Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seks. Pokaż wszystkie posty

19 kwietnia 2017

Seks maszyny

Blogare necesse est. Gdyby ktoś nie wiedział.
Zwykłem w Wielką Sobotę wykładać nagrobek renesansowy z puli. Tym razem się nie udało. Nie to, żeby pula była pusta, przeciwnie: nagrobków jeszcze trochę jest. Czas stosowny jednak przemknął niepostrzeżenie. Nagrobek musi więc cierpliwie poczekać. Zresztą dużo ostatnio zabytków tu się panoszy.

Tym razem wjeżdżają w pole spojrzenia zabytki innego sortu - ale jednak zabytki.
Zapraszam w krainę lśniących czerwonych knypli, nabrzmiałych maźnic, zapachu starego tłuszczu...
Spójrz:

31 marca 2016

Drętwa mątwa idzie po Ciebie


Już pewnie jest pod Twoim domem. Obserwuje Cię.





10 stycznia 2016

24 maja 2014

Zofiówka

Pozostając formalnie, legalnie w Humaniu, przejdźmy kilkaset metrów od związanych z miastem spraw tragicznych do motywów przyjemniejszych, choć też niepozbawionych dramatyzmu. Kilkaset bowiem metrów od centrum rozciąga się słynny park „Zofiówka”, obecnie nacjonalnyj dendropark „Sofijiwka” (gwoli ścisłości - przystanek drugi drugiego dnia trzeciego etapu wycieczki ukraińskiej).


Został on założony i nazwany na cześć trzeciej żony notorycznego Stanisława Szczęsnego (nomen wyjątkowo non omen) Potockiego, dla której był drugim (powiedzmy) mężem.

I tu mam zagwozdkę natury moralnej. Czy streszczać pokrótce karierę Zofii pseudo-Glavani łże-de Celice primo voto „de” Witt, secundo voto Potockiej, znanej pierwotnie jako Dudu? Czy po prostu odesłać Szanownego Czytelnika niniejszego wpisu prosto do wyśmienitego opracowania biograficznego autorstwa Jerzego Łojka - „Dzieje pięknej Bitynki”?


Skąd się wzięła Greczynka Dudu?
Jak trafiła do Kamieńca Podolskiego?
Jak wysoko zaszedł jej pierwszy „mecenas”?
Kim byli kolejni (w tym dwaj legalni mężowie)?
Wszystkiego dowiedzieć się można z „Dziejów”. Gorąco polecam, jeśli ktoś nie zna!
Streszczać więc nie będę. Książkę (po ukraińsku) można nabyć nawet na straganie u wejścia do Zofiówki. Zresztą - cytat z tego dzieła już tu zamieszczałem...

Powiem też, że książka ta - oraz kilka jej podobnych - powinny być obowiązkową lekturą w programie nauczania historii w szkole średniej. Zamiast „przerabiania” nudów, które w szkole się serwuje. Gdy pomyślę, że musiałem - bo tak sobie wymyślił nauczyciel - czytać w liceum jakąś historię gospodarczą średniowiecza, zasypiając pod koniec każdej strony... Ech.


Materialnym świadectwem szalonego uczucia ukrainnego magnata-targowiczanina jest ów krajobrazowy park pod Humaniem. Inspiracją do jego stworzenia była wizyta (już) hrabiny Zofii Wittowej w Radziwiłłowskiej Arkadii pod Łowiczem. Rozmachem to założenie miało przewyższyć sentymentalno-oświeceniowe parki polskie, i pewnie mu się to udało.


Dziś jednak wdzięk Zofiówki wydaje się nieco przybladły. Nic jednak dziwnego - w ciągu z górą 200 lat jego istnienia, 70 przypada na czasy ZSRR... Lecz i tak wiele dotrwało do naszych czasów. Na przykład: w sentymentalnej grocie-świątyni dumania zachowały się podkreślające nastrój inskrypcje na tablicach - po polsku.


