Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

7 czerwca 2019

Gołe baby z brązu nadal cieszą powszechne oko

W zwiędłym konglomeracie wyziewów mrówkojada metropolii, płaszczyzny wolne od powierzchni biologicznie nieczynnej są na wagę kłosu.


Dlatego możemy być wdzięczni zapomnianym ojcom i matkom miasta, które przewidująco obróciło wiek temu swoje pastwiska w strefy zielonego światła i cienia.


Wzbierająca kanikuła prawobrzeżnego Central Parku napawa motorami élan vital do rytmu pracy, tańca życia i nieuchronnej kąpieli w rzeczywistości.






3 lipca 2017

Nowe stwory pana W.


Krótki wstęp natury ogólnej, potem nieco namacalnego konkretu.

Sztuka wyrażająca się dotentychczas w formie malarstwa tudzież rzeźby zdechła - został smród. Niejednokrotnie mieliśmy okazję głosić tę prawdę.
Awangarda sprzed lat stu i półtorasta, która miała tchnąć nowe życie w zatęchły co nieco świat sztuki, stała się jej grabarzem.
Prowokacja artystyczna znana powszechnie pod hasłem "kopnął - rzygnął" jest świeża za pierwszym razem. Za każdym następnym potęguje dawkę śmiertelnej nudy i obnaża własną pustkę myślową. Choćby nie wiem, jak artysta podpierał się bełkotliwymi uzasadnieniami swych działań - własnymi, lub pochodzącymi od tych kleszczy sztuki, czyli jej krytyków i historyków.

Na szczęście podaż wszelkich działań artystycznych i pokrewnych jest tak obfita, że można znaleźć enklawy, w których sztuka zachowała się i trwa.
Jedną z nich jest ilustracja. W niej to utrzymane są służebne wobec odbiorcy funkcje użyteczności, sensu a także piękna.
W końcu wszak, czy dawne malarstwo i rzeźba - od malunków jaskiniowców, dzieł Fidiasza, przez freski Giotta po portrety Goi oraz pejzaże Moneta - nie były w czystej postaci ilustracją?

Znana jest u nas tzw. polska szkoła plakatu - dziś chyba ledwo żywa, ze względu na wyparcie afiszy filmowych odhollywoodzką masówką. Nie mawia się jednak o polskiej szkole ilustracji - a może powinno... Dość wspomnieć nazwiska: niedawno zmarłego profesora Stannego, Boratyńskiego, Dudzińskiego, Łoskota, Butenki, Siemaszkowej, Rychlickiego, Majchrzaka, Gaudasińskiej, Flisaka, czy - z młodszego pokolenia - Bruchnalskiego, Wasiuczyńskiej, Kołaczka, etc. - i to zawężając zjawisko do dziedziny ilustracji dziecięcej.
W tej plejadzie nie sposób pominąć Józefa Wilkonia.

Już opiewałem na łamach niniejszego kącika wynurzeń i fascynacji twórczość tego artysty, przy czym przeważnie chodzi o szczególnego rodzaju ilustrację: trójwymiarową, czyli w formie rzeźb, mówiąc po prostu. Jednym z przykładów jest warszawska karuzela na Bielanach, drugim "Arka" składowana w parku radziejowickim. Niestety, obydwa te obiekty ulegają stopniowej erozji - pierwsze za sprawą intensywnej eksploatacji, drugie na skutek działania czynników atmosferycznych oraz prawdopodobnie czysto ludzkich. Ostatnio bowiem ubyło aż sześć zwierząt od frontu, we wnętrzu zaś nie zachowało się ani jedno!

Ubytki wynagrodziło pojawienie się nowych dzieł mistrza. Są to: byk, hipopotam, słoń i lwica z małym.
Owszem, jest to działalność na poły ludyczna i dladziecięca. Ale to nie wada. Twórca jest tu przy tym prawdziwym demiurgiem, z pni drzew, kawałków drewna, nitów i gwoździ wyczarowując bestie "jak żywe", a jednocześnie naznaczone niezacieralnym piętnem swojej osobowości artystycznej. Tworzy coś z niczego, a jego twory są sztuczne w każdym znaczeniu tego słowa.







Końcowa refleksja natury ogólnej:
brak

Jedźcie do Radziejowic!





29 kwietnia 2017

W Ogrodzie rzeźb

Wiosna nas latoś nie rozpieszcza. Szczerze mówiąc, to po prostu suka.
„Klimat był zawsze przeciwko nam” - ileż prawdy w tym krotochwilnym i parodystycznym dziele, skąd cytat. Z tych względów, korzystając z chwilowego przejaśnienia i krótkotrwałej operacji słonecznej, zapraszam serdecznie do podwarszawskiego Ogrodu rzeźb.

