd drogowy przez tory na przedłużeniu uliczki wiodącej do stacji (zdjęcie 3). Niemałym nakładem sił i środków zbudowano za to w oddali estakadę nad torami. Już żaden zbłąkany samochód nie trafi pod koła pędzącego pendolino, to samo dotyczy pieszych pasażerów...

A jednak czegoś żal... „Czy psychiczna to choroba? Znowu mi się nie podoba!” Być może jest to zdiagnozowany klinicznie zespół fobii wobec jakichkolwiek zmian. Ale jednak peron wyspowy ma w sobie pewną poetykę i nieokreśloność, suspens i potencjał. Przecież można z niego znienacka wsiąść do pociągu w przeciwną stronę, niż się planowało. W przypadku peronów bocznych, trzeba trzymać się biletu i z marszu kierować się bądź w lewo, bądź w prawo. Nie ma wahań i braku samookreślenia kierunku! Jesteś z nami, lub przeciw nam! Separacja! Baczność! Odjazd!


Co jeszcze? Jeszcze nie spotka Cię to, co spotkało raz nas, gdy idąc, zagapiliśmy się na bujające na błękicie nieba gołębie i... zawiesili się w zwis na zamkniętym szlabanie u wejścia na peron wyspowy! (zdjęcie 1).





12 lutego 2017

Zamek w Nowym Wiśniczu

Zrobiło się co nieco zamkowo, ale to chyba nie szkodzi.
Oto sunie więc następny egzemplarz niezamierzonego cyklu: zamek w Nowym Wiśniczu.

Nie stanowi żadnego pḁdḁ do żadnego odpowiadającego mu odpowiednika z nizin.
Za to, tak jak w Dębnie, pierwszy raz zawitaliśmy tam w trakcie wakacyjnej eksploracji rejonów pogórza podkarpackiego XX lat temu.
I, tak jak w Dębnie, ostatni - ostatnio.
Stąd okazja, by rzucić zamkiem w oczy.


Forteca w Nowym Wiśniczu należy do bardziej malowniczych w naszym kraju. Tak z racji usytuowania, jak i substancji, z której ją sklejono.
Jest bowiem zabytkiem gotycko-renesansowo-barokowym. Szczerze mówiąc, prezentuje się dość dziwnie. Malowniczość to jedno, osobliwość to drugie, co także bierze się właśnie z tego następującego narastania stylowo-epokowego.


W sumie najwięcej w nim wczesnego baroku, stylu bardzo swojskiego i tożsamego naszej tożsamości estetyczno-historycznej (mogę to rozszerzyć i rozjaśnić na specjalne życzenie drogą korespondencyjną). Dzieje się tak również za sprawą opasania budowli fortyfikacjami bastionowymi na planie pięciokąta. Jest to z kolei coś znanego z wykładanego tu uprzednio zamczyska w Ujeździe. Tam jednak pałac jest przestrzennie i funkcjonalnie z obwarowaniami powiązany - jako że wszystko powstało od jednego zamachu. Tu, w Nowym Wiśniczu, fortyfikacje są nowsze niż zamek, w momencie ich powstania tylko kolejny raz przebudowany.


Ciekawym ewenementem jest natomiast sarmacko-kontrreformacyjne powiązanie funkcjonalno-przestrzenno-ideowe tego zespołu z wzniesionym w I połowie XVII wieku na sąsiednim wzgórzu klasztorem z kościołem - również srogo obwarowanym bastionowym wielobokiem. Od czasów zaborczych atoli budynki klasztorne zajmuje zakład penitencjarny, kościół zaś uległ zupełnemu rozebraniu od ostatnich Niemców.
Przyznać się muszę, iż z racji krótkotrwałości każdorazowej wizyty w Wiśniczu, tego osobliwego zabytku na oczy jeszcze nie ujrzałem...


Wróćmy do zamku właściwego. Czego tam nie ma?! Wież pięć (co najmniej), taras, a właściwie balkon na solidnych arkadach, dziedziniec z loggią równie arkadową, kopułowa kaplica z boczku...

Jedna z wież nakryta jest hełmem szesnastowiecznego landsknechta i łypie spod niego cyklopim okiem na okolicę. Na innej z wież pyszni się nasz narodowy zwierz - orzeł.

Bramę w fortyfikacjach na manierę manierystyczną okuto ornamentem okuciowym, częstym w Gdańsku i innych rejonach Niderlandów.


