30 maja 2017

Tenore del passo e mezo

30 maja.
Co lepszego można sobie wyobrazić? Byle polska wieś spokojna...

Dlaczego więc nie przypassoemezzić sobie jeszcze co nieco? Tym razem w odsłonie klawesynowej, co będzie częścią cyklu "efektowne dzieła muzyki piórkiem szarpanej". Oto nadjeżdża "Tenore del passo e mezo" autorstwa Antoniego Valentego. Gra (na płycie 150 anni di musica italiana. Da Valente a Scarlatti) Rinaldo Alessandrini. Kiedyś często słuchane, potem zapomniane. Teraz - przypomniane.


To muzyka szesnastowieczna, a więc przedbarokowa, renesansowa. Można wyobrazić ją sobie graną na pomortach, bombardach, szałamajach do posuwistego tańca dworskim figurkom wystrojonym w swoje frajerskie, renesansowe szaty...

Niemniej - jak głosi książeczka od płyty - zbiór autorstwa Valentego, z którego pochodzi "Tenore..." jest jedną z pierwszych publikacji muzyki ściśle przeznaczonej na instrument klawiszowy. Faktycznie, odbywają się tu znów kolejne wariacje na za(po)dany temat. Tenore bowiem - tenor - to głos wiodący danego utworu, w uproszczeniu: linia melodyczna. Dopiero potem zaczęto tak określać głos ludzki o określonej wysokości i barwie; a w końcu - faceta, który takim głosem beczy.

Płyta ma niezwykłą zaletę pozamuzyczna. Otóż nagrano ją w sali klasztoru Machern w BRD. I przez otwarte okno wpada śpiew ptaków słyszalny w pauzach między utworami. Urocze. Ale w końcu - 30 maja.





26 maja 2017

Passemezzo

Drogi pamiętniczku!

Rodzina życzliwie kiwa głową, znajomi bąkają coś uprzejmie, acz zdawkowo, a byty zasklepione w komputerze czasem wielkodusznie pokażą kciuczek w górę...
Nikt się jednak nie obchodzi tym więcej niż nakazuje etyka i dobre wychowanie.
Ale wiem, że gdzieś jest człowiek, co rozumie. I podziela. I pasjonuje.
Może się kiedyś odnajdzie?

Dlatego publikuję kolejny brylancik - największy z garści, którą zawiera płyta z muzyką Johanna Vierdancka Capricci, Canzoni & Sonatas w wykonaniu zespołu Parnassi Musici, zasadniczo także niemieckiego, z udziałem mieszanym (wyd. CPO, 2005).


Kim był Vierdanck? Komponistą z przyszłego byłego NRD, osiadłym i zakończonym w końcu w Stralsundzie (po słowiańsku: Strzałowie). Wcześniej za życia zetknął się i zazębił w Dreźnie z włoskim mistrzem skrzypczenia, Carlo Fariną, autorem m. in. długiego utworu o znamiennej nazwie Capriccio stravagante. Od Włocha pobrał Johann Vierdanck (po słowiańsku: Jan Czworodzięk) naukę i inspirację. Działo się to w połowie XVII wieku, wyłącznie pierwszej.

Czym było passemezzo (pass'è mezzo, passamezzo, passo e mezzo, "krok-i-pół"...)?
Archaicznym tańcem, średniowolnym, wpółdoszybkim. Wraz z innymi, podobnymi przypadkami, wyzwolił się on poniekąd ze służebnej roli tanecznej i zaczął żyć własnym, instrumentalnym życiem.

Czym jest to Passemezzo?
Nagromadzeniem, pod pozorem wariacji na temat, kolejnych zagęszczeń emocjonalnych. Przy tym wcale wirtuozowsko pobrzmiewających, zwłaszcza w nabrzmiałej od napięć piątej minucie swojego trwania. Nie powstydziłby się ich ksiądz Vivaldi, a nawet diabelski Tartini. Aczkolwiek gros dwuskrzypcowo dwugłosowego utworu oparte jest na dość prostym - a skutecznym - koncepcie "zewu i odzewu", czyli efekcie echa. Oraz na śmiganiu w tę i z powrotem na skali nutowej: schodami w górę, schodami w dół.

Czym jest życie? O tym wkrótce w Sadzie rzeczy.





23 maja 2017

Die Ostpreußische Fahrradtour

Są tacy dziarscy chłopcy, dla których sezon rowerowy kończy się 31 grudnia, a zaczyna 1 stycznia. I robią spokojnie po 200 kilometrów. Chociaż brzuchy mają przy tem wcale obfite...

Ja zaś lubię, gdy jest ciepło. Wobec tego, że wiosna, którą zdążyłem już tu zwyzywać, postanowiła się zrehabilitować i sypnęła żarem, kierowany impulsem wyskoczyłem w sobotni poranek na wycieczkę.

How about that?