Brama otwarta, wejdźmy.


Śmiało, dalej. Na zamknięciu alei wejściowej rzuca się w oczy byk.


Obok, w pobok - inny byk. A wraz z nim, e... toreador.


A tu - z innej beczki: ptak-krzykacz.


Nieopodal ciekawie zerka gołąbek.


Jeszcze więcej ptaków! A i tak nie wszystkie to. Ptaki stanowią główny składnik Ogrodu.


Lecz nie tylko - znajdzie się i syrena.


Albo - nad stawem - rodzina żab.


To chyba dalszy krewny?


Zatoczywszy koło wracamy do punktu wyjścia, czyli byka z, e... toreadorem.


Spójrzmy bestii prosto w ślepia, których nie ma.


Na koniec: skromny dar od tej suki, wiosny. Zawilce. Dobre i to.


Posłowie.
Miejsce to przypomina inne pod- i w- warszawskie ogrody wypełnione sztuką, Królikarnię, Radziejowice...
Najbardziej chyba jednak podradomskie Orońsko - czyli Centrum [?] Rzeźby Polskiej.
Z tą różnicą, że jest prywatne, a dzieła są autorstwa jednego tylko artysty, i to zagranicznego. Poza wszystkim rzeźby te naprawdę, jak to mówią, „dają radę”.
A sam park jest naprawdę ślicznie urządzony i zadbany, tak że całość wygląda miejscami „jak nie w Polsce”. Warto wybrać się tam w jakiś - wreszcie - pogodny dzień.





19 kwietnia 2016

Wtem!

Panowie mówią, że mieli dostęp do rzucanych na rynek komiksów...
Ja nie - ale za to mogłem pochwalić się (kolegom w podstawówce, sąsiadce itd.) czym innym:


Ha?!





7 marca 2016

Wiślica - kolegiata (zaw. Nagrobek z Wiślicy)

Gdy powiedziało się A, trzeba powiedzieć B (??? co to u licha miało by znaczyć?).

A więc jadziem z tym Ponidziem. W dół rzeki od prastarych wsi Chroberz i Zagość rozłożyła się arcyprastara Wiślica (nazwa ewidentnie dla zmylenia wroga, tak jak Huta Katowice zbudowana w Dąbrowie Górniczej, albo hotel „Kasprowy” leżący pod Gubałówką). Kiedyś ważny ośrodek różnego Piastowstwa. Ulubiona sedes Kazimierza Sprawiedliwego na przykład, który tu zaczynał swą karierę.

Po tych Piastach porozbijanych międzydzielnicowo pozostał pawilon archeologiczny kryjący kryptę, do którego nie udało mi się jeszcze wniknąć.

Za opiewanym właśnie pobytem w Wiślicy, wniknąć udało się za to do wewnątrz kolegiaty. Świątynia była szeroko dostępna zwiedzaczom, ale wiąże się to pewnie ze zwiększoną świadomością turystyczną dzisiejszych Wiślan.

Czym jest ten obiekt, a zwłaszcza jego wnętrze, tego moje ułomne zdjęcia nie pokażą. Powiem tylko, iż jest to wnętrze wybitne. Może nie na miarę Sainte-Chapelle w Paryżu mieście, ale na miarę Ponidzia już w tę stronę formalnie pchnięte.

Co także ciekawe, wnętrze zasadnicze - czyli korpus - jest dwunawowe, z trzema filarami pośrodku. Badacze badający budownictwo wysnuwają różne teorie na temat takiego układu przestrzennego, z pozoru mało funkcjonalnego. Nie czas, a przede wszystkim nie miejsce, by je tu streszczać. Nawet płynne wnikanie żeber sklepienia w filary (widoczne na zdjęciu poniżej) doczekało się teoretyczno-filozoficznych uzasadnień ze strony uniwersyteckich mądral.

Nie idąc tą drogą, powtórzmyż tylko, że fotografia ta nie jest nawet namiastką osobistego odczuwania nieprzeciętnej przestrzeni gotyckiego wnętrza.


Prezbiterium jest niemniej interesujące. To z kolei za sprawą pozostałości malowideł ruskich fundacji króla Władysława J.


Godne uwagi są także epitafia jakichś prałatów.


