No proszę. Któż by przypuszczał. A jednak: rychtyk pięć lat trzasło, odkąd pierwszy raz zawitali my na piękną górę Miedziankę (354,5 m n.p.m.), znaną także pod kryptonimem "Wilcza Góra". W, jak to mawiają, międzyczasie całkiem zmarł Edmund Niziurski, który dał był inspirację do wyprawy oraz niepostrzeżenie minęło lat pięć.
W relacji stamtąd napisałem "trzeba będzie jeszcze kiedyś tam wrócić". I oto tak się stało.
Wydaje mi się, że jest to najbliżej Warszawy, a nawet szerzej rzecz ujmując: całej polskiej połaci Niżu Środkowoeuropejskiego położone wzniesienie o charakterze spektakularnym. Spektakularność rozumuje się tu poprzez strzelistość, skalistość, tatrzańskość względnie alpejskość, rozległość czworostronświeckich widoków itp. Kolejne tego typu górotwory - patrząc na południe - widzi się chyba dopiero gdzieś na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej zwanej Jurą. Nawet greatest hits Gór Świętokrzyskich: Łysica (611,8) i Łysa Góra (594,3) wypadają przy niej blado, leśno i nudno, co tu dużo mówić.
Jeśli się co do tej spektakularności mylę, to niech mię kto poprawi. Ale na poparcie tezy przedstawiam silny materiał dowodowy: widoki z i na Miedziance. Jesieniową porą. Listopad skąpo wydzielił na ten cel jeden w całości słoneczny, bezdeszczowy, nieśnieżny i przeciwmgielny dzień.
Gdy ktoś jest na co dzień mieszkańcem owego Niżu, to nie wybrzydza, tylko cieszy się, że jedyne CC kilometrów od pieleszy może poobcować z prawdziwą orogenezą.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
22 listopada 2017
15 listopada 2017
Twin Peaks pod Warszawą
Projekt - szumna nazwa - zaliczenia Korony Województw, zaczęty tak śmiało zdobyciem góry Altany, leży i kwiczy odłogiem. Swoją drogą, myślałem, że jest to pomysł względnie oryginalny (choć nie mój), aczkolwiek kolejny raz okazuje się, że w internecie wszystko już było. Można wyszukać odpowiednie strony poświęcone tej idei, wraz z listą 16 wierchów wojewódzkich. W chwili obecnej na owej liście mogę odznaczyć ledwo ze 6 punktów. Wciąż nie byłem choćby na Rysach, nie wspominając o najwyższych punktach województwa zachodniopomorskiego, czy lubuskiego...
Wspomniana powyżej Altana jest najwyższym wzniesieniem województwa mazowieckiego. Atoli już przy okazji relacji z wyprawy na nią, zaznaczałem z właściwą sobie maniakalną akuratnością, że nie znajduje się n a M a z o w s z u. Najwyższy szczyt tej krainy znajduje się bowiem zupełnie gdzie indziej: koło Mławy. Leży w miło nazywającym się łańcuchu Dębowych Gór i liczy 236,4 m n.p.m.
Był to jeden z celów mojej tegorocznej wiosennej welowycieczki, już nablożnie muśniętej tu i ówdzie. Gdym jednak osiągnął byłe pograniczne miasteczko Janów, wobec odległości 2 godzin i 40 kilometrów do przedostatniego powrotnego pociągu z Mławy, ogarnął mnie dojmujący hamletyzm, aż musiałem przysiąść na krawężniku i przemyśleć opcje, które wyglądały następująco:
a) pędzić bezpośrednio na ten pociąg, bez zatrzymanki
b) jechać relaksacyjnie na pociąg ostatni, ale z pominięciem Dębowych Gór
c) szturmować szczyty i pędzić potem na ostatni pociąg, ale też bez gwarancji zdążenia.
Chociaż straciłem cenne 5 minut na rozważanie zów i przeciwów, wybrałem wreszcie opcję a).
Tak więc ostatecznie najwyższej góry Mazowsza nie zdobyłem. Może innym razem...
Pewnym powetowaniem opisanego niepowodzenia alpinistycznego stała się jesienna wyprawa, już niepierwsza, na najwyższy wierch Mazowsza lewobrzeżnego, znajdujący się na mazowieckich antypodach względem Dębowych Gór.
Jakieś 50 kilometrów na południe (i lekko na zachód) od Warszawy i dużo mniej od Mszczonowa rozciąga się masyw osuchowski - nazwa umowna, gdyż oficjalnej jak dotąd brak.
W lesie za cmentarzem figuruje niepozorny pagórek. Z szacunkiem jednak! Liczy sobie 211.6 m n.p.m. (wg mapy topograficznej, wg poziomic - nawet więcej).
To najwięcej, co można wycisnąć z tej płaskiej krainy, jaką jest Mazowsze, po tej stronie Wisły.
Z góry rozciągają się rzecz jasna widoki.
Szczyt, kiedyś zalesiony, obecnie uległ antropogenicznej denudacji, tzn. wyrąbano na nim drzewa.
Stoimy na samiuśkiej kulminacji masywu.
Najwyższy wierch Mazowsza (lewobrzeżnego) zaznaczony na mapie czerwoną gwiazdką. Ale uwaga! Dokładnie taki sam układ poziomic znajduje się po drugiej stronie drogi, nieopodal kościoła (gwiazdka niebieska).
A więc turnie są dwie, można zatem powiedzieć z zagraniczna: Twin Peaks.
