6 grudnia 2016

Dziadostwo

Ściślej mówiąc: pradziadostwo, a nawet prapra... babkostwo.

Otóż zaonegdaj, w trakcie przeglądania archiwaliów w Państwowym Archiwum Szpargałów w X., wyskoczyły nieoczekiwanie na widok własny niecodziennie frapujące, w formie urzędowych odpisów, dokumenta z życia - i nieżycia - osobistej własnej rodziny piszącego te słowa.

Nawiasem mówiąc, ciekawym zjawiskiem jest powszechna infantylizacja użytkowanych dawniej nazw rodzinnych, jak: dziad, babka, wuj itp.
Rzadko kto zwraca się do lub mówi o swoich przodkach & krewnych w ten sposób. Obowiązuje upupiony mocno dziadek, babcia, wujek...

Nr 1

Zamierzchłe świadectwo urodzenia pradziada a jednocześnie świadectwo mej niezaprzeczalnej warszawskości odpokoleniowej.
Nie jest ona - od razu spieszę nadmienić - jako rzecz z natury przypadkowa jakimś szczególnym przyczynkiem do (źle pojętej) chwały, ale pewnego rodzaju rzepem emocjonalnym sczepiającym emocjonalnie moje ja z tym brzydkim i śmierdzącym miastem (ale innych u nas nie ma). Na podobnych zasadach działa wszak elementarny patriotyzm ogólnokrajowy.

A więc pradziad Władysław urodził się w roku 1884, na ulicy hr. Berga (!). A świadkiem chrztu był m. in. niepiśmienny (!) obywatel Skierniewic (bliżej, i dalej, nieznany). Można zauważyć też, że chrzczone było średniopóźne dziecię.


Nr 2

Wzmiankowana wyżej matka Agnieszka wyżej chrzczonego odeszła z tego łez padołu w roku 1932 na stacji Tutowicze, co zaświadcza proboszcz z Sarn (Saren?). A więc myliłem się, pisząc w relacjach z Ukrainy, że nie mam związków rodzinnych z Wołyniem. Teraz okazuje się, że w rzeczonych Sarnach spoczywa moja praprababka, albo przynajmniej szczątki jej szczątków, atomy...

Co ją swoją drogą na ten Wołyń zagnało? Wakacje? Biznes?? Już się nie dowiem...


Nr 3

Dokument szczególnie wzruszający, bo - po pierwsze - dotyczący osoby, którą miałem zaszczyt znać osobiście, czyli mego dziada; po drugie - z uwagi na miejsce jego chrztu, jako syna obywateli Mokotowa (!), wyżej już wyświadectwowanego Władysława oraz Teofili z ...skich, lat 19 (!). Miejscem tym jest bowiem kościół parafialny świętego Michała, gdzie i mnie bez mała siedemdziesiąt lat później ochrzczono! (Choć co prawda świątynia istnieje dziś w innej, niż na początku XX wieku, formie). A żeby było już zupełnie rodzinnie-nadskarpowo, to i Em. udzielono w tym samym miejscu owego sakramentu...

Przypadek? Tak.






Ot, ciekawostkowe archiwalia stanowiące przyczynek do zgłębiania własnego drzewa ginekologicznego oraz zagłębiania się w żywą historię żywych ludzi, choć nieżyjących, oraz żywego miasta, choć przytrutego.





26 listopada 2016

Up on the Roof

Jest taka piosenka wyciśnięta z siebie przez p. Carole King, a także i przez innych (szczególnie lubię ją w wersji chóru pod nazwą The Drifters). Opowiada ona o rozkoszach samotnego (lub samowtór) bytowania na dachu budynku wielorodzinnego, gdy życie dopiekło, a bliźni obrzydli. Jednym słowem: dachowanie jako pacaneum na problemy Pierwszego Świata. Zwłaszcza w wielkim mieście w US&A, jak np. Nowy Jork, uwidoczniony w wielu filmach wraz ze swoimi płaskimi dachami i charakterystycznymi bańkami na wodę przeciwpożarową oraz zaludniającymi te przestrzenie różnymi outsiderami, dziwakami, wariatami itd.