W ścianie nawy figuruje zaś nagrobek renesansowy damy! Próby zdjęcia go w całości (w znaczeniu: zrobienia fotografii) nie powiodły się z powodu ćmy i ogólnej drżączki (brak statywu). Zespolik ów rzeźbiarski jest dość skromny. Pani leży w typowej - pół śpiącej pozie (typowej dla postaci z nagrobków renesansowych, ale także i nierzadko dla mnie). Uwagę zwraca za to biała żyłka w burym marmurze, która przecina m.in. dłoń upamiętnionej tu nieboszczki.

Ta żyłka to coś, co ożywia w tajemniczy sposób kamienną rzeźbę, i wprowadza dziwny niepokój w spokój posągu oraz dynamikę w jego statykę. Takie mam wrażenie.


Zanim wyjdziemy, skierujmy zerki na same drzwi wejściowo-wyjściowe. Hebanowe.
- Cheba stare?


- Tak. Ponad nimi tkwi tablica XV-wieczna ukazująca XIV-wieczną fundację kościoła, z królem Kazimierzem prezentującym Maryi z Dzieciątkiem makietę w skali 1:100. Jest to niewątpliwie dzieło sztuki gotyckiej. A jaki napis!


Dzwonnica, stojąca luzem nieopodal, zbudowana, nawiasem mówiąc, kosztem Jana Długosza podobnie jak pobliski dom gotycki, ma interesujący portalik - w środku ostrołukowy, na zewnątrz schodkowy i oblaskowany do rytmu.


Sama faktura jej ściany jest frapująca. Wygląd à la ser zawdzięcza pierwszowojennym zmaganiom tu przedsięwziętym.


A to już po prostu jakieś okienko.


Na koniec całość zdjęta od zaplecza. Szacowna kolegiata wypiętrza się wzwyż na gotycką modłę (zdumiewająco pasujące określenie). Wygląda przy tym, jakby wody Nidy wystąpiły były kiedyś i zatopiły nawę do wysokości kilkunastu metrów.






22 lutego 2016

Pińczów (3). Inne sakralne

Da się zauważyć, iż poprzedni wpis dotyczący Pińczowa spotkał się z więcej niż umiarkowanym zainteresowaniem p.t. Publiczności. Przyczyny można dopatrywać się w tradycyjnym polskim antysemityzmie. Wychodząc na przeciw oczekiwaniom, zamieszczam więc znów obrazki sakralnych zabytków chrześcijańskich.

Pińczów w XVI stuleciu był jednym z ważniejszych ośrodków protestantyzmu. Tak jak w olbrzymiej większości analogicznych przypadków krajowych, stan ten nie przetrwał natarcia kontrreformacji.
Tutaj wiązało się to także ze zmianą właściciela miasta i wcieleniem zasady cuius regio, eius religio, gdyż ród Gonzaga (sic!)-Myszkowskich trzymał się katolicyzmu.
Tak czy siak, miasto wyposażone jest do dziś w zabytkowy kościół główny oraz dodatkowy - klasztorny.

Warto w tym miejscu - w formie dygresji - zauważyć, co zauważyłem jakiś czas temu, że wiele polskich miasteczek charakteryzuje podobny układ przestrzenno-funkcjonalny pod względem właśnie budowli sakralnych. Jest stara, zasadnicza część miasta z rynkiem i (często) ratuszem na nim położonym, oraz z farą, czyli kościołem parafialnym w pobliżu, zazwyczaj o proweniencji średniowiecznej. Do tego na dawnych peryferiach znajduje się zespół klasztorny, najczęściej nowożytny, barokowy. Czasem - jak w Pińczowie - przetrwała i synagoga.

Mogę z pamięci wymienić znane mi z osobistych odwiedzin przykłady tego modelu miasteczkowego (rynek + fara w pobliżu + klasztor na uboczu):
Pińczów
Biecz
Opatów
Pilica*
Zakroczym
Konin
Zakliczyn
Brześć Kujawski
Kazimierz Dolny*
Wyszogród
Stary Sącz
Nowe Miasto nad Pilicą
Jędrzejów
*) dodatkowy ekstra-bonusowy kościół trzeci

Czyż nie jest to jakieś odkrycie z dziedziny historii urbanistyki? Może nadaje się na Nobla??
Proszę mnie zgłosić - samemu nie wypada i, co więcej, skutkuje to dyskwalifikacją.

Gwoli ścisłości nadmienić należy, że starosądecki klasztor ma również średniowieczną metrykę, a główny kościół Pińczowa był świątynią klasztorną - paulinów. Zabudowania konwentu mieszczą miejscowe muzeum, do którego mam nadzieję kiedyś wreszcie zawitać.