Zrąb zamku powstał, jak się rzekło, w średniowieczu, gdy włościami władał ród Kmitów. Ostatni z nich dokonali poważnie zakrojonej przebudowy renesansowej. Potem nieruchomość przeszła na własność „książąt” Lubomirskich - stąd ich herb w portalu - którzy także bawili się budowlanką, już barokową. Po nich przyszli inni, itd.

Wnętrz atoli nie widzielim - za pierwszym razem trwał pewnego rodzaju chaos związany z odzyskaniem, czy odprzejęciem przez ww. „książąt”, ostatnio zaś spóźnilim się na wstęp. Zamkiem notabene zawiaduje gmina, czy jakiś wyższy szczebel zarządu - „książąt” nie stać na taki ciężar. Z tego, co się dowiedzielim...
 
Na deser dla P.T. skrupulantów: topomapa okolic, miasteczko + zamek + b. klasztor.






6 lutego 2017

Wybierz miasto

Zrobiło się zamkowo, ale przerywamy ten cykl.
Trzeba pomyśleć, dokąd się udać w dalszą podróż.
Pomóc w tym może popularny portal informacyjny. W nim naciskadło „Wybierz miasto”...
A więc coś z cyklu „curiosa”, albo - „autentyki”...





30 stycznia 2017

Zameczek w Dębnie

Może będzie ciut zamkowo, ale nizinnemu zameczkowi w Oporowie należy się prezentacja jego pḁdḁ z wyżyn, którym jest zameczek w małopolskim Dębnie.


Dębno leży w połowie drogi między punktem A a punktem B. Trafić więc tam łatwo, ale nie jest to takie proste. Musiało upłynąć 18 lat między jedną a drugą naszą tam wizytą. W takim czasie można zdążyć i urodzić się, i pójść do wojska. Horrendalne.


Budowlę tę zbudowano w połowie drugiej połowy XV wieku. A więc sam schyłek średniowiecza (gdzie indziej było już po), gotyk w wersji wyrafinowanej i jakże dworskiej. W zasadzie jest to pałac gotycki - wielka rzadkość w naszych stronach. Niemniej obiekt przejawia także cechy obronne i - sine kwa non - zamyka się wokół dziedzińca, a więc jest zamkiem.


Wyrafinowanie polega na istnieniu dwóch symetrycznie umieszczonych wykuszy w części wschodniej zamku i dwóch wielobocznych wieżyczek w zachodniej. Podobnie, jak zamek w Oporowie, otoczony jest fosą, której nie sposób przebyć suchą nogą. A także zbudowany jest z cegieł i kryty dachówką. Na tym podobieństwa się kończą - lub nie, zależy jak patrzeć.


I tutaj portal wejściowy jest nowszy, niż reszta. Jak widać, pochodzi z 1722 roku, ale ornamentyka jego jawi się na poły ludowo, na poły archaicznie. Ale nie czepiajmy się - jest ładny. I kamienny.
Tynkowo-sgraffitowe są zaś dodatki szesnastowieczne, renesansowe, kiedy to otynkowano całość (potem zdarto).

Pierwotnym autentykiem są m. in. schodkowe i olaskowane portale ostrołukowe.


Tutaj także warto zajrzeć do środka, by przekonać się o wartości i jakości np. wnętrz z wykuszami, które umilają czas przebywającym w pobliżu.


Znajdując się z cicha pęk na zewnątrz, można jeszcze raz zwrócić uwagę na późnośredniowieczne, wyrafinowane i dworskie detale.


Uwidocznione w tychże samych wykuszach, tudzież ścianach zdobionych zygzakami z zendrówek.


Tu zaś bacznie przyglądamy się wspornikom wieżyczki. Nic nie rzuca się w oczy.


A ówdzie i owszem - na jednym widnieje wyryta gęba, reklamowana przez instytucję kultury zawiadującą obiektem jako podobizna diabła. Chociaż raczej przypomina Tytusa de Zoo...


Do odwiedzin przepięknego zameczku w Dębnie serdecznie namawiam tych, którzy i tak daliby się na to namówić.





20 stycznia 2017

666

Tak się zamkowo zrobiło ostatnio, ale przerywamy tę passę.
Dziś wydanie nadzwyczajne - 666. A to - jak wiadomo - liczba bestii.


Ale także wszakże liczba to człowieka...