Wspomniana powyżej Altana jest najwyższym wzniesieniem województwa mazowieckiego. Atoli już przy okazji relacji z wyprawy na nią, zaznaczałem z właściwą sobie maniakalną akuratnością, że nie znajduje się n a M a z o w s z u. Najwyższy szczyt tej krainy znajduje się bowiem zupełnie gdzie indziej: koło Mławy. Leży w miło nazywającym się łańcuchu Dębowych Gór i liczy 236,4 m n.p.m.
Był to jeden z celów mojej tegorocznej wiosennej welowycieczki, już nablożnie muśniętej tu i ówdzie. Gdym jednak osiągnął byłe pograniczne miasteczko Janów, wobec odległości 2 godzin i 40 kilometrów do przedostatniego powrotnego pociągu z Mławy, ogarnął mnie dojmujący hamletyzm, aż musiałem przysiąść na krawężniku i przemyśleć opcje, które wyglądały następująco:
a) pędzić bezpośrednio na ten pociąg, bez zatrzymanki
b) jechać relaksacyjnie na pociąg ostatni, ale z pominięciem Dębowych Gór
c) szturmować szczyty i pędzić potem na ostatni pociąg, ale też bez gwarancji zdążenia.
Chociaż straciłem cenne 5 minut na rozważanie zów i przeciwów, wybrałem wreszcie opcję a).
Tak więc ostatecznie najwyższej góry Mazowsza nie zdobyłem. Może innym razem...
Pewnym powetowaniem opisanego niepowodzenia alpinistycznego stała się jesienna wyprawa, już niepierwsza, na najwyższy wierch Mazowsza lewobrzeżnego, znajdujący się na mazowieckich antypodach względem Dębowych Gór.
Jakieś 50 kilometrów na południe (i lekko na zachód) od Warszawy i dużo mniej od Mszczonowa rozciąga się masyw osuchowski - nazwa umowna, gdyż oficjalnej jak dotąd brak.
W lesie za cmentarzem figuruje niepozorny pagórek. Z szacunkiem jednak! Liczy sobie 211.6 m n.p.m. (wg mapy topograficznej, wg poziomic - nawet więcej).
To najwięcej, co można wycisnąć z tej płaskiej krainy, jaką jest Mazowsze, po tej stronie Wisły.
Z góry rozciągają się rzecz jasna widoki.
Szczyt, kiedyś zalesiony, obecnie uległ antropogenicznej denudacji, tzn. wyrąbano na nim drzewa.
Stoimy na samiuśkiej kulminacji masywu.
Najwyższy wierch Mazowsza (lewobrzeżnego) zaznaczony na mapie czerwoną gwiazdką. Ale uwaga! Dokładnie taki sam układ poziomic znajduje się po drugiej stronie drogi, nieopodal kościoła (gwiazdka niebieska).
A więc turnie są dwie, można zatem powiedzieć z zagraniczna: Twin Peaks.
Etykiety:
cztery mile za Warszawą,
góry
31 października 2017
Odwiedzajcie Ziemię Sądecką
Trudno w to uwierzyć, ale za PRLa był w Warszawie... neon o tej treści [sik!].
Gdy go dziecięciem widywałem (przy ulicy Świętokrzyskiej), to nie zdawałem sobie dokładnie sprawy, gdzie też leży tak pięknie reklamowana kraina...
Trafiłem tam dopiero na przełomie dzieciństwa i młodości, który w tamtych czasach wyznaczało ukończenie podstawówki.
Szkoła średnia, do której się dostałem, zorganizowała wędrowny obóz górski, w zasadzie integracyjny. Ale ze starszych klas zapisał się tylko jeden chłopak, a i tak nie pojechał. Wolał - jak i inni starsi - równolegle (?) odbywający się spływ kajakowy. Dlatego jakiś czas potem kajakowicze byli lepiej zintegrowani ze starszymi klasami, niż piechurzy. Nie pamiętam, czy się wahałem, ale na pewno zew gór był silniejszy. Tym bardziej, że spływ tą samą rzeką miałem w planach jeszcze tego samego lata...
No więc tak wylądowałem po raz pierwszy w Beskidzie Sądeckim. Od Krynicy po Szczawnicę z noclegami w tamtejszych schroniskach.
Tatry to imponującą sprawa. Majestat i ogrom. Bieszczady to rozległa, aż wręcz przerośnięta, legenda. Beskid Niski to tajemniczość i spleen. Pasma Sudetów to (chyba) wciąż niedoceniane zalety. Ale Beskid Sądecki - to po prostu moje góry. Gdybym miał wybierać. Także z przyczyn zupełnie osobistych zwrotów akcji życiowej.
Po tym pierwszym razie wracało się tam niejednokrotnie. Na przykład w wakacje między drugą a trzecią klasą. Pojechaliśmy z kolegą na doczepkę do okołoszkolnego obozu tai chi - chociaż ani wówczas, ani do dziś nigdy w życiu nie wymachiwałem kończynami w tym stylu. Chodziło o towarzystwo. No i o miejsce - w rzeczonym paśmie górskim, gdzieś pod Halą Łabowską, w lesie nad strumieniem.
Ech, cośmy jedli, jak żyli - trudno powiedzieć. Jak widać na cudem ocalałym zdjęciu, coś się gotowało na ognisku (ale co i jak?), mieszkało w namiotach (głównie tzw. "chinkach" - namiocikach dwuosobowych idealnych dla zaledwie jednej osoby z bagażem, ale jednak jakoś się we dwóch, lub we dwójkę tam upychało...), buty suszyło na słońcu (to moje, poznaję!), etc.