Ad rem:
Zmierzając do Pińczowa, już cieszyłem się, że zobaczę coś, co zapamiętałem z poprzedniej, 12 lat wcześniejszej wizyty, Mianowicie rzeżbione epitafium umieszczone w kruchcie kościelnej, na którym znajduje się wizerunek ryczerza na koniu... Zdumiałem się, bo - jak rzadko - pamięć wzrokowa spłatała mi figla: epitafium było, ale bez konika. Więc gdzie go widziałem? W jakimś innym mieście małopolskim? Czy po prostu w jednym z kościołów Krakowa?


Rzeźba pińczowska przedstawia, z braku jeźdźca, damę staropolską z dziatwą.
Głównego wnętrza fary nie widzielim.


Spójrzmy za to ze wzgórza świętej Anny na pińczowski klasztor. Kościół jego jest zbudowany w stylu ni to renesansowym, ni to barokowym, ni to jeszcze w tradycji gotyckiej. A więc generalnie jest bezstylowy, co nikomu nie przeszkadza. Po prostu jest. A i sam widok na miasteczko - całkiem prawidłowy!


Wewnątrz można zobaczyć jeden z najpóźniejszych przypadków dekoracji sklepienia sztukateriami w tzw. stylu lubelskim. Oraz wiele zabytkowych gratów, to jest, elementów wyposażenia.


Na zewnątrz zwraca uwagę nietypowy (przynajmniej jeszcze takiego dotąd nigdzie nie zauważyłem), dwustronny krucyfiks. Czy ma to jakieś uzasadnienie symboliczne, poza użytkowym - wizualnym aspektem?


Jeśli obejdzie kościół zakamarkiem zaułka przymurnego, wścibski turysta odkryje za prezbiterium mnisze epitafium, jakich wiele. Z obowiązkową trupią czachą, czyli motywem wanitatywnym.


Na koniec przeglądu, fascynujące drobiazgi z kościoła parafialnego:
herb w kamieniu,


klamka żelazna rzemieślniczej roboty, zacnej urody,


oraz tradycyjne już wandalikum, czyli monogram, który ktoś wyrył w obramowaniu drzwi dzwonnicy...






10 lutego 2016

Imielno. Chrystus w studni

Należy się z pewnością słowo wyjaśnienia, którego nie mam.
Podążając po Ponidziu z biegiem Nidy, zatrzymano konie we wsi Imielno celem uświadczenia kościoła o romańskim zrębie z XIII wieku - podobnie do opactwa jędrzejowskiego. Oczywiście z kamienia.
Niestety, zamknięcie obiektu panowało wówczas tak dogłębne, że nawet nie można było przekroczyć ogrodzenia. Uświadczyłem zatem jeno interesujące starorzeczum tkwiące w ścianie bocznej kaplicy.


W domu, czyli u źródeł (Katalog Zabytków Sztuki w Polsce, tom III, województwo kieleckie, zeszyt 3, powiat jędrzejowski, Warszawa 1957), dowiedziałem się, że to „Chrystus w studni”. Wyrocznia zaś, czyli internet zagadkowo przedstawia to zagadkowe przedstawienie ograniczone w zasadzie do tego jednego przykładu imielińskiego. Można wnioskować z tego, że tradycyjna nazwa tej XV-wiecznej reliefowej płaskorzeźby jest myląca, i studnia jest tu po prostu grobem. A może nie.





3 lutego 2016

Z wnętrza (ibidem, idem, nadajem)

Szybko czas płynie, jak rzeka po wyżynie, a tu praca nad blogiem leży odłogiem.
Żeby więc nawiązać czasoprzestrzennie do poprzedniego wpisu, obnażę co nieco wnętrza cysterskiego (arcy)opactwa w Jędrzejowie.

Nieruchomość ta powstała w XII wieku w formie pierwotnego kościółka prywatnego, sprowadzenie mnichów z macierzystej Galii poskutkowało rozbudową w formach późnoromańskich.
Cystersi posługiwali się przy zakładaniu swych siedzib planem niemal typowym, by nie powiedzieć: katalogowym. Kościół bezwieżowy z transeptem (czyli na planie krzyża), dzielony na oddzielane filarami sklepione sklepieniem przęsła, orientowany był na wschód. Od południa towarzyszyły mu zabudowania klasztorne z czworobocznym dziedzińcem-wirydażem oraz zestawem koniecznych pomieszczeń: refektarzem, kapitularzem, karcerem... Przepraszam, wystarczy. Obrazek z nieźle częściowo zachowanego cysterskiego klasztoru pokazywał żem.