Dawniej miejsce to robiło z pewnością większe wrażenie - np. panegiryk Zofiówce kropnął stary pieczeniarz, Stanisław Trembecki (za co zresztą otrzymał dożywotnią rezydencję w siedzibie Szczęsnego w Tulczynie). Park zaprojektowany przez gdańskiego oficera-inżyniera Ludwika Metzla (notabene nieślubnego potomka generała Alojzego Brühla, syna ministra Augusta III, w czym zresztą nic dziwnego, przecie mówimy o XVIII wieku!) budowano w latach 1786 - 1805. Sprowadzono z różnych miejsc Europy, rzeźby, urządzenia techniczne etc., okazy drzew i roślin zaś nawet i spoza niej. Zbudowano pawilony parkowe, groty, strumienie, kaskady... Zdolny Metzel zaprojektował dwudziestometrowej wysokości wodotrysk pośrodku stawu.


I tu dochodzimy do interesującego zawirowania dziejowego. Jak pisze historyk, Zofiówkę wznosili  „tysiącami spędzani pod Humań pańszczyźniani chłopi” (chociaż inne źródło twierdzi, że Szczęsny wcześniej oczynszował chłopów w swoich włościach, likwidując tym samym pańszczyznę, być może więc spędzano chłopów oczynszowanych, niepańszczyźnianych, tak czy siak). A skoro tak, to wśród owych tysięcy musieli się znaleźć i uczestnicy (czynni) rzezi humańskiej - wszak wielu z nich było z pewnością młodszymi wówczas niż Dziad z „Wesela” w „Weselu”...

Jak to więc różnie w życiu bywa! - że tak pozwolę sobie wysnuć z powyższego wnioskowania taką niegłęboką refleksję.
Raz rzezasz ludzi, raz budujesz park dla konstantynopolskiej ladacznicy* i jej męża magnata.


*) Nie śmiem oceniać, czy krytykować życiorysu Zofii Wittowej-Potockiej. W owych czasach nie istniała inna droga kariery dla ludzi jej płci i stanu społecznego. Należy raczej podziwiać jej zaradność i inteligencję (niewątpliwą - bez niej nie wskórałaby wiele w ówczesnych salonach samymi walorami alkowianymi). A że lubiła chłopów - wolno jej. Może tylko romans z pasierbem to już była przesada.


W papierach po tulczyńskim poecie-rezydencie znaleziono zapisek, iż

Gdybyż to wiedział pan na Tulczynie,
że żona zdradza go z własnym synem...
Bo - nawet na tle epoki -
r o z k ł a d  był to zbyt szeroki,
poprzestać mogła na Potemkinie...






7 lipca 2013

Warszawa od tyłu

Trzy lata temu (czy wspominałem coś ostatnio na temat właściwości czasu?) na "Warszawskich zagadkach" opublikowałem wieloczęściową zgadywankę ukazującą wdzięki Warszawy od szczególnej strony.
Wyglądała tak:


Poradzono sobie z nią zaskakująco szybko! Dziś w ramach sentymentalnych wspomnień, odgrzebałem owe kadry ukazujące zagadkowe zagadnienie w szerszym ujęciu. Tylko ostatni - Siłacz - gdzieś mi się zapodział.










30 września 2012

7 sierpnia 2012

Kobiety i zmywak

Mieszkałem dotychczas z siedmioma kobietami. Uwaga! Nie piszę "żyłem", a "mieszkałem". To istotna różnica. Nie jestem bowiem jakimś erotomanem-opowiadaczem.
Z tych siedmiu kobiet odliczam matkę i siostrę. Bo nie pamiętam, byłem młodszy i nie zwracałem uwagi na takie imponderabilia. 
Z tych pozostałych pięciu kobiet chyba wszystkie upierały się zmywać naczynia zmywakiem gąbkowym, a nie, jak przystało na człowieka honoru, szczotką zlewozmyjkową. Dobrze. Ich sprawa. Chociaż ciekawe, jak myją długie szklanki. Niestety - na samym użyciu zmywaka nie koniec. Po zmywaniu bowiem, gąbka zostaje porzucona nasączona wodą pomieszaną ze zmywaliną, nierzadko na dnie zlewu. I tu już zaczyna się poważny problem. Po nocy spędzonej w takim położeniu zmywaczek zaczyna niemiłosiernie klepać. I tu nie pomoże, że ja się go nie tykam, bo kolejne naczynia zostaną nim zmyte i obdarzone charyzmatem smrodu.
Obecność zmywarki obok zlewozmywaka nie zmienia zagadnienia, gdyż wszak nie wszystko da się w niej zmyć! Zresztą, i po różnych obcych domach da się zauważyć występowanie syndromu niewypłukanego i niewyżętego zmywaka gąbczastego.