Stamtąd z owym kolegą wyruszyliśmy na włóczęgę, której celem było sąsiednie - przepiękne! - pasmo: Małe Pieniny. Nocowaliśmy na krzywy ryj w hotelu, pogubili szlaki, pogoniły nas pasterskie psy, na koniec zmoczyła nawałnica i wróciliśmy do bazy, po drodze wyławiając spod liści łopianu (deszcz!) kumpla, który cały dzień błąkał się po okolicy, próbując zlokalizować nasze obozowisko.
No, fajnie było. Gdy się nam znudziło, a opady za bardzo dały we znaki, zwinęlismy się do Krynicy na pociąg - i do domu.
Zdałem sobie sprawę, że przypadkiem były to te same wakacje, w które odbyła się niedawno tu opisana wyprawa do Tumu. Wcześniej jeszcze był obóz wędrowny w Karkonoszach. A potem jeszcze w innym, wąskim gronie pojechało się nad morze. To były czasy, he!
Gdy go dziecięciem widywałem (przy ulicy Świętokrzyskiej), to nie zdawałem sobie dokładnie sprawy, gdzie też leży tak pięknie reklamowana kraina...
Trafiłem tam dopiero na przełomie dzieciństwa i młodości, który w tamtych czasach wyznaczało ukończenie podstawówki.
Szkoła średnia, do której się dostałem, zorganizowała wędrowny obóz górski, w zasadzie integracyjny. Ale ze starszych klas zapisał się tylko jeden chłopak, a i tak nie pojechał. Wolał - jak i inni starsi - równolegle (?) odbywający się spływ kajakowy. Dlatego jakiś czas potem kajakowicze byli lepiej zintegrowani ze starszymi klasami, niż piechurzy. Nie pamiętam, czy się wahałem, ale na pewno zew gór był silniejszy. Tym bardziej, że spływ tą samą rzeką miałem w planach jeszcze tego samego lata...
No więc tak wylądowałem po raz pierwszy w Beskidzie Sądeckim. Od Krynicy po Szczawnicę z noclegami w tamtejszych schroniskach.
Tatry to imponującą sprawa. Majestat i ogrom. Bieszczady to rozległa, aż wręcz przerośnięta, legenda. Beskid Niski to tajemniczość i spleen. Pasma Sudetów to (chyba) wciąż niedoceniane zalety. Ale Beskid Sądecki - to po prostu moje góry. Gdybym miał wybierać. Także z przyczyn zupełnie osobistych zwrotów akcji życiowej.
Po tym pierwszym razie wracało się tam niejednokrotnie. Na przykład w wakacje między drugą a trzecią klasą. Pojechaliśmy z kolegą na doczepkę do okołoszkolnego obozu tai chi - chociaż ani wówczas, ani do dziś nigdy w życiu nie wymachiwałem kończynami w tym stylu. Chodziło o towarzystwo. No i o miejsce - w rzeczonym paśmie górskim, gdzieś pod Halą Łabowską, w lesie nad strumieniem.
Ech, cośmy jedli, jak żyli - trudno powiedzieć. Jak widać na cudem ocalałym zdjęciu, coś się gotowało na ognisku (ale co i jak?), mieszkało w namiotach (głównie tzw. "chinkach" - namiocikach dwuosobowych idealnych dla zaledwie jednej osoby z bagażem, ale jednak jakoś się we dwóch, lub we dwójkę tam upychało...), buty suszyło na słońcu (to moje, poznaję!), etc.
Stamtąd z owym kolegą wyruszyliśmy na włóczęgę, której celem było sąsiednie - przepiękne! - pasmo: Małe Pieniny. Nocowaliśmy na krzywy ryj w hotelu, pogubili szlaki, pogoniły nas pasterskie psy, na koniec zmoczyła nawałnica i wróciliśmy do bazy, po drodze wyławiając spod liści łopianu (deszcz!) kumpla, który cały dzień błąkał się po okolicy, próbując zlokalizować nasze obozowisko.
No, fajnie było. Gdy się nam znudziło, a opady za bardzo dały we znaki, zwinęlismy się do Krynicy na pociąg - i do domu.
Zdałem sobie sprawę, że przypadkiem były to te same wakacje, w które odbyła się niedawno tu opisana wyprawa do Tumu. Wcześniej jeszcze był obóz wędrowny w Karkonoszach. A potem jeszcze w innym, wąskim gronie pojechało się nad morze. To były czasy, he!
Etykiety:
góry,
Polska,
wspomnienia ze skanera
9 kwietnia 2017
Niedzica
Czy wy wiecie,
czy wy wiecie,
że już kwiecień?
czy wy wiecie,
że już kwiecień?
Gdy się powiedziało „a” jak Mirów, trzeba powiedzieć „b” jak Bobolice.
Tak samo, gdy się powiedziało „c” jak Czorsztyn, należy powiedzieć „d” jak Niedzica.
Stoją bowiem te dwie fortece naprzeciw siebie jak Gog i Magog, Świdryga i Midryga, Minas Morgul i Minas... (to drugie). Ehm... chwileczkę. Już to pisałem. Przy okazji Chocimia i zamku w nimże, tamże.
Atoli nie bez przyczyny to powtórzenie! Analogia występuje w postaci okoliczności trans- i granicznych.