U mnie w domu też jest płaski dach i teoretycznie można by nań wyjść, ale primo: nie mam klucza do klapy, secundo: nie mam emocjonalnej potrzeby resetowania psyche na dachu. Ale piosenka ładna.
A na dach - nawet nie swój - warto czasem wyleźć w celach nietuzinkowego spojrzenia na znane miejsca, o czym mam chęć nadmienić w dzisiejszym reportażu.

W pewien listopadowy, mglisty dzień parę lat temu wybraliśmy się z koleżką na róg Puławskiej i Madalińskiego w Warszawie mieście. Posłużywszy się kodem do domofonu wk... roczyliśmy do znajdującego się tam tzw. domu Wedla. Wewnątrz można podziwić malowidło Zofii Stryjeńskiej oraz ogólny nastrój przedwojennego luksusu w wydaniu modernistycznym, którego spory ochłap przetrwał tam wojnę i lata PRL-u.


Przejechać się można np. windą z elementami post-art-deco (nie wiem, na ile autentycznej w swej substancji).


Albo zachwycić dizajnerską numerologią nadźwierną.


Malowidła Stryjeńkskiej nie pokażę zaś, gdyż znajduje się 1) za szkłem 2) w ciemnawym dość hallu. Prawidłowe zdjęcie fotograficzne wymagałoby więc czasu, profesjonalnego sprzętu, tudzież oświetlenia. A poza tym każdy, kto znajdzie się w Warszawie i dysponuje odpowiednio rozbudowanym parciem, może tam również zajrzeć.

Podekscytowani wycieczką w przeszłość, szturmem zdobyliśmy także nieruchomość po drugiej stronie ulicy Madalińskiego. Jest nią odizolowana kamienica o przedwojennym zrębie i powojennym uzupełnieniu wraz z klatką swoją schodową w formie wiszących tarasów Semiramidy.


Rozochoceni, kontynuowaliśmy naszą penetrację znów po północnej stronie Madalińskiego, zapuszczając się do dalszych tzw. domów Wedla. Tam zaś nie oparliśmy się pędowi poznawczemu aż na dachu.
Czemu nie? Niejednokrotnie już kierowałem się zasadą „pchaj się tak daleko, aż cię wyrzucą” (inna zasada to: „wyrzucą cię oknem - wróć drzwiami”). Nikt nie wyrzucił.

Zwracając swoje ja w głąb Mokotowa, czyli na zachód, unaocznić można sobie ukryty normalnie przed wzrokiem tłumów a interesujący detal zadaszenia nad dachem oficyny. Awangarda! Jakieś wczesne żelbety i łupiny zbrojonego orzecha. Rybiooka panorama tego:


I druga, w drugą stronę, czyli na Puławską hen, po plac Unii Lubelskiej (hej, trzymaj mnie, bo zlecę!):


Co widziemy vis-à-vis i tête-à-tête (podobno zniesiono circonflexe!)?
Widziemy piękny dom. Jest to dom doktora Flataua.
Zbudowano go w latach 20 (dom, nie doktora). Sam właściciel był nieprzeciętną postacią. Dość powiedzieć, że - neurolog - ostatnie miesiące życia poświęcił obserwacji własnego mózgu tkniętego tumorem, który wnet wykończył swą ofiarę.

Nie sposób się oprzeć jednak przykrej refleksji, że gdyby nie to, prawdopodobnie uczony dziesięć lat później wyleciałby do niebios, jak to mówią, kominem w Treblince...