Dlaczego piszę niesprawiedliwie, że tak postępują kobiety? Bo takie jest moje życiowe doświadczenie. Nie mieszkałem dotąd z żadnym mężczyzną (ojca - analogicznie w tym zestawieniu pomijam). A gdyby tak było i facet ów także postępowałby w ten sposób ze zmywakiem, nie miałbym wyjścia. Musiałbym rozerwać go na strzępy.



Całkiem niedawno przeżyłem szok dużo większy, grubszego kalibru, że tak powiem. Zauważyłem bowiem, że inna jeszcze pani, kobieta w poważnym wieku, matka dzieciom, po zmywaniu... ustawiła szklanki do góry dnem na płaskiej powierzchni! "Moje zaskoczenie dzieliła ze mną cała Europa".
Czasem zdarzało mi się dotąd natknąć na tak ustawione naczynia, ale nigdy nikogo jeszcze na tym nie przyłapałem. I mogłem podejrzewać tylko Ciemną Stronę Mocy, że sama przestawia je w ten sposób pod nieobecność właścicieli i użytkowników. A tu proszę - jednak! Wygląda na to, że robią to ludzie, nie demony!
Lecz czarne, czarne muszą być ich serca...







12 czerwca 2012

Sociétés d'amour

Wśród ówczesnych miast europejskich obok Paryża, Londynu i Berlina właśnie Moskwa i Petersburg przodowały pod względem liczby i rozmachu działalności rozmaitych półtajnych towarzystw „zakonów” i „akademii” erotycznych, do których należeli przedstawiciele warstw uprzywilejowanych obojga płci. Istnienie w XVIII wieku tego rodzaju towarzystw rozrywkowych należy do najmniej znanych elementów ówczesnej obyczajowości, a przecież instytucji tego rodzaju były w całej Europie dosłownie setki. Pojawiły się one we Francji już w końcu XVII wieku, działały bez przeszkód do wybuchu Wielkiej Rewolucji; naśladownictwo i moda przyczyniły się do utworzenia podobnych związków w wielu innych krajach, również i w Rosji, gdzie funkcjonowały one jeszcze w pierwszych latach wieku XIX. Najważniejszym celem rozmaitych sociétés d'amour było teoretyczne i praktyczne zarazem badanie erotyzmu we wszystkich jego przejawach. Zgodnie z duchem epoki praktyki tego rodzaju ubierano często w formę doświadczeń i obserwacji quasi-naukowych, a swawolna gromada libertynów z udaną powagą narzucała sobie zazwyczaj statut i regulamin swojego rodzaju towarzystwa naukowego czy akademii literackiej, której członkowie podejmowali wyrafinowane eksperymenty seksualne, aby wyniki swoich obserwacji przedstawić współtowarzyszom w formie żartobliwych wykładów. Otaczająca te praktyki tajemnica i poufne zebrania z wyszukanym rytuałem (w drugiej połowie XVIII wieku tego rodzaju zabawy prowadzono na przykład w ramach wolnomularskich lóż kobiecych, tak zwanej maçonnerie d’adoption) drażniły przyjemnie stępiałe nerwy libertynów obojga płci. Poziom tych zabaw zależał oczywiście od kultury ich uczestników; trudno się jednak dziwić, że w większości wypadków sociétés d'amour ewoluowały w kierunku wyrafinowanych klubów rozpusty, gdzie praktykowano promiskuityzm erotyczny w ogóle bez usprawiedliwiania swoich zainteresowań pozorami intencji badawczych.
Źródła do historii wszelkiego rodzaju XVIII-wiecznych sociétés d'amour zostały w następnym stuleciu w większości zniszczone, badania nad tym ciekawym zjawiskiem obyczajowym są więc dzisiaj bardzo trudne.