Jak na Podolu, z jednej strony był polski, czy też rzeczpospolity Żwaniec i Kamieniec, po drugiej wołosko-turecki Chocim, tak tutaj mamy polski Czorsztyn i spisko-węgierską Niedzicę, a konkretnie zamek Dunajec (Dunajecz). W obu przypadkach granicę należy uważać za znikniętą.
I tak, jak w przypadku Chocimia odrębność przynależności polityczno-kulturowej odmalowuje się w samym wyglądzie, czyli tzw. architekturze obiektu. Jest on wyraźnie - gdy się przyjrzeć - odmienny od pozostałych zamków polskich z epoki, tzn. średniowiecza przebudowanego w nowożytności (i nie mówię tu o widocznym poniżej manierystycznym domofonie).
A więc warto pamiętać, że zabytek ten nie należał do państwa polskiego, a przez gros jego istnienia władały nim rody węgierskie. Nazwisko inicjatora najpoważniejszej przebudowy - Jerzego Horvatha - oraz data - MDCI - uwidocznione są w tablicy nad bramą.
Trochę psim swędem państwo nasze zainkasowało bez mała sto lat temu kawałeczek Spisza (i Orawy po drugiej stronie Tatr, chyba dla równowagi) wraz z pięknym zamkiem niedzickim.
Niemal zawsze przy okazji opisywania tego regionu i tamtych czasów wspomina się, że w dobrach zamkowych do lat 30. XX wieku przetrwała szczątkowa forma pańszczyzny, tzw. żelarka (zniesiona ustawą sejmową).
O samym polskim Spiszu mam zamiar spisać wpis stosowny w nieoczekiwanej przyszłości. Nie na zasadzie wypisu z W-pedii, a raczej w formie wypracowania „Spisz i ja”.
Na dobranoc panorama Pienin z zamkiem Dunajecz oraz i z jakimś zgubionym kapciem:
Dobranoc.
Etykiety:
góry,
zabytki staropolskie,
zgubiony kapeć
30 marca 2017
Czorsztyn
Nie podobała się ruina unicestwiona z poprzedniego wpisu zamkowego? A więc oto ruina utrwalona.
Czorsztyn. Zamek w Pieninach, zatem poniekąd już właściwie górski. Rzadkość!
Wzgórza i wyniesienia - miejsca z natury obronne - jak najbardziej dla budownictwa obronnego, ale góry sensu i stricto? Im wyższe, tym bardziej bezzamkowe.
No, gwoli prawdy trzeba wspomnieć zameczek pod samymi Trzema Koronami w tychże Pieninach, ale to już naprawdę unikat, na dodatek prawie nie istnieje.
A Czorsztyn, jaki jest, każdy widzi.
Ruina. Nieodbudowana, więc poraża prawdą o życiu, Polsce i świecie współczesnym.
Zmianą, jaka zaszła w pejzażu okolicznym w trakcie ostatniego pokolenia, jest atoli jezioro, wykwitłe wskutek tamy na Dunajcu.
Wcześniej go nie było i to tu - w Czorszytnie - zaczynały się pamiętne spływy ceprów widokową rzeką, a nie, za przeproszeniem, w Sromowcach, jak teraz.
Jezioro jest piękne, a więc spełnia swoją rolę. Na dodatek przyczyniło się do powstrzymania powodzi - i to już na inauguracji, w 1997 roku.
A pomyśleć, że swego czasu uległem ekonamowom świętej pamięci poetki, pani W., która kochając i rozumiejąc młodzież, zbierała podpisy przeciw tamie, by wspomóc protestujących ekopunków. Więc podpisałem.
Stąd nauka płynie bystrzyną Dunajca: niech ręka zadrży przed podpisaniem czegokolwiek!
Widoczek stamtąd już raz mignął nago we blogu wraz z poczuczającą historyjką z przeszłości, o: tu.
Czorsztyn. Zamek w Pieninach, zatem poniekąd już właściwie górski. Rzadkość!
Wzgórza i wyniesienia - miejsca z natury obronne - jak najbardziej dla budownictwa obronnego, ale góry sensu i stricto? Im wyższe, tym bardziej bezzamkowe.
No, gwoli prawdy trzeba wspomnieć zameczek pod samymi Trzema Koronami w tychże Pieninach, ale to już naprawdę unikat, na dodatek prawie nie istnieje.
A Czorsztyn, jaki jest, każdy widzi.
Ruina. Nieodbudowana, więc poraża prawdą o życiu, Polsce i świecie współczesnym.
Zmianą, jaka zaszła w pejzażu okolicznym w trakcie ostatniego pokolenia, jest atoli jezioro, wykwitłe wskutek tamy na Dunajcu.
Wcześniej go nie było i to tu - w Czorszytnie - zaczynały się pamiętne spływy ceprów widokową rzeką, a nie, za przeproszeniem, w Sromowcach, jak teraz.
Jezioro jest piękne, a więc spełnia swoją rolę. Na dodatek przyczyniło się do powstrzymania powodzi - i to już na inauguracji, w 1997 roku.
A pomyśleć, że swego czasu uległem ekonamowom świętej pamięci poetki, pani W., która kochając i rozumiejąc młodzież, zbierała podpisy przeciw tamie, by wspomóc protestujących ekopunków. Więc podpisałem.
Stąd nauka płynie bystrzyną Dunajca: niech ręka zadrży przed podpisaniem czegokolwiek!
Widoczek stamtąd już raz mignął nago we blogu wraz z poczuczającą historyjką z przeszłości, o: tu.