Inna przykra refleksja, ale zupełnie odmiennego typu, to że widać stąd gołym okiem, iż jezdnia Puławskiej jest za szeroka. Powinno zlikwidować jej po jednym pasie w każdą stronę. Byłoby wówczas miejsce na miejsca parkingowe (z drzewem co każde dwa), ścieżkę rowerową i wreszcie - przyzwoity chodnik.
Refleksja niniejsza odnosi się zresztą nie tylko do tej ulicy...


Obok miejsca tego przez kilka ładnych lat (słownie: cztery) jeździłem do szkół (średnich), na ogół tramwajem (słownie: czwórką). I zawsze z dużym ukontentowaniem kontemplowałem w trakcie przejeżdżania widok mijany - właśnie ów dom. Co prawda miał on dużą konkurencję w postaci budynku po drugiej stronie Puławskiej, ale tam gapiłem się po prostu w drodze powrotnej.

W przeciwieństwie do wyżej wspomnianych i opisanych kamienic, dom Flataua wzniesiony jest w konserwatywnym stylu modernizującego klasycyzmu, bądź klasycyzującego modernizmu (wczesnego). Okraszony jest jońskimi pilastrami ustawionymi w wielkim porządku w środkowym skrzydle, gzymsami oraz innymi „zbrodniami na architekturze”. Szczególnie cieszą też oko drobne podziały wewnątrzokienne, które świadczą o pochodzeniu całości z lat 20. Po tej dekadzie bowiem opracowano, czy raczej rozpowszechniono u nas technologię wytwarzania większych szyb - stąd domy z lat 30., także te po drugiej stronie ulicy, mają okna trój- i czterodzielne w pionie, bez tych - zbędnych już - szprosów...

W ostatnim czasie dom Flataua przeszedł renowację połączoną z nieodzownym otynkowaniem na nowo.
Dziś więc szczyci się niezrozumiałym odcieniem sino-różowym. Podobno ludzie kochają pastelowe kolory...
Ja się zaś pytam - gdzie się podziały barwy ziemi, tak typowe dla budownictwa naszych zacnych przodków?! Na szczęście i na pamiątkę dysponuję kilkoma zdjęciami sprzed kameleonizacji budynku.
Był wówczas mocno brązowy, ale o szlachetnym odcieniu, od którego odcinały się bielą detale.
Zdjęcia zadzierające głowę są oczywiście skutkiem za wąskiej szerokości chodnika!





Tym kolorystycznym akcentem kończę relację z okolic zbiegu Madalińskiego z Puławską.


uwaga: termin pacaneum © Ewa Szumańska





21 listopada 2016

Stodoły żarkowskie

Najpierw zobaczyłem to miejsce w cyfrowych materiałach à propos czegoś tam. Potem rozpoznałem je w filmie naszego filmowego wizjonera „Młyn i krzyż”, gdzie grało średniowieczną wieś flamandzką (notabene, średniowieczne miasto flamandzkie zagrał z kolei zaułek pewnego miasta, przy którym (zaułku) znajduje się Najpiękniejsze Muzeum, jeszcze tam zajrzymy).
Nie byłem tylko świadom, gdzie dokładnie ono figuruje - sądziłem, że na Śląsku, że takie rzeczy to nie u nas.

A jednak - gdy wreszcie sam do tego miejsca dotarłem, a stało się to zupełnie przypadkiem (przechodziłem z tragarzami), okazało się, iż leży w polskiej części Polski. Mianowicie - w Żarkach.

Stodołowisko żarkowskie w leksykonie zabytków określone jest lapidarnym mianem „zespołu stodół podworskich”. Internet usłużnie donosi zaś, że były one inwestycją poszczególnych łyków, i że swoją murowaną formę przyjęły po wielkim pożarze, dopiero po 1938 roku, będąc wcześniej drewnianymi.

Tędy czy owędy, zrobiło na mnie to miejsce ogromne wrażenie, skutkujące znanym już i skądinąd zjawiskiem rozpstrykania się ponad ludzką miarę. Ale i jest ono wyjątkowe! W dowodowym załączniku graficznym - skromny, ale jednak ponaddwudziestoobrazkowy wyciąg z owego rozpstrykania.