Dzieło popularnohistoryczne, z którego pochodzi cytat - stanowiący jedno z wprowadzeń w tło epoki mojego ulubionego XVIII stulecia - powróci wkrótce również w dziale "postacie".





28 stycznia 2012

9 stycznia 2012

Limeryk warszawski zletka odwrócony i poprzestawiany


Raz, gdy przodownik spotkał przodownicę,
nabrał ochoty zobaczyć jej nogę.
"Jeżely mogie,
serce me drogie,
zapraszam panią dziś do mnie, na Przyce."


19 listopada 2011

Samokrytyka

Jakże łatwo jest wrzucić na blog (do blogu, a raczej: w blog) zdjęcie albo dwa i dać lakoniczny podpis lub komentarz. A przecie nie tylko tak miało to wyglądać. Gdzie ambicje pisywania na różne tematy, o których świadczą zaniedbane tagi z listy? Gdzież refleksje na tematy historyczne (postacie, Żydzi) i literackie (przeczytane)? Gdzież relacje emocji związanych ze zmysłowo-duchowym odbiorem wyżyn geniuszu i natchnienia (?!) - wzrokiem (sztuka) i słuchem (muzyka)? Gdzie wreszcie to, co interesuje wszystkich najbardziej, ale nie każdy się publicznie przyzna (seks)?

Nigdzie. Po pierwsze, chociaż chwalono mnie ongiś za „lekkie pióro”, to na nic wszak ten komplement w dobie pisania za pomocą klawiatury. Po drugie, adresaci moich zamierzonych wypisów zwieszają głowy i patrzą w ziemię, pytani, czy czytali tu coś. Po trzecie, niestety obawiam się, że mam od jakiegoś czasu wielką dziurę w głowie, przez którą wyciekają resztki dawnego dowcipu i intelektu. Być może nazywa się to lenistwo, i do blogowania, jak do każdej innej dziedziny rzeczywistości da się zastosować prawo Kopernika.
(Notabene, kiedyś udało mi się wzbogacić i uaktualnić owo prawo, które formułuje się zwykle w brzmieniu „gorszy pieniądz wypiera lepszy”, o słowa „z kieszeni”).

Lecz nie wszystko jeszcze stracone. Zamierzam się poprawić. I zacznę od zaraz. Czymś, co załatwi parę tagów naraz! Na przykład starym żydowskim kawałem:

Mąż szykuje się wieczorem do wyjścia. Żona pyta go
- Dokąd się wybierasz?
- Idę na otwarcie wystawy malarstwa.
- To dlaczego mnie nie weźmiesz z sobą?
- Och, bo ty się na niczym nie znasz. Przyniosłabyś mi wstyd. Jeszcze byś wzięła Matejkę za Picassa…
- Ależ mój drogi! Nawet gdy jesteśmy sami, nigdy cię nie biorę za pikassa, a co dopiero obcego mężczyznę przy ludziach!...


fuck yeah, Konefke





30 lipca 2011

Bibliothèque nationale de France, Passerelle Simone-de-Beauvoir, Parc de Bercy

Biblioteka Narodowa w tzw. Site de Tolbiac (lub Site François-Mitterrand) nie jest najnowszą realizacją architektoniczna świata, bo stukło jej właśnie 15 lat. Jednocześnie oznacza to, że sam projekt ma ich pewnie ze 20.
Tak jak do naszej Biblioteki Narodowej można dojechać np. 17-stką, tak do tej, usytuowanej w południowym rejonie paryskiego lewego brzegu, można dojechać 14-stką, z tym, że jest to w pełni zautomatyzowana tzn. bezmaszynistowa linia metra.
I tak jak do naszej Biblioteki Narodowej można dojść przez Pole Mokotowskie, tak do tej można też oczywiście dojść, np. od strony Sekwany. Widzi się wtedy przy nadrzecznym bulwarze przestrzeń wypiętrzającą się w formie szerokich drewnianych schodów, czy też, mówiąc fachowo, krepidomy.