Etykiety:
góry,
pory roku,
zabytki staropolskie
8 stycznia 2017
W górę wodospadu
W przyjemnej wypoczynkowo okolicy, pośród lasu, tkwi zamek Reinhardstein.
Nazwa ta wskazuje, że znajdujemy się już na pograniczu językowym francusko-niemieckim Belgii.
W kraju tym, nawiasem mówiąc, jest siedem (za)rządów: rząd Flandrii, rząd Walonii, rząd Brukseli, rząd wspólnoty francuskojęzycznej, rząd wspólnoty niderlandzkojęzycznej, rząd wspólnoty niemieckojęzycznej. No i rząd centralny, którego zresztą czasem nie ma, bo się nie ukonstytuował (rekord: 535 dni, ale, widać, nie jest niezbędny w takich okolicznościach).
Droga do zamku - co częste w niepłaskich obszarach - prowadzi pod górę. W pewnym momencie dany jest wybór: można podążać ścieżką, lub wspinać się po klamrach, łańcuchach itp. w górę wodospadu.
Oczywiście korzystamy z tej drugiej drogi.
Po drodze następują interesujące atrakcje, wybitne widoki i ciekawe spostrzeżenia skutkujące zamoczeniem się w wodach wodospadu.
U szczytu czeka jednak niespodzianka: źródło siklawy bije spod mikrogmachu natury utylitarnej.
Jedyna nadzieja, że nikt nie korzystał z urządzenia w czasie naszych swawolnych kąpieli w naturalnym prysznicu (i dolnopłuku, jak się okazuje).
W takiej sytuacji, patrzymy tylko na zasadniczą część zamku z zewnątrz i, przyzywani przez zew przyrody, podążamy w dalszą drogę, która wiedzie ku Wesołym... pardon, Wysokim Bagniskom.
O tych zaś w- nieokreślonym -krótce.
Nazwa ta wskazuje, że znajdujemy się już na pograniczu językowym francusko-niemieckim Belgii.
W kraju tym, nawiasem mówiąc, jest siedem (za)rządów: rząd Flandrii, rząd Walonii, rząd Brukseli, rząd wspólnoty francuskojęzycznej, rząd wspólnoty niderlandzkojęzycznej, rząd wspólnoty niemieckojęzycznej. No i rząd centralny, którego zresztą czasem nie ma, bo się nie ukonstytuował (rekord: 535 dni, ale, widać, nie jest niezbędny w takich okolicznościach).
Droga do zamku - co częste w niepłaskich obszarach - prowadzi pod górę. W pewnym momencie dany jest wybór: można podążać ścieżką, lub wspinać się po klamrach, łańcuchach itp. w górę wodospadu.
Oczywiście korzystamy z tej drugiej drogi.
Po drodze następują interesujące atrakcje, wybitne widoki i ciekawe spostrzeżenia skutkujące zamoczeniem się w wodach wodospadu.
U szczytu czeka jednak niespodzianka: źródło siklawy bije spod mikrogmachu natury utylitarnej.
Jedyna nadzieja, że nikt nie korzystał z urządzenia w czasie naszych swawolnych kąpieli w naturalnym prysznicu (i dolnopłuku, jak się okazuje).
W takiej sytuacji, patrzymy tylko na zasadniczą część zamku z zewnątrz i, przyzywani przez zew przyrody, podążamy w dalszą drogę, która wiedzie ku Wesołym... pardon, Wysokim Bagniskom.
O tych zaś w- nieokreślonym -krótce.
Etykiety:
benefralux,
góry,
przyroda
24 lipca 2015
Kanion Kaczyński
Zastanawiam się od pewnego czasu, czy zwykły obywatel RP może dostać się dziś na Krym. A także, czy funkcjonuje wjazd od strony lądu, czyli Ukrainy. Niby można by się tego dowiedzieć. Tylko do jakiej ambasady dzwonić? Ba.Chciałoby się bowiem jeszcze kiedyś trafić do tej niezwykłej krainy. Piękny kraj, mili ludzie, cudowna przyroda, szacowne zabytki... Tymczasem jednak pozostaje spozieranie na obrazki sprzed dwóch bez mała lat.
Na przykład: kanion rzeczki Kaczy w okolicach Bakczysaraju.
A propos - zamieszczane tu już zdjęcie z drogi między wsiami Piereduszczelne a Maszyne, wiodącej do skalnego monastyru Kaczy Kalon, uzyskało honorowe wyróżnienie w periodyku „Twoje podrurze”.Uzazadnienie: klarowna kompozycja, wyjątkowe zestawienie dynamicznych rytmów w obrębie kadru.

25 października 2014
Trzcińsko. Wspomnienie kolejowo-noclegowe
W czasie podróży itp. zdarza się czasem nocować w osobliwych i niespotykanych miejscach.
Klasyką gatunku jest spanie na dworcu. Ale ma swoje złe strony. Jest - generalnie - niezbyt higieniczne, trzeba jedną nogą patrzeć na bagaż, drugą spać, w krzyżu łupie, świeci światło... Jednym słowem, nic przyjemnego. Doświadczony wagabunda udaje się raczej do noclegowni drużyn konduktorskich. To rozwiązanie też ma poważny mankament - należy zapłacić. Można też spać w jakimś parku (nie próbowałem), albo - co również polecają doświadczeni kloszardzi z wyboru - na cmentarzu, bo tam nikt się po nocy nie szwenda, jest spokojnie i bezpiecznie.