18 listopada 2016

Milsas dziesma


Czyli prolegomena do folku łotewskiego.


76. Beyond the River - Seasonal Songs of Latvia  1998





13 listopada 2016

Znów w Bakczysaraju

Zimno. Wirują jakieś płatki, choć dopiero połowa listopada, i to pierwsza. Ogólnie do bani. I tak przez bez mała pół roku.
Dlatego myślą przynajmniej wracamy do cieplejszych krajów. Mianowicie na przepadnięty Krym. Tam zaś kierujemy kroki znów do pałacu chanów, ogrzać się trochę w cieple b. jasyru, tzn. b. haremu.













30 października 2016

Prolegomena do rocka progresywnego, studium przypadku: Gentle Giant

Wolny wieczór. Co robić? Czytać którąś z kilkunastu czekających na skończenie książek? Obejrzeć coś z zaległych filmów? Rzetelnie przyswoić jakąś godną tego płytę, co cierpliwie czeka na swoją kolej? Upić się „Cisowianką”? A może sieknąć kolejny niepotrzebny wpis, na przykład o muzyce? Bo dawno nie było?? Tak.

Jest takie zjawisko, które już z pewnością przelotnie trąciłem nogą w blogowym przelocie. Nazywa się „rock progresywny” . Wszak do niego zalicza się i Soft Machine, i SBB. Zjawisko szczególnie charakterystyczne dla przełomu lat 60. i 70., tudzież pierwszej połowy tej drugiej dekady. A więc dla czasów szeroko pojętej hipisady, i z niej bezpośrednio wyrosłe.

Nie ma czasu wgłębiać się jakoś szczególnie głęboko w kwestie genezy stylu. Ostatecznie, mówimy tu o muzyce rozrywkowej, jednym z odgałęzień rockandrolla, a więc o rzeczach błahych, że błahsze może być tylko zjawisko seriali telewizyjnych i reklam. Chociaż wszystkie te gałęzi gospodarki generują niebagatelne obroty. Generalnie chodziło o granie troszeczkę bardziej skomplikowane niż „ye ye, I love you” i o dużo, dużo różnych narkotyków. A nie, przepraszam, to hippisi - z nich tylko zespoły progresywne wyrosły. I z dumą podkreślały, że nie z narkotyków ich inwencja, a z wyobraźni i umiejętności.

Najpierw jednak muzycy rockowi sięgnęli jak jeden mąż po zakazane używki i nagle rozszerzyli swój repertuar o dźwięki dziwnie magmowe. Zaczęli z ich pomocą poszukiwać swojego ja, którego nie było, gdzie szukali. Mniejsza o to. Krótko mówiąc – w połowie lat 60. zaczęły dziać się z muzyką rozrywkową rzeczy coraz i coraz ciekawsze. Kto był pierwszy? Trudno orzec. Bo i na Zachodnim Wybrzeżu US&A jęło mrowić się od nowych zespołów ubranych w koraliki i kwiaty, powstałych na gruzach zniszczonego beatlemanią rodzimego zjawiska surf music. Zaroiło się także od folksingers wyrosłych na nawozie z Boba Dylana. W Brytanii bezprecedensowy sukces Bitli również zachęcał do własnej działalności muzycznej, i to nie tylko na ich wzór. Ci zaś także sięgnęli nieco głębiej niż po dotychczasowe rockandrollowe wzorce, na przykład do oddylanowskiej folkowości, czy muzyki Wschodu, która miała wnet stanowić żelazny punkt programu w formie kącika z Cepelią na różnych milowych festiwalach.

Krótko znów mówiąc: pierwocin gatunku o którym mówimy (to znaczy - ja piszę), należy upatrywać za Oceanem. Wkrótce potem jednak poszukiwania Brytyjczyków przyćmiły te amerykańskie. Rokiem przełomowym był zaś pamiętny (lądowanie na Księżycu, Woodstock, moczaryzm) rok 1969.