Była to dla mnie właściwa inauguracja sezonu. Nie dość, że chłody nie zachęcały, to jeszcze do niedawna jedno(?)ślad miałem zdezelowany. Mianowicie, podczas wypadu w zeszłe wakacje, ruszywszy zbyt żwawo w drogę, linką do przypinania roweru obciąłem sobie hak na przerzutki... Uczynny kolega wraz z wydzwonionym właścicielem sklepu żelaznego w samym środku kraju szlifierką kątową odcieli stary łańcuch, i założyli nowy na sztywno. I tak nieco jeździłem skrzypiąc, dopiero u zarania wiosny dałem pojazd do rzetelnej naprawy.

No więc, teraz wyskoczyłem ad hoc i impromptu, ale jednak setkę kilo* wykręciłem - chociaż ja i mój rower, plus sakwa z butelką wody i aparatem ...ważymy setkę kilo**.


cdn.

*) metrów
**) gramów






13 maja 2017

Hora may che fora son

Witaj! Kim jesteś i co robisz na moim blogu?
Zresztą - nieważne. Proszę, proszę rozgość się, serdeczny. Pozwól, że się przedstawię: jestem jednym z ludzi, a w tym blogu pokazuję to, co mi się podoba. Zapraszam i Ciebie, żebyś popatrzył/a:


Dziś chciałem pokazać coś, co mi się podoba z rzeczy do posłuchania. Wśród wielu płyt i natłoku kompozycji, czasem wyłowi się uchem taką, która szczególnie uderza swym walorem i zafrapowuje znienacka. Tak było i z utworem anonimowego twórcy zamieszczonym na płycie Musica del XV secolo in Italia, czyli Piętnastowieczna muzyka we Włoszech, zespołu Ars Italica. Po kilku przesłuchaniach, okazało się, że ta właśnie piosenka zapada w jaźn najgłębiej - tak za sprawą melodii, aranżacji, jak i pięknego głosu nieznanej mi skądinąd bliżej Glorii Moretti. Na marginesie zwrócę uwagę, że wiek XV to jeszcze czas przed wynalezieniem operowego belcanta. A więc i pani Moretti - oraz inne głosy zespołu, jak i w ogóle tak „dawni” śpiewacy - śpiewa głosem tyle powabnym, co NORMALNYM, choć rzecz jasna mocnym i dźwięcznym.
Można? Można. Spróbuj, to tylko trzy minuty z Twojego bezcennego życia:


Co do aranżacji, to warto zauważyć, jak pięknie urozmaicona instrumentalnie jest prosta w końcu strukturka melodyczna tej kompozycji, jak jej kolejne okrążenia wzmacniane są zagęszczonym instrumentarium.

Półtora, bez mała, roku temu odsłoniłem tu siedem odsłon jednego muzycznego kawałka, ciaccony Antoniego Bertalego. Między innymi po to, by pokazać interesujące różnice w wykonastwie muzyki dawnej - tym większe, im muzyka dawniejsza. Teraz mogę powtórzyć ów zabieg w mniejszej skali. Zresztą, nie tyle o porównawstwo chodzi, co o pretekst do kolejnego posłuchania tego powabnego utworu. Tym razem w wykonaniu zespołu Micrologus, kierowanego m.in. przez śpiewającą - i dużo lepiej znaną - Patrizię Bovi.


W tym przypadku muzycy wpletli w warstwy wokalne odrobinę madrygałowej polifonijki. Szczególnie udane są partie instrumentów dętych. Chociaż po prawdzie, dotyczy to i tej pierwszej z wersji.

Parę słów o płytach: Musica del XV secolo in Italia wydała włoska wytwórnia Tactus. Ciekawa sprawa z tymi Włochami. Mają tyle muzyki, świetnych wykonawców (jak słychać i powyżej), porządne wytwórnie, a - gdy tam byłem - to prawie nie znalazłem sklepów płytowych! I mówię o czasach, gdy w ogóle takie zjawisko występowało w przyrodzie, dziś to szkoda gadać.

Napoli Aragonese to zaś zbiorek kompozycji związanych z okresem królowania iberyjskich władców w Neapolu i okolicach. (O opanowaniu ćwierci basenu Morza Śródziemnego przez unię aragońsko-katalońską interesująco [jak zwykle] pisze Norman Davies w „Zaginionych królestwach”). Wydany został przez zacną wytwórnię Opus111, założoną i kierowaną przez naszą rodaczkę, Yolantę Skurę. No ale jakieś 15 lat temu biznes przestał się opłacać, Opus połknęła związana z tzw. „majorsami” firma Naïve i label przestał działać.

Na otarcie łez więc, na koniec utworek zamykający Napoli Aragonese - „La vida de Colin”, najbardziej ludyczny i zarazem ludowy na płycie (śpiewy!):


Tym razem skorzystałem z gotowych na YT gotowców, chociaż wcześniej zmontowałem własne filmiki... Cześć!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...