W Jędrzejowie aż tyle starorzeczy się nie zachowało. Kapitularz na przykład rozebrano na chlewiki.

W trakcie trwania romańskie wnętrze kościelne zostało zgotycyzowane a potem zbarokizowane. Zrenesansowane i sklasycyzowane nie było, bo okoliczności stylistyczno-światopoglądowe nie sprzyjały. Na szczęście nie zostało też zmodernizowane...

Wewnętrzne relikty retroromańskie też już zdążyłem tu umieścić. Nie pozostaje nic innego, jak rzucić wzrokiem na olśniewający barok, ale tylko na prospekt organu drewniany, bo już gromadzi się tłumek, by wziąć udział we mszy żałobno-pogrzebowej.


Święta Cecylka.


David the King.


Anioł w locie podpierającym - rzadki widok w dzisiejszym świecie.


A to już zewnętrze ściany zewnętrznej widzane z wewnątrz krużganka. Widać romańskie ciosy (tu: obrobione głazy). Na nich fragmentaryczne malowidła - średniowieczne? Jakiś tam stwór się jawi, coś jakby karykatura Stanisława Augusta lub innego fircyka w zalotach.



9 listopada 2015

Liternictwo

Jest takie zjawisko. Gałąź. Dziedzina. Fach. Nauka? A mój osobisty kiedyś tzw. konik.
Liternictwo.

Kiedyś w zupełnym regresie - w czasach, gdy znawców i umiejętniaczy przygniotła rzesza „szwagrów ze smykałką”. Teraz jest lepiej - ale tylko dlatego, że szwagrów z kolei wyparły komputery i zmagazynowane w nich obiekty sztuki typograficznej.

A wszak w tej dziedzinie nasi mieli osiągnięcia - od Półtawskiego, po współczesnego twórcę fontu „Lato”.
Ktoś inny znów, w głębi internetu, wyręcza w tłumaczeniu jak krowie na rowie, że co „font”, to nie „czcionka”.
Poeta zaś nasz wielki zauważył, iż

Litera wcale nie jest, jak tuszy niektóry,
Czymś dowolnym, co nie ma swej architektury,
Ani uzasadnionym na pierwiastku wiecznym.
Stara jak słowo: ona - czyni je statecznym.




Co do mnie, to już jako brzdąc 14-letni nauczyłem się pisać antykwą, oraz innymi krojami, które mi się podobały. Poza tym, byłem normalny, itd. Dlatego do dziś z przyjemnością tropię rozsiane po świecie dziełka sztuki literniczej. Np. kiedyś z podziwem wpatrywałem się w mistrzowsko wypisane słowo „kisiel”, figurujące w garmażeryjnym akwarium baru mlecznego „Karaluch”...

Także i ten przykład zwrócił od razu szczególną uwagę. Wygląda jak pozostałość scenografii do filmu  „Sanatorium pod klepsydrą”, bogatego od rekwizytów posecesyjnych. A to tylko oznaczenie na nieczynnej stacji nieczynnej osobowo linii kolejowej nr 12....


(wczesną wiosną).

APENDYKS:
Zapomniałem dodać wzmiankę o własnym kroju pisma używanym ongiś przez PKP. Obecnie zastępowanym prozaicznym Arialem z edytorów tekstowych maszyn liczących...
Oznaczenie wyżej ukazane wydaje się dość wyjątkowe. Lokalne? Co do tego kroju, jest to prawdopodobnie anonimowe „secesyjne pismo plakatowe” - częste na afiszach i winietach czasopism przełomu XIX i XX wieku.





15 października 2015

Boguszyce - kościół malowany renesansowo

Dwie kwestie.

Kwestia pierwsza: Już prawdopodobnie łkałem na tych cyberprzestrzennych łamach, że skąpo na Mazowszu zabytków renesansu. Aż musieli awansem dopisać do nich nieoczywisty dwór w Chrzęsnem, na przykład. Generalnie dzielnica mazowiecka leżała na peryferiach ówczesnej sztuki światowej. Jest co prawda grupka swoistych zabytków sakralnych o „pończochowych” sklepieniach autorstwa Jana B. z Wenecji. Jest także pokaźna garść nagrobków z epoki, w tym niektóre greatest hits gatunku.

Do chlubnych wyjątków zalicza się też obiekt aktualnie przeze mnie opiewany: kościół w Boguszycach.