Jakie są cechy właściwe rockowi progresywnemu?

- podejście ogólnie innowacyjne i poszukujące - do czego się da

- częste zmiany tempa

- długie kompozycje, albo przynajmniej dłuższe niż standardowe dotąd piosenki

- częste zmiany tempa

- wirtuozeria instrumentalna, czasem i wokalna

- częste zmiany tempa

Czy o czymś zapomniałem? Z pewnością. Istnieje np. definicja definiująca zespół progresywny jako taki, w którym choćby przez chwilę grał Bill Bruford…

Szanujący się zespół prog-rockowy powinien mieć w dorobku tzw. suitę rockową – utwór wypełniający jedną stronę longplaya, albo tzw. concept album – płytę podporządkowaną tematycznie jednemu tematowi.

Bardzo szanujący się zespół prog-rockowy miał w dorobku i jedno, i drugie.

Proszę jednak pamiętać, że wyżej wymienione cechy stanowią także główne wady gatunku.

Problem z rockiem progresywnym polega bowiem na tym, że odrobinę za bardzo uwierzył w swoją jakość, za bardzo polubił sam siebie, że tak powiem, co czasem zaowocowywało (uff) pewnym przerostem form, pretensjonalnością a wreszcie śmiesznością. Ostatecznie - to przeciw dinozaurom grającym rozwlekle pompatyczne symfonie buntowali się (między innymi) punkowcy drugiej połowy lat 70.

Pomimo pewnych wsobnych słabości, nie należy jednak tego gatunku skreślać. Niewątpliwie wydał on całą pacynę płodów muzycznych najciekawszych w całym rockandrollu.

Pewna jest jedna rzecz: jeśli napotka się gdzie określenie neo-prog, należy czym prędzej brać nogi za pas!

Do „wielkiej piątki” rocka progresywnego zalicza się następujące zespoły: Pink Floyd, King Crimson, Yes, Genesis i ELP (Emerson, Lake and Palmer). Jeśli koś chce zliczyć nie do pięciu, tylko do czterech, niech odejmie ten ostatni zespół. Jeśli do sześciu – niech doliczy jeszcze jakiś inny, itd. Wśród wyżej wymienionych mam swoich bohaterów pozytywnych, ale i - no właśnie! - takich, że dziś się rumienię, bo ich kiedyś też słuchałem. A więc do przynajmniej dwóch z nich wrócę kiedyś jeszcze w tym cyklu. Cyklu, przypomnę, 100 płyt z muzyką, których nie oddałoby się na śmietnik.

Istniało oczywiście multum zespołów i indywidualistycznych wykonawców drugiego gatunku, albo drugiego sortu, bądź drugiej ligi.

Drugoligowość ta jest obiektywna w kategoriach wymiernych: sprzedaży, gromadzenia tłumów na stadionach, w kategoriach artystycznych jest subiektywna. Zdarza się bowiem, że mniej znana grupa nie jest wcale gorsza od bardziej znanych. A przynajmniej równie dobrze, jeśli nie lepiej zaczyna sobie poczynać. I to jest przypadek dziś tu omawiany, pod tytułem Gentle Giant.

Nazwa tak głupia, że aż odstręcza od słuchania. Ja jednak miałem to szczęście, że usłyszałem muzykę, zanim zastanowiłem się nad głupotą nazwy. Fragmenty dwóch pierwszych płyt wyemitował z siebie w radiowej Trójce ś.p. Beksiński. Tak mnie zachwyciły, że w następny wtorek wskoczyłem w metro i zajechałem na giełdę płytową do „Hybryd” (Warszawa). Tak, było to w czasach, gdy nie dość, że istniały sklepy płytowe, to jeszcze lud spragniony muzyki handlował nią na specjalnej giełdzie (1996). Dziś handelek przeniósł się do internetu, gdzie można wszystko kupić albo nawet i zajumać. No więc na tej giełdzie kupiłem dwie pierwsze płyty Gentle Giant – debiut, o tej samej, co zespół nazwie, oraz drugą, Aquiring the Taste (mimo wybitnie paskudnych okładek).