14 stycznia 2017

Zameczek w Oporowie

Skoro się tak zamkowo zrobiło, to pozostańmy jeszcze przez chwilę zzamkowani.
I spójrzmy na rezydencję z jesieni średniowiecza - chyba najbardziej efektowną i (bo) najlepiej zachowaną na polskich nizinach.

Krótko mówiąc: zameczek w Oporowie, w ziemi łęczyckiej.

Najpierw przejdźmy się po urokliwym parku, który otacza, wraz z fosą, piękną siedzibę biskupio-rycerską.


O, a to już właśnie zamek.


Zbudowano go w połowie XV wieku. Pierwotnymi właścicielami byli Oporowscy.


W XIX wieku odrobinę go podgotyzowano w duchu romantycznym i walterskotycznym (np. portal).


Po II wojnie obiekt regotyzowano, dodając brakujące to i owo (np. drewniane ganki na dziedzińcu).


Przekształcenia te i dodatki nie spowodowały zmian zasadniczego oryginalnego wyglądu tudzież pierwotnego układu przestrzennego.


Dlatego zamek-pałac w Oporowie pozostaje unikatowym okazem późnośredniowiecznej nieruchomości.
A na dodatek jest bardzo ładny i malowniczo usytuowany.
Warto go zwiedzić, wraz z obfitującymi w przeróżne stare graty wnętrzami w cenie biletu.





8 stycznia 2017

W górę wodospadu

W przyjemnej wypoczynkowo okolicy, pośród lasu, tkwi zamek Reinhardstein.
Nazwa ta wskazuje, że znajdujemy się już na pograniczu językowym francusko-niemieckim Belgii.
W kraju tym, nawiasem mówiąc, jest siedem (za)rządów: rząd Flandrii, rząd Walonii, rząd Brukseli, rząd wspólnoty francuskojęzycznej, rząd wspólnoty niderlandzkojęzycznej, rząd wspólnoty niemieckojęzycznej. No i rząd centralny, którego zresztą czasem nie ma, bo się nie ukonstytuował (rekord: 535 dni, ale, widać, nie jest niezbędny w takich okolicznościach).

Droga do zamku - co częste w niepłaskich obszarach - prowadzi pod górę. W pewnym momencie dany jest wybór: można podążać ścieżką, lub wspinać się po klamrach, łańcuchach itp. w górę wodospadu.


Oczywiście korzystamy z tej drugiej drogi.


Po drodze następują interesujące atrakcje, wybitne widoki i ciekawe spostrzeżenia skutkujące zamoczeniem się w wodach wodospadu.


U szczytu czeka jednak niespodzianka: źródło siklawy bije spod mikrogmachu natury utylitarnej.


Jedyna nadzieja, że nikt nie korzystał z urządzenia w czasie naszych swawolnych kąpieli w naturalnym prysznicu (i dolnopłuku, jak się okazuje).

W takiej sytuacji, patrzymy tylko na zasadniczą część zamku z zewnątrz i, przyzywani przez zew przyrody, podążamy w dalszą drogę, która wiedzie ku Wesołym... pardon, Wysokim Bagniskom.
O tych zaś w- nieokreślonym -krótce.






30 grudnia 2016

Podróż do jądra Polski 2 / „Odbudowa polskiego miasteczka”

Po co właściwie jeździłem do wyimaginowanego jądra Polski?

Praimpulsem były zdjęcia przypadkowo natknięte w internecie. Tak, czasem chadzam w tym labiryncie cudów i bzdury.


25 grudnia 2016

Zima

Zima? O, tak.
Persefona znikła pod ziemią, Demeter płacze i siwieje z rozpaczy. Na ludzi pada w zastępstwie słońca blady strach i rzuca szare, rozmazane cienie. Dzień przemija szybko, coraz szybciej, jak czas dzielący tę chwilę od ostatecznego kresu. Wiosną - jeśli jeszcze będzie - wszystko odmarznie i zgnije.

Z dedykacją dla oszukanych przez los, zdradzonych przez życie i zamordowanych przez czas:


(uwaga! prezentowany materiał zawiera rock progresywny)





20 grudnia 2016

Babie lato

Dziś chyba oficjalnie kończy się jesień. Z tej okazji - albo i bez niej - uźrzyjmy, jak może wyglądać jesieni początek. Nazywa się to czasem babie lato i słusznie, bo lepsze takie niż żadne.






Przed nami, mañana, najkrótszy dzień w roku. To też dobrze. Mehr Licht!
Najgłupszy dzień w roku, głupszy od najmądrzejszego, ufajmy, również za nami.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...