Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty

25 sierpnia 2020

Kurwia - nowa nadzieja

Cóż, przyznaję, że tytuł wpisu to tak zwany w dzisiejszych czasach clickbait, czyli po naszemu - klikwabik.

Kurwia tytułowa już bowiem nie egzystuje. Była to przedwojenna, lokalna, mazurska nazwa wsi zwanej w wersji oficjalno-germańskiej Kurwien (właściwie nawet Wielka Kurwia, w odróżnieniu od Kurwi Małej, Klein Kurwien). Dziś miejscowość funkcjonuje pod nie budzącą zgorszenia bądź niezdrowej ekscytacji nazwą Karwica. Jest więc Karwica Duża, Mała, przysiółek Kolonia i wreszcie, co jest właściwym przedmiotem wpisu, leśna osada stacyjna: Karwica Mazurska.


Niejedyna to nawiasem mówiąc taka zmiana o znamionach lekkiej cenzury obyczajowej - w tejże okolicy można znaleźć dawne Pupy (Puppen), obecne Spychowo (że niby Jurandowe?).

U zarania lata, planując sobie palcem po mapie jakieś ewentualne welorajzy, rozpatrywałem możliwości wyskoku kolejowo-rowerowego w tamte właśnie rejony. Po przestudiowaniu połączeń przekonałem się atoli, że trudno byłoby dojechać tam z Warszawy i wrócić, i jeszcze pomiędzy uskuteczniając jakąś sensowną trasę tego samego dnia. Co więcej! Lustrując rozkład linii Olsztyn - Ełk via Pisz, miałem zupełnie jak ów pan Hilary: "...nie chce wierzyć. Znowu zerka..."
Nie byłem w stanie zlokalizować między wspomnianym Spychowem a Rucianem-Nidą stacji Karwica Mazurska!

Ejże, myślę sobie, może niektóre pociągi są jakoś przyspieszone, że na niej akurat nie stają? Ale nie - w żadnym rozkładzie nie figuruje. Sięgam więc do źródeł (wiedzy), czyli internetu. A tam - owszem, ruch pociągów Olsztyn - Ełk (via Pisz) po okresie niebytu przywrócono, owszem, wyremontowano dwa lata temu całą linię, owszem powstała nowa stacja Pisz Wschodni, owszem, wskutek konsultacji społecznych (sic!) przesunięto przystanek Szeroki Bór o prawie dwa kilometry na wschód, ale... Przy okazji zlikwidowano stację Karwica Mazurska, zlikwidowano na amen!

Poczułem jakby ktoś mi w pysk dał (ale chybił). Taka fajna stacja! Przyznam - z ręką w nocniku - nigdy osobiście z niej nie korzystałem, ale kilkakroć mijałem: i w pociągu (na linii kolejowej), i samochodem (leśną szosą, która tory przecina), a nawet i pieszo (j.w.). Stacja poniekąd legendarna.


Cóż takiego w niej wyjątkowego? No, po pierwsze - lokalizacja: pośród pięknych borów Puszczy Piskiej. Nie licząc dwóch (słownie: dwóch) domów znajdujących się w Karwicy Mazurskiej (jeden po jednej, drugi po drugiej stronie toru) oraz nie licząc nielicznych okolicznych leśniczówek, w promieniu ładnych kilku kilometrów nie ma - poza lasem - NIC! (vide mapka). Jest to (była) jedna z najbardziej bezludnych stacji kolejowych w Lechistanie. Jednocześnie jest to (była) najbliższa stacja takich miejscowych kurortów jak Zgon, Krutyń, Krutyński Piecek, Karwia, Krzyże, last but not least - leśniczówka Pranie.



Stąd się wyłania owa legendarność. Idę o zakład, że wywczasujący się w Praniu mistrz Konstanty Ildefons wsiadał lub wysiadał, albo jedno i drugie, na stacji Karwica Mazurska. Może przywożono go z Rucianego, ale z pewnością musieli korzystać z niej wyznawcy Gałczyńskiego - środowisko warszawskiego STSu: Ziemowit Fedecki, Jarosław Abramow-Newerly, Agnieszka Osiecka, Olga Lipińska, itp. - w ślady poety zasiedlający wakacyjnie wspomniane wioski. Są na to dowody na piśmie.

Andrzej Drawicz, na przykład, pomieszkiwał w Zgonie, pisał artykuły i nosił je na malutką pocztę-agencję, która w Karwicy Mazurskiej istniała - niechybnie w jednym z dwóch domów. W Zgonie notabene osiedlił się był także piewca ojczystego kajakarstwa, ojciec ww. Jarosława - Igor Newerly.

A inny Andrzej - Jarecki - popełnił nawet piosenkę z naszą stacją w tytule!