Co to za zespół? Brytyjski, składający się m.in. z trzech braci Shulmanów, Szkotów o mojżeszowym korzeniu. Zdobyli niejaką sławę jako Simon Dupree & The Big Sound słodką pościelówą „Kites”. Na wzbierającej fali prog-rockowej rewolucyjki zmienili nazwę na Gentle Giant i wnet wystąpili z dość ambitnym materiałem.

Utwór otwierający płytę debiutancką, „Giant” – programowy? – niestety jest irytująco niezborny. Nie słucham go więc wcale. Co w nim mamy? Przede wszystkim częste zmiany tempa… Ale lepiej go zostawmy i przejdźmy od razu do pozostałych. Pomysły i melodie – to, za co polubiłem te dwie płyty od pierwszego wejrzenia.

Gentle Giant miał dwóch co najmniej wokalistów o różnych możliwościach, co przekłada się na wszechstronność nastrojów ich muzyki. Fragmenty „miękkie” przeplatają się z „twardymi”, w tych pierwszych na ogół głos daje Kerry Minnear, drugie obrabia pyskiem jeden z Schulmanów. Przykładem niech tu będzie piątka z jedynki, czyli „Nothing At All”. Temat chóralny grupowo artykułowany na tle łagodnego akustycznego akompaniamentu nabiera nagle drapieżności. Jeszcze naglej wszystko zamienia się w orgię bębnów przepuszczonych przez jakieś przetworniki. Super. Znowu nagle na ich tle pojawia się chopinowski fortepian, który także bardzo szybko zapodaje i odjeżdża. Potem wszystko się uspakaja i powraca akustyczny motyw przewodni…

Drugą płytę otwiera zajmujący, wielowątkowy „Pantagruel’s Nativity”, okraszony słodkim solo wibrafonu, a potem gitary na tle saksofonowego pulsowania.

Wybitnie ciekawym przykładem jest „The House The Street TheRoom”, rytmiczna hard-piosenka z bitelsowskimi psyche-zaśpiewami, przełamywana znów miększymi wstawkami (wraz ze zmianą tempa).

Nagle jednak w The House, The Street i w The Room trafia bomba skondensowanej gitary i zaczyna się! W teorii jest to solo gitarowe, i rzeczywiście instrument ten wrzeszczy i łaka-łaka cały czas. Ale to nie ono jest głównym bohaterem swego trwania. Jest nim powtarzany przez organ riff ociężały jak powieki Gogolowskiego Wija. Na jego tle wywija wiosło, lecz samo w zasadzie stanowi tło dla riffu, który potężnieje, gdy zgłasza do niego akces potężna gitara basowa. A więc gitara solowa jest tu pretekstem. Zresztą inna pogrywa jednocześnie dźwięki, które współcześni muzycy wydobyliby chętnie skreczując płytą na gramofonie.

No, to jest bardzo dobre. Wybitnie czadowe. Rzadko - że aż nigdy - coś „puszczam sąsiadom”, ale akurat przy „The House The Street The Room” lubię rozkręcić potencjometr, czyli głośność.

Poza tego typu wstawkami hardrockowymi, płyty opisywane charakteryzuje swoista rockowa kameralistyka. B-cia Shulman + Minnear byli w istocie wybitnymi multiinstrumentalistami. Ciekawym przykładem tego zjawiska jest „Black Cat” – jak u dawnych mistrzów baroku muzyczne naśladownictwo kocich odgłosów. Bardzo urocze.