Z takich przygód, zdarzyła nam się raz bardzo miła i na swój sposób ciekawa. Oraz pouczająca.
Było to w ubiegłym stuleciu i w zeszłym millenium. Nastał w życiu ten piękny moment, kiedy się przebrnęło przez pierwszy rok studiów i kiedy się ma w Warszawie aleję swojego imienia! Uzbrojeni w parę stów, plecaki, namiot i aparat Zenit, w początku lipca śmignęliśmy w cudowną, kilkutygodniową podróż samowtór.
Skierowaliśmy się w rejony częściowo już znane - Karkonosze i pasma górskie Ziemi Kłodzkiej, oraz nieznane - czyli to, co pomiędzy. Tajemnicze Góry Sowie, Suche, Kamienne, piękne Rudawy Janowickie, Zawory (!)... Dość rzec, że naszą wyprawę zaczęliśmy w Cieplicach, a zakończyliśmy w Ziębicach. No, przynajmniej jej śląską część. W Ziębicach bowiem, nie mogąc znaleźć noclegu, po prostu wsiedliśmy wieczorem w nocny pociąg do Gdyni, i nazajutrz plażowaliśmy w Kuźnicy.
Z noclegami zdarzał się czasem problem, bo wyruszyliśmy z myślą o kwaterowaniu albo w schroniskach górskich (PTTK), albo schroniskach młodzieżowych (szkolnych) (PTSM). A dysponując nieaktualnymi nierzadko mapami, padaliśmy kilkakrotnie ich ofiarą - krótko mówiąc, schroniska nie zawsze były tam, gdzie miały być według mapy. Jeszcze nie mieliśmy doświadczenia, które pozwoliłoby nam szukać kwater prywatnych (tzw. agroturystyka) albo wręcz pensjonatów. Poza tym, chociaż dysponowaliśmy jakimś funduszem reprezentacyjnym, to jednak, jako studenci, woleliśmy przyoszczędzić. Ile mógł kosztować wtedy nocleg w PTSM na przykład w Zagórzu Śląskim? Jakieś 5 złotych, jeśli dobrze pamiętam. No i mieliśmy ze sobą namiot. Przydał się od razu, pierwszego dnia, a raczej nocy, gdy okazało się, że nie ma żadnych miejsc noclegowych w czymś, co miało być schroniskiem przy zamku Chojnik. Rozbiliśmy się więc na dziko obozem na skraju przepaści gdzieś pod zamkiem.
Zdarzyło się, że po przejściu głównego pasma Karkonoszy, przemieściliśmy się pociągiem z Karpacza via Jelenia Góra w stronę Rudaw Janowickich. Gdy wysiedliśmy wieczorem na stacyjce Trzcińsko, miejscowy kolejarz, dróżnik, zawiadowca i kasjer w jednym, powiedział nam: „Gdzie będziecie szli? prześpijcie się u mnie na stacji!” Pośmialiśmy się trochę na te słowa, lecz jednak ruszyli w góry - do schroniska „Szwajcarka”. Parę dni potem, po dogłębnym przedeptaniu Rudaw, wylądowaliśmy w sympatycznym skądinąd mieście Kamienna Góra. I tu właśnie spotkało nas rozczarowanie w postaci braku śladów spodziewanej kwatery - mapa z lat 80. pokazywała istnienie przybytku PTSM. Nie było. Staliśmy na rynku, nie bardzo wiedząc, co dalej, a zmrok zapadał. Wtem dał się słyszeć sygnał pociągu. W te pędy rzuciliśmy się na dworzec (dziś nie byłoby to możliwe. To znaczy byłoby, ale bez spodziewanego rezultatu - na tej linii dawno już nie widziano osobowego składu). W ostatniej chwili udało się złapać ostatni pociąg w stronę świata, tj. na północ. Na węzłowej (wówczas jeszcze) stacji Marciszów dokonaliśmy ablucji pod kranem, po czym wsiedliśmy w pociąg na Jelenią Górę...
Na stacyjce Trzcińsko kolejarza już nie było, miał fajrant. W izdebce poczekalni zestawiliśmy dwie ławy barykadując nimi jednocześnie drzwi wejściowe - aby uniknąć niepożądanego towarzystwa. I na takim łożu uderzyliśmy w kimono. Spało się świetnie, a to, że dzwonek na przejeździe kolejowym, uruchamiany przez każdy przejeżdżający skład (zwykle słyszy się ten dzwonek w trakcie podróży pociągiem, cichnący w oddali) budził nas co parę godzin, było nawet zabawne.
Rano natomiast zbudził nas kolejarz: „Więc jednak państwo skorzystali z noclegu u mnie. Poproszę o kubki”. Po czym przez okienko kasy biletowej wydał nam wrzątek do herbaty.
Skąd to wspomnienie nagłe? Ze skanera!
Post scriptum.
Zaniosło nas do Trzcińska dwa lata później, zimą. Stacja była, i kolejarz takoż. Potem znów trafiliśmy tam po czterech latach, czyli sześciu od pierwszego razu. Było już po reformach: ni kolejarza, ni stacji. To znaczy, budynek się ostał, ale... wiadomo, jak to od razu zaczyna wyglądać, gdy nie jest użytkowane. Choćby - jak w naszym przypadku - nie do końca zgodnie z przeznaczeniem.