Na szczycie znajduje się również wyłożony drewnem płaskowyż, a nad nim górują cztery przeszklone wieże. Ustawione w wierzchołkach wydłużonego prostokąta podkreślają jego kształt swoim węgielnicowym zarysem.
Ponoć ich wygląd zainspirowała forma otwartej książki. Jeśli rzeczywiście, to trzeba powiedzieć, że dość tandetna to zagrywka. Tak jak każda dosłowna transpozycja funkcji architektonicznej, czyli przeznaczenia budowli w jej formę.
Ponadto, chodzą słuchy, że w wieżach umieszczone są magazyny książek, którym to szkodzi. To znaczy, książkom szkodzi ekspozycja na światło słoneczne, stąd konieczność zasłaniania przeszkleń. Więc po co te przeszklenia? I jak w ogóle tak surowa, miesvanderrohańska forma ma zachwycać, jak nie zachwyca?
Wszystko jednak można twórcom kompleksu - z Dominikiem Perrault na czele - puścić w niepamięć, gdy wkroczy się pomiędzy wieże.



Tu bowiem kryje się (niemal dosłownie) naczelny bajer kompleksu. Przestrzeń pośrodku prostokątnego plateau zagłębia się ponownie, by zawrzeć w sobie... sosnowy lasek. Wokół niego, a pod nogami zaglądających z góry, na kilku kondygnacjach mieszczą się czytelnie odizolowane tym pogrążonym borem od zgiełku miasta. Efekt, jaki robi ten nieoczekiwany widok, pozwala zapomnieć o ordynarnej formie neomodernistycznych kloców nad głową.

Kompleks biblioteczny można porzucić wycofując się na drugi brzeg Sekwany dizajnerską kładką imienia Simone de Beauvoir.
Ta realizacja jest nieco nowsza, bo sprzed lat zaledwie pięciu. Autorzy z w pracowni Dietmar Feichtinger Architectes dość umiejętnie połączyli ją i funkcjonalnie, i stylistycznie z biblioteką, tak że obiekty tworzą razem zgrabną całość. Rozfalowanie pieszego mostu, nie dość, że atrakcyjne wizualnie, to jeszcze płynnie łączy różne poziomy - wybrzeży Sekwany i wyższych obiektów po obu jej stronach.



Po drugiej stronie Sekwany, kładka sprowadza nas na schody z kaskadą wiodące do nowego parku im. Icchaka Rabina... WTEM!



Tu jest Francja, i tu się pije.

***
PS Skoro już jesteśmy we Francji, pozwalam sobie dodać dziś sklecony limeryk w stylu prezentowanego uprzednio cyklu, czyli oczywiście spod znaku Erosa i Aresa.

Od dziewczyny, przed bitwą pod Falaise,
Polak jeden coś słyszał jak "moi-baise".
Więc niech każdy dziś wie to,
że nasz żołnierz ten przeto
walczyć zdążył nie w spodniach tam, a bez.

Coż, byłem ciekaw, czy uda się zrymować coś o polskich przewagach spod Falaise.

24 lipca 2011

17 lat


...and still crazy after all these years.

22 lipca 2011

Przygody polskich żołnierzy na frontach II Wojny Światowej

Wiem, wiem, wysyłałem już poniższy cykl w przestrzeń Siaty. Ale, jako że ostatnio kolega J. wspomniał go sympatycznymi słowy, postanowiłem umieścić go i tu, na blogu. Zresztą, "skąd wziąć dziś nowy tekst?".
Pierwsze limeryki dosłownie spłynęły mi z pióra w pewien samotny wieczór na mostku kapitańskim.
A ponieważ lubi się komplety o okrągłej liczbie, dopełniłem cykl do okrągłej dziesiątki. Niestety, chyba dlatego, ostatnie z nich wydają się napisane troszeczkę na siłę.
Zatem - znów dla ćwiczenia w samoograniczeniu - publikuję okrągłą szóstkę spośród dziesięciu.
Przypomnę żelazne zasady gatunku: rymy AABBA, specyficzna metryka, nazwa geograficzna kończąca pierwszy wers, obscena.


Polskie wojsko we Coëtquidanie
udawało się społem na panie.
Tylko jeden generał
siedział smutny i wzbierał
żal w nim, że mu nigdy nie stanie.