Potem jeszcze „Beksa” puścił całą płytę trzecią, koncept-album Three Friends, którą sobie nagrałem z radia na kasetę (sic!). Zgodnie z tytułem, opowiada ona o trzech przyjaciołach z dzieciństwa, których drogi się rozeszły. Jeden został robotnikiem, drugi artystą, trzeci zaś biznesmenem. No i co? No i nic. Niewiele z tego wynika. A co z muzyką? Ta się broni, choć nie w każdym momencie. A może raczej w niektórych momentach tylko jest całkiem dobra. Na przykład – zacne solo wibrafonu w „Schooldays”. Albo eksplodująca nagle gitara w „Peel the Paint” – trochę jak w „The House…”. Tutaj jednak solówa podparta jest tylko perkusją, brak tego walca parowego… „Working All Day” to zgodnie z decorum mięsisty kawał hard-rocka… I to tyle.

Reszta – począwszy nawet od uznawanej za majstersztyk czwartej płyty Octopus – to już zjazd w jakości w szczególne samouwielbienie i wydumane wyrafinowanie, nie nadające się dla mnie osobiście do słuchania.
A to z kolei jest fenomen symptomatyczny dla całego gatunku, a nawet szerzej – dla większości produkcji z dziedziny muzyki rozrywkowej. Mało, naprawdę mało jest wykonawców, którzy nie zaliczyli syndromu DZKZNP, czyli „dobry zespół, który zszedł na psy”. Tylko tacy, co niechcący umarli w szczycie kariery i inwencji, lub – jak The Beatles – w takim momencie się rozwiązali byli.


Zaznaczę na koniec, że wpis ów zacząłem pisać prawie rok temu, skończyłem z braku czasu dopiero teraz. Nie śniło się wówczas o filmie na temat rodziny Beksińskich, obecnym obecnie w kinach. Jeszcze nie wybrałem się na niego, ale w ramach ciekawostki dodam, że długie lata byłem ich (Beksińskich) bliskim sąsiadem na jednym z warszawskich osiedli mieszkaniowych. Odmalowanie realiów scenograficznych w filmie jest więc dla mnie szczególnie interesujące. Koniec nawiasu.



77. Gentle Giant – Acquiring the Taste  1971





22 października 2016

Podróż do jądra Polski c.d.

A nie. Zanim nastąpi ciąg dalszy „Podróży do jądra Polski” wraz z pointą i uzasadnieniem - na co się zanosi - na razie przerywnik z innej beczki.
Mianowicie pergole z malwami w mieście Paryżu:



A właściwie to zespoły trejaży. Jak zwał, tak zwał. Bardzo proste i, jak widać, skuteczne.





15 października 2016

Podróż do jądra Polski

Spadł z pieca gołąbek, potłukł se żołądek.
O mój miły gołąbku, cztery dziury w żołądku.
przyśpiewka ludowa


Navigare necesse est... Kiedy ranne wstały zorze, wiedziałem, co mnie czeka. Dzień wcześniej bowiem uświadomiłem sobie dojmująco istnienie jądra Polski, którego jeszcze w ogóle nie znałem. W tej części nie, w tej też nie - a tu właśnie nie byłem.
Pytanie: gdzie to jest? No - gdzie jest środek kraju? Astronomiczny? Wytyczne mówią, że mniej więcej między Łodzią a Warszawą, obok Łęczycy. Jedni mówią że w Piątku, inni zaś że w Goślubie, nieopodal.
W sumie niedaleko.
Ale nie do tego jądra się udałem. Bo jest to centrum geometryczne. A wyznaczając środek ciężkości państwa, trzeba wziąć pod uwagę raczej liczbę ludności, jej rozmieszczenie i zagęszczenie; ciężar gatunkowy zasobów regionalnych (przemysł, zatrudnienie, atrakcyjność turystyczna, krajobrazowa, walory przyrodnicze, nasycenie zabytkami etc.). Z tego wychodzi, że ów środek należy przesunąć sporo na południe i nieco na zachód. Mnie wychodzi z tego wszystkiego Wieluń. Miasto dawniej przygraniczne i z tego też względu miejsce początku oraz pierwsza ofiara II wojny światowej. Byłem tam raz, już dość dawno... A może Sieradz?
Ale nie do tego jądra się udałem. A do innego.