Ekspert od kolejnictwa, wybitny K.T., wyjaśnił nam, że po rozbiciu PKP na spółki-córki-nibynóżki, trzeba by zatrudnić w miejsce jednego kolejarza (który, przypomnę, był zawiadowcą, kasjerem i dróżnikiem) - trzech.
A więc, oczywiste jest, że nie ma ani jednego. Nie ma kto nalewać wrzątku...
Klasyką gatunku jest spanie na dworcu. Ale ma swoje złe strony. Jest - generalnie - niezbyt higieniczne, trzeba jedną nogą patrzeć na bagaż, drugą spać, w krzyżu łupie, świeci światło... Jednym słowem, nic przyjemnego. Doświadczony wagabunda udaje się raczej do noclegowni drużyn konduktorskich. To rozwiązanie też ma poważny mankament - należy zapłacić. Można też spać w jakimś parku (nie próbowałem), albo - co również polecają doświadczeni kloszardzi z wyboru - na cmentarzu, bo tam nikt się po nocy nie szwenda, jest spokojnie i bezpiecznie.
Z takich przygód, zdarzyła nam się raz bardzo miła i na swój sposób ciekawa. Oraz pouczająca.
Było to w ubiegłym stuleciu i w zeszłym millenium. Nastał w życiu ten piękny moment, kiedy się przebrnęło przez pierwszy rok studiów i kiedy się ma w Warszawie aleję swojego imienia! Uzbrojeni w parę stów, plecaki, namiot i aparat Zenit, w początku lipca śmignęliśmy w cudowną, kilkutygodniową podróż samowtór.
Skierowaliśmy się w rejony częściowo już znane - Karkonosze i pasma górskie Ziemi Kłodzkiej, oraz nieznane - czyli to, co pomiędzy. Tajemnicze Góry Sowie, Suche, Kamienne, piękne Rudawy Janowickie, Zawory (!)... Dość rzec, że naszą wyprawę zaczęliśmy w Cieplicach, a zakończyliśmy w Ziębicach. No, przynajmniej jej śląską część. W Ziębicach bowiem, nie mogąc znaleźć noclegu, po prostu wsiedliśmy wieczorem w nocny pociąg do Gdyni, i nazajutrz plażowaliśmy w Kuźnicy.
Z noclegami zdarzał się czasem problem, bo wyruszyliśmy z myślą o kwaterowaniu albo w schroniskach górskich (PTTK), albo schroniskach młodzieżowych (szkolnych) (PTSM). A dysponując nieaktualnymi nierzadko mapami, padaliśmy kilkakrotnie ich ofiarą - krótko mówiąc, schroniska nie zawsze były tam, gdzie miały być według mapy. Jeszcze nie mieliśmy doświadczenia, które pozwoliłoby nam szukać kwater prywatnych (tzw. agroturystyka) albo wręcz pensjonatów. Poza tym, chociaż dysponowaliśmy jakimś funduszem reprezentacyjnym, to jednak, jako studenci, woleliśmy przyoszczędzić. Ile mógł kosztować wtedy nocleg w PTSM na przykład w Zagórzu Śląskim? Jakieś 5 złotych, jeśli dobrze pamiętam. No i mieliśmy ze sobą namiot. Przydał się od razu, pierwszego dnia, a raczej nocy, gdy okazało się, że nie ma żadnych miejsc noclegowych w czymś, co miało być schroniskiem przy zamku Chojnik. Rozbiliśmy się więc na dziko obozem na skraju przepaści gdzieś pod zamkiem.
Zdarzyło się, że po przejściu głównego pasma Karkonoszy, przemieściliśmy się pociągiem z Karpacza via Jelenia Góra w stronę Rudaw Janowickich. Gdy wysiedliśmy wieczorem na stacyjce Trzcińsko, miejscowy kolejarz, dróżnik, zawiadowca i kasjer w jednym, powiedział nam: „Gdzie będziecie szli? prześpijcie się u mnie na stacji!” Pośmialiśmy się trochę na te słowa, lecz jednak ruszyli w góry - do schroniska „Szwajcarka”. Parę dni potem, po dogłębnym przedeptaniu Rudaw, wylądowaliśmy w sympatycznym skądinąd mieście Kamienna Góra. I tu właśnie spotkało nas rozczarowanie w postaci braku śladów spodziewanej kwatery - mapa z lat 80. pokazywała istnienie przybytku PTSM. Nie było. Staliśmy na rynku, nie bardzo wiedząc, co dalej, a zmrok zapadał. Wtem dał się słyszeć sygnał pociągu. W te pędy rzuciliśmy się na dworzec (dziś nie byłoby to możliwe. To znaczy byłoby, ale bez spodziewanego rezultatu - na tej linii dawno już nie widziano osobowego składu). W ostatniej chwili udało się złapać ostatni pociąg w stronę świata, tj. na północ. Na węzłowej (wówczas jeszcze) stacji Marciszów dokonaliśmy ablucji pod kranem, po czym wsiedliśmy w pociąg na Jelenią Górę...
Na stacyjce Trzcińsko kolejarza już nie było, miał fajrant. W izdebce poczekalni zestawiliśmy dwie ławy barykadując nimi jednocześnie drzwi wejściowe - aby uniknąć niepożądanego towarzystwa. I na takim łożu uderzyliśmy w kimono. Spało się świetnie, a to, że dzwonek na przejeździe kolejowym, uruchamiany przez każdy przejeżdżający skład (zwykle słyszy się ten dzwonek w trakcie podróży pociągiem, cichnący w oddali) budził nas co parę godzin, było nawet zabawne.