Z zewnątrz niepozorny, ot, stereometryczna niemal bryła z pozoru z desek, bez żadnych wyrafinowanych detali, ni zdobień. Gotyckiego smaku nadaje jeno wielobocznie zamknięte prezbiterium i wysoki dach. Niewiele okien. Cały cymes, jak w bombonierce, czai się wewnątrz.


Dla malowideł renesansowych z autentycznego XVI wieku odbyłem kilka tygodni temu pielgrzymkę rowerową przez smagane jesiennymi wiatrami południowe Mazowsze (trasa Skierniewice - Rawa - Biała - Mszczonów, 104 km). I tu występuje

kwestia druga: Niejeden przedstawiciel szeroko rozumianego towarzystwa turystyczno-krajoznawczego spotkał się ze zjawiskiem drzwi zamkniętych w kościele. Niekorzystną tę praktykę można łatwo zrozumieć, zwłaszcza jeśli chodzi o obiekty historyczne, obfitujące w zabytkowe wyposażenie ruchome i - co za tym idzie - wynoszalne. A także w przypadku budowli z drewna, lub drewnem umeblowanych, gdzie niefrasobliwy turysta może zaprószyć ogień np. popiołem z cygara.


Wizyta w zabytkowym kościele to zaś niemal zawsze gwarancja przygody intelektualnej, uczty estetycznej lub przynajmniej ubawu z antycznych wizerunków śniętych świętych, nieżyjących nieboszczyków i pup pulchnych puttów w pociesznych pozach.
Oczywiście - ku zaspokojeniu potrzeby wyżej opisanych przeżyć - można starać się wstrzelić między niedzielne msze. Ale nie zawsze się to udaje. Łatwo trafić na okres sjesty, albo w samą ceremonię, gdy zwiedzać nie wypada.


Nauczyło mnie życie, jeżeli drzwi kościoła nie ustępują, pchać inne - na przykład od zakrystii. Czasem daje to oczekiwane rezultaty. Jeśli nie, należy udać się prosto na plebanię. Bywa, że daje to rezultaty nadspodziewanie nieoczekiwane. Niekiedy jednak i to na nic. Ot, księdza nie ma, nie było i nie będzie,
głucha cisza wszędzie (Kobylniki). Albo ksiądz mieszka w innej miejscowości (Chroberz). Albo od plebanii kierują ku kościelnemu, który ukrywa się w domowych pieleszach, wystawiając dzieci na wartę (Brześć Kuj). No - nie zawsze się udaje.


W Boguszycach szczęśliwie nastąpiła realizacja biblijnej wskazówki „pukajcie, a otworzą wam”. Podjechawszy ku kościołowi tkwiącemu na wzniesieniu nad Rawką, przekonałem się, że jest zamknięty. Ba, zamknięte były nawet furtki i bramy w ogrodzeniu. Poszedłem więc na plebanię. Tam też zamknięte i nikogo. Był jednak na drzwiach wywieszony telefon „w nagłych sprawach”. Posługując się komorą - zadzwoniłem. Bez rezultatu. Z żalem ruszyłem więc w dalszą drogę, ku Rawie, odkładając wizytę na bardziej sprzyjającą przyszłość. Byłem już ze dwa kilo za wsią, gdy odtelefonował - jak się okazało - proboszcz, dopytując się w jakiej sprawie dzwoniono. Wyjaśniłem, że jestem turystą i chciałem dowiedzieć się o możliwość obejrzenia wnętrza. Odpowiedział, że nie ma z tym problemu, tylko że dopiero wraca do wsi. Gdy i ja tam, zawróciwszy w miejscu, wróciłem, odkluczył drzwi, wpuścił mnie, opowiedział o widocznych dziełach sztuki, i cierpliwie poczekał aż się napatrzę i nafotografuję do woli.


Kwestia trzecia: Co, miały być tylko dwie? Trudno - jest i trzecia. Osobną kwestią jest bowiem to, jak fantastyczne jest wnętrze boguszyckiego kościoła.
Ludzkie słowo tego nie opisze, zdjęcie - amatorskie a chrome - pewnie też. Dlatego samolimituję się tu do zwyczajowych (zwyczaj dobry, ale rzadko przestrzegany) pięciu zdjęć. Do uświadczenia reszty wymalowanych detali (proszę odnaleźć duet: świnia grającą na bębnie i osioł na lutni) gorąco Czytelnika zachęcam w rzeczywistości realnej i namacalnej - choć malowideł lepiej nie dotykać paluchami.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...