OK, najwyższe loty - na miarę choćby dzieł z Piwnicy pod Baranami - to nie są, poezja takoż, no ale piosenka ma swoje - łagodniejsze - prawa. Warto jednak odnotować wers "pociąg mknie za pociągiem"...
I jeszcze - wypis z Osieckiej (też z góry przepraszam, jest jaki jest), o Mazurach: To tam przyjeżdżaliśmy z pierwszymi dziewczynami i chłopcami, i tam, obok chichoczącej w duchu szyszki, obok oniemiałej sowy, obok zdumionej sarny szeptaliśmy swoje pierwsze "nigdy" i "zawsze", i tam przysięgaliśmy, że do końca życia będziemy wierni zagubionej w puszczy stacji Karwicy.

I ja tam jeździłem! Chociaż nie jestem pisarzem ni poetą, ni nawet tekściarzem, to i miałem swoją wakacyjną krainę - krainę dzieciństwa. A ciekawy to rejon! Może jeszcze będzie wypadało nadmienić o nim co nieco ze swojego i cudzego doświadczenia, tudzież wielkiej (tym razem) światowej literatury, co do której nie wiedziałem, że się rozgrywała po drugiej stronie Jeziora...

Na razie ad rem:


Żeby więc naocznie obadać sprawę znikniętej stacji, korzystając z wakacji i ogólnego zamieszkania, udało nam się przeprowadzić wizję lokalną.


Rzeczywiście - w czasie naszej dwukrotnej wizyty w Karwicy M. dwukrotnie pojawił się z otchłani szynobus, czy raczej SZT (spalinowy zespół trakcyjny), pojazd numer większy od szynobusu i - nie zatrzymał się! Dwukrotnie!

nie zatrzymał się

też się nie zatrzymał, nie miał gdzie

Jako się rzekło - stacja znajduje się pośrodku niczego (niczego sobie lasu) i prawdopodobnie ekonomiczny rachunek prawdopodobieństwa zdecydował o likwidacji przystanku, choć legendarnego, cbdu.

Mimo lata i środka wakacji nastrój mi w związku z tym faktem częściowo - skisł.

Skąd więc tytułowa - poza tytułową Kurwią - "nowa nadzieja"? A otóż i zagadało się do dziewczynki zamieszkującej jeden z (dwóch) domów Karwicy Mazurskiej. Nie omieszkałem nadmienić o moim przygnębieniu z powodu braku dawnej stacji. "Ale mają odbudowywać" - odparło na to dziewczę.

Naprawdę? W pieleszach domowych znów sięgnąłem po internet. I rzeczywiście! Ponoć istnieje nowy (przedwyborczy??) program rządowy "200 przystanków". Wśród stacyjek przeznaczonych do zbudowania od zera, odtworzenia lub remontu figuruje także Karwica Mazurska!
Nasuwa się co prawda pytanie, po co było pochopnie likwidować w pierwszej kolejności, no ale lepsze skasowanie i odtworzenie niż sama likwidacja, czyż nie.

Pozostaje więc kibicować realizacji rządowego programu, i przyglądać się, czy to wszystko prawda, a nie - na przykład - czcze mrzonki.





11 sierpnia 2020

Świnka, w morde



Na przykład - książę Zajączek herbu Świnka, urodzony w Kamieńcu Podolskim, barzanin, jakobin o samemu sobie nadanym demokratycznym nazwisku Arbuz, obrońca Pragi, właściciel folwarków Fajum i Aleksandria (pamiątka wojowania w Egipcie), beznogi inwalida znad Berezyny, namiestnik króla-cara...  (vide "Generał Arbuz", Marian Brandys).

A Ty? Jakiego jesteś herbu?





27 września 2018

Pamięci Alojzego Towpika

Czy znacie Alojzego? Czy znany wam Alojzy? Alojzy?

Pewnie nie. Pewnie mało kto uświadamia sobie tę postać. A może szkoda? Może trzeba by ją jakoś upamiętnić?

Ludzie, a nierzadko i blogerzy, przypominają sobie o powstaniu warszawskim okolicznościowo, gdy wybije data pierwszego sierpnia. Potem, jakby, zapominają, co zresztą jest całkiem naturalne. Trudno pamiętać o tym cały czas, chociaż ja akurat prawie tak mam. O – a dziś właśnie – rocznica upadku Mokotowa…

A skoro Mokotów, to i m.in. Alojzy Towpik.

Oto 1 sierpnia 1944 przed godziną „W” następuje koncentracja oddziałów operującego na Mokotowie pułku Baszta, jeden z plutonów gromadzi się w byłej willi prezydenta Starzyńskiego na rogu al. Niepodległości i Szustra (dziś Dąbrowskiego). Rozdysponowana zostaje broń: dwa pistolety maszynowe, osiem karabinów, czterdzieści pistoletów na bez mała setkę ludzi. Pada komenda…


– Pluton – wymarsz! Drużyna pierwsza na czele!
Ogarnia nas zdumienie. Wtem ktoś z mojej drużyny woła:
–  Protestuję!
Podbiega „Szary” krzycząc:
–  Kto to powiedział?
–  Ja powiedziałem, ja protestuję jako obywatel i człowiek, toż to szaleństwo zaczynać teraz w biały dzień, a tu Niemcy pod bokiem!
– Stul pysk – wrzeszczy „Szary” – jak wy się nazywacie?!
– Starszy strzelec „Żarłoczny”.
Jeszcze przed sekundą wydawało się, że pluton pójdzie za głosem buntownika i odmówi wykonania rozkazu. Teraz na dźwięk komicznego pseudonimu czar pryska, chłopcy wybuchają śmiechem…


No cóż. I tak oto groźna mina buntu w imię zdrowego rozsądku została rozbrojona za sprawą zupełnie przypadkowego czynnika. Mocna, znamienna scena! Mokotowscy bojownicy wyruszyli więc na bój, a dla sporej części był to bój ich ostatni, nierzadko też ostatni dzień.