Bo kto powiedział, że jądro ma się znajdować w środku?

No więc zrywam się wieczorem i postanawiam ruszyć rano w drogę.

Ale czy warto? Miejsca tego nie tknęła jeszcze dokuczająca stopa. Co powiedzą tubylcy na widok przybysza z zewnątrz? Nie spotkali się przecież jeszcze z cywilizacją białego człowieka. Jak mnie przyjmą?
Co powiedzą?

Po drodze opadają wędrowca przeczucia i mgły. Trzykroć gubię drogę i cztery razy ją odnajduję. Szmat czasu trzeba jechać przez pola. Wszystko wiruje.

Gdy tam docieram - robi się już późno. Zapadający zmrok sypie swoim szarym piaskiem w oczy. Na rogach ulic ściany domów zmieniają kierunek pod kątem prostym. Czuć niedosyt. Ciszę przerywają odgłosy: kroki, rozmowy, silniki pojazdów, szum drzew, rozmowy zwierząt. Wypinam brzuch na wszystkie strony. Głodny ryjek aparatu zagląda w najmniejsze szpary i czeluści. Bezskutecznie.

Idę na most. Patrzę na rzekę i jej zakręt, ale poza seledynem i wodą niewiele w niej jest. Zębate ryby wyłapują z powierzchni potrzaskane okruchy dawnego świata. Zawracam.

Jest świątynia - najwyższy budynek w mieście, ale nie każdy o tym wie. Ty wiesz? Solidna wieża jak zatemperowany ołówek wskazuje kierunek w niebo. Wewnątrz ludzie - mówią i śpiewają, bezwiednie parując. Nie będę przeszkadzać, wstydzę się. Osobliwość goni osobliwość.

Wstępuję do sklepiku na rogu. Wszystko jest. Brać i wybierać. I wciąż otwarte.
Wreszcie rynek. Na dwoje babka wróżyła. Chowam się pod arkadami i czekam aż przejdzie. Coś jednak każe mi wreszcie wyjść.

Zaczyna padać deszcz. Dotykam mokrych kamieni, które wydają się kurczyć lekko i cofać pod wpływem ciepła.
Po ulicach snują się cienie zapomnianych przodków. Niby nie widać, ale czuć ich zapach - jak zimą w górskiej wiosce.
Niebo ciemnieje i czernieje. Kroki stają się trudne, jakbyś brodził w pryzmie masła.
Podmuch wiatru przynosi z dala, z kraju, głos trąby jerychońskiej. Nic się nie zmienia na tym świecie.
Jądro zgłębione.
Co ja tu robię, sam jak pies?

Pora się wycofać.
Wracam na rodzinne Mazowsze - „homeland”...
I od tej pory leżę twarzą w dół.


















1 października 2016

Na Mazowszu Garbatym

Nie ma czegoś takiego. Mazowsze jest płaskie jak dowcip satyryka.
Ale jest Wysoczyzna Rawska, prawie już na pograniczu... I tam krajobraz zaczyna lekko, leciutko falować w oczach. Trochę dalej wznoszą się Wzniesienia Łódzkie, garbi Garb Gielniowski i wypiętrzają wyżyny małopolskie. Coraz mocniej czuć zew gór. Każda Zuzanna lubi je zwłaszcza jesienią.


Jedźmy.





27 września 2016

Sezon w pełni

Ponieważ mię wytknięto w poprzednim odcinku, że jednak nie sezon na te... bulwiaste itd., dziś wpis w pełni pełniosezonowy. Pomologiczny, sadystyczny. I smaczny.






Na zdrowie.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...