Podhalańczyk nad fiordem w Narviku
pań zaliczył po prostu bez liku.
Choć był chudy i mały,
wszystkie mu się oddały,
że aż w biodrach nabawił się tiku.

Polskie wojsko w uzbeckim Taszkiencie
miało tak niesłychane wręcz wzięcie,
że gdy każdy tam wojak
prężył oręż, to „sto lat”
mu śpiewano i robiono zdjęcie.

Polski żołnierz zaraz po Lenino
z krasawicą se mężnie poczynał.
Choć o czynach Stalina
wciąż jęczała dziewczyna,
kiedy Janek-bohater ją dymał.

Polski żołnierz brał raz w Edynburgu
sekretarkę burmistrza na biurku.
Ona, w szczycie ekstazy,
miejską pieczęć dwa razy
mu odbiła - na zadku i siurku.

Gdy generał nasz Maczek wziął Bredę,
każdy żołnierz też wziął coś dla siebie:
ten blondynę, ten rudą,
tamten szczupłą, ten grubą...
Wyzwolone były, i w siódmym niebie.

8 lipca 2011

Wieczór z naturą

Zgodnie z obietnicą daną K.A., miało być na blogu o seksie. Więc dzisiaj będzie. Ale na razie delikatnie, po co od razu z grubej rury (!).

Otóż, działo się to w ostatnim roku komuny, czy, jak kto woli, Pe Er Ela. Ogólnie - nędza i jakaś ogólna, że tak powiem, tandeta rzeczywistości (pamiętam, że trudno było upolować ser, żółty ser). Z drugiej strony jednak - następowała jednak pozorna. czy prawdziwa liberalizacja systemu. Kruszył się on i sypał, to się czuło. Że ludzie byli nim zmęczeni, to też się czuło. Ciągle słychać było narzekania na "ten kraj". Były strajki i takie tam. Milicjanci stanowili obiekt drwin i parodiowania - z bezpiecznej odległości, oczywiście. Mawiało się na nich "Smerfy". Krzyknąć za milicjantem "cześć, Smerfie!" to był wtedy nasz heroizm antysystemowy. Gorbaczow jeździł po Polsce, i też był takim obiektem.
A na tym murszejącym socjalizmie, niczym mchy i porosty na betonie, zaczęły wyrastać różne a liczne prywatne biznesy, przedsięwzięcia i inicjatywy. A to salon gier, a to grill-bar, a to budka z zapiekankami... Protokapitalizm, którego wcześniej nie było. "Drugi etap reformy".
Jednym słowem - czuło się, że to się wkrótce skończy. Nikt jeszcze nie wiedział co prawda jak, a niektórzy mówili: "tu się krew poleje...!", ale, ostatecznie, skończyło się nie tak źle.

Lecz znów zagalopowałem się w dygresje, a tu przecież miało być o seksie, erotyce!
Dość już więc wprowadzenia w tzw. tło historyczno-obyczajowe.
Spędzałem wtedy część wakacji na obozie fotograficznym, wędrującym po różnych miejscach Wielkopolski.
Byliśmy młodzi, bardzo młodzi, i, a raczej: więc - co tu ukrywać - napaleni. Raz na przykład, gdy przypadkowo zostaliśmy we trzech sami w pomieszczeniu jakiejś redakcji, kolega szybko przekartkował leżący tam numer pisma "Literatura". Czy szukał nowin literackich? Nie. On szukał gołych bab wśród ilustracji.
A raz ktoś przyszedł z wiadomością, że na rynku prasowym w Polsce ma pojawić się pismo w całości poświęcone interesującej nas problematyce, i - co potwierdzało wiarygodność informacji - że ma się nazywać... "Wieczór z naturą"!
Postanowiliśmy działać. Od razu udaliśmy się - było to w Mosinie - niewielką grupką do pobliskiego kiosku. Najodważniejszy z nas pochylił się do okienka i zagadnął kioskarza:
- Przepraszam, czy jest "Wieczór z naturą"?
Na co dało się słyszeć gromkie:
- JA WAM DAM "WIECZÓR Z NATURĄ"!!!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...