Rano natomiast zbudził nas kolejarz: „Więc jednak państwo skorzystali z noclegu u mnie. Poproszę o kubki”. Po czym przez okienko kasy biletowej wydał nam wrzątek do herbaty.
Skąd to wspomnienie nagłe? Ze skanera!
Post scriptum.
Zaniosło nas do Trzcińska dwa lata później, zimą. Stacja była, i kolejarz takoż. Potem znów trafiliśmy tam po czterech latach, czyli sześciu od pierwszego razu. Było już po reformach: ni kolejarza, ni stacji. To znaczy, budynek się ostał, ale... wiadomo, jak to od razu zaczyna wyglądać, gdy nie jest użytkowane. Choćby - jak w naszym przypadku - nie do końca zgodnie z przeznaczeniem.
Ekspert od kolejnictwa, wybitny K.T., wyjaśnił nam, że po rozbiciu PKP na spółki-córki-nibynóżki, trzeba by zatrudnić w miejsce jednego kolejarza (który, przypomnę, był zawiadowcą, kasjerem i dróżnikiem) - trzech.
A więc, oczywiste jest, że nie ma ani jednego. Nie ma kto nalewać wrzątku...
Etykiety:
góry,
Polska,
wspomnienia ze skanera
13 października 2014
Góry deszczowe
Cóż poradzić na to, że zamieniło się lato na miesiące z jesienią? Teraz termometr wskazuje 20 stopni w cieniu (a pod pachą nawet więcej), podczas gdy w sierpniu dały się odczuć deszcze i zawieruchy.
Dosłownie spłukały nas one z gór, w które wreszcie wybraliśmy się w wybrzmiałe już wakacje. Były to góry młodości, niewidziane od 16 lat. Chociaż które z polskich pasm nie jest górami młodości?
Jak to się mówi: nie można mieć wszystkiego naraz. Albo góry i deszcz, zimny jak leszcz, albo słońce i miasto, rozgrzane jak ciasto.
Przynajmniej w ten sposób tradycji nowej i świeckiej wypadów pagórowych jesiennych stało się zadość już latem. Ze zdjęcia nie zdjęto koloru.
Dosłownie spłukały nas one z gór, w które wreszcie wybraliśmy się w wybrzmiałe już wakacje. Były to góry młodości, niewidziane od 16 lat. Chociaż które z polskich pasm nie jest górami młodości?
Jak to się mówi: nie można mieć wszystkiego naraz. Albo góry i deszcz, zimny jak leszcz, albo słońce i miasto, rozgrzane jak ciasto.
Przynajmniej w ten sposób tradycji nowej i świeckiej wypadów pagórowych jesiennych stało się zadość już latem. Ze zdjęcia nie zdjęto koloru.
27 czerwca 2014
14 maja 2014
Parę pejzaży tatrzańskich
Pejzaże tatrzańskie to istny fotosamograj. Właściwie więc można by ich w ogóle nie robić, a zamieszczanie ich w blogu zakrawa na bezczelność. Cóż, człowiek w górach nie może się często powstrzymać przed wciskaniem migawki, nierzadko co krok. Zwłaszcza ten, co nie widział owych gór od piętnastu lat.
Po nocnym wejściu na Sarnią Skałę, następnego dnia, zdecydowaliśmy się na nieco tylko dłuższą wycieczkę już kilkakrotnie przebytą wcześniej trasą Kuźnice - Skupniów Upłaz - Czarny Staw Gąsienicowy - Dolina Jaworzynka - Kuźnice. 2x3,5h, z popasem w Murowańcu - w sam raz na październikowy dzień.
Giewont od tyłu, czyli spojrzenie za siebie.
Cel marszruty - Czarny Staw.
Na zadawane często pytanie, czy można kąpać się w tatrzańskim stawie w październiku, jest jedna odpowiedź: może tylko kaczka, bo to Park Narodowy.
Ale jednak ktoś się rzucił w odmęty w ślad za kaczką!
Droga powrotna, tak jak i pierwotna, obfitywała w rozmaite zjawiska meteorologiczne. Jak to w Tatrach. Tylko śnieg nie spadł tego dnia.
A to już sam spód Jaworzynki...
Do zobaczenia, góry.
Po nocnym wejściu na Sarnią Skałę, następnego dnia, zdecydowaliśmy się na nieco tylko dłuższą wycieczkę już kilkakrotnie przebytą wcześniej trasą Kuźnice - Skupniów Upłaz - Czarny Staw Gąsienicowy - Dolina Jaworzynka - Kuźnice. 2x3,5h, z popasem w Murowańcu - w sam raz na październikowy dzień.
Giewont od tyłu, czyli spojrzenie za siebie.
Widok ku Zawratowi, czyli spojrzenie przed siebie.
Cel marszruty - Czarny Staw.
Na zadawane często pytanie, czy można kąpać się w tatrzańskim stawie w październiku, jest jedna odpowiedź: może tylko kaczka, bo to Park Narodowy.
Ale jednak ktoś się rzucił w odmęty w ślad za kaczką!
Droga powrotna, tak jak i pierwotna, obfitywała w rozmaite zjawiska meteorologiczne. Jak to w Tatrach. Tylko śnieg nie spadł tego dnia.
A to już sam spód Jaworzynki...
Do zobaczenia, góry.
Etykiety:
góry
Subskrybuj:
Posty (Atom)