Wśród nich zaś i Alojzy Towpik. Jak pisze twórca relacji („W powstaniu na Mokotowie” Bronisław Wojciechowski), „Żarłoczny” „okazał się żołnierzem równie dzielnym, jak i wesołym”. Żartował ponoć, że jeśli polegnie, to prawdopodobnie przy zdobywaniu żywności. I tak się stało – zginął 11 sierpnia na folwarku przy ulicy Pyrskiej, będącym wysuniętą placówką obserwacyjną, jak i zapleczem zaopatrzeniowym mokotowskich oddziałów AK.

Nie ma już ulicy Pyrskiej. Nie ma oczywiście i folwarku. Dokładnie na ich miejscu istnieje dziś coś zgoła odmiennego…



Marzy mi się, by gdzieś wśród zawirowań przestrzennych tej lokalizacji pojawiło się jakieś skromne upamiętnienie dzielnego Alojzego Towpika, który zdobył się na głos sumienia w godzinie „W”, lecz życie sprawie swe oddał.


Mój prywatny nasłuch rzeczywistości wychwycił, że właśnie co, konkretnie w czerwcu tego roku, na łono Abrahama przeniósł się był również Jan Kurdwanowski. Kolejny żołnierz powstania - taki, który, jak widać, je przeżył. Autor wspomnień „Mrówka na szachownicy”.

Kapitalna książka, wliczając w to i jej wady! Jest to pozycja obowiązkowa tym bardziej, że można ją pobrać gratis i legalnie via sieć (ze strony kurdwanowski.pl). Dość powiedzieć, że autor – niemal przypadkiem – przeszedł cały szlak bojowy zgrupowania „Radosław”: z Woli na Starówkę – tutaj jako jeden z nielicznych żołnierzy batalionu „Chrobry” przeżył bombardowanie pasażu Simonsa (tylko dlatego, że zachciało mu się umyć) – kanałami do Śródmieścia i wreszcie na Powiśle Czerniakowskie, niechcący znów w piekło na ziemi…

Powoli dojrzewam do przeczytania po raz trzeci.

No, z drugiej strony, nie chcę już tak traktować tego powstania jak chłopca do bicia…


PS Cztery lata temu wpisałem wpis pt. „Żoliborz i Mokotów”. Stracił on na aktualności – w tym czasie odnowiono bowiem jeden z analogicznych budynków autorstwa Koszczyca-Witkiewicza, ten mokotowski. Pozostawiono kilka „ran” w murze na pamiątkę za szybką.

Odchodzą więc nie tylko ludzie powstania, ale i jego materialne ślady. Takie czasy.






19 września 2016

Koneser


ksiądz Stanisław Staszic (1755-1826)





11 lipca 2016

Kącik z poezją


Warszawa - Bielany, listopad 2014





4 lipca 2015

Fandango

Podczas gdy z wielką gorliwością zajmowano się wyporządzeniem naszego mieszkania, ojciec odebrał list, który przepełnił go radością. W liście tym marszałek, książę de Tavannes, prosił go o sąd w pewnej sprawie honorowej, która całemu trybunałowi wydala się nader trudna do rozstrzygnięcia. Ojciec z taką radością przyjął ten dowód szczególniejszej łaski, że postanowił wyprawić z tego powodu wielki bal dla sąsiadów. Ale ponieważ nie mieliśmy żadnych sąsiadów, bal przeto skończył się na fandango, wykonanym przez mego fechtmistrza i senorę Fraskę, pierwszą garderobianą mojej matki.

Wprawdzie działo się to akurat w przeciekającym od deszczu „zamku przodków” narratora-bohatera w Bouillon, ale...
W ostatnim czasie, pod względem pogody, Warszawa i okolice wreszcie zaczęły przypominać odrobinę Andaluzję, co przepełnia mnie radością. Żeby więc podtrzymać odrobinę andaluzyjski nastrój, dodajmyż sobie stosowną ilustrację muzyczną. Tak - fandango. Jednocześnie będzie to kolejne ogniwo cyklu pt. „wybitne (tj. chwytliwe) dzieła klawesynowe”.

Dzieło padre Antonia Solera poznałem najpierw w historycznym co nieco wykonaniu Igora Kipnisa (płyta Spanish Harpsichord), potem zaś sprawiłem sobie nowe, lśniące wykonanie Andreasa Steiera na poświęconej gatunkowi płycie Variaciones del Fandango Español. Cóż, wolę to pierwsze. Nie dlatego, że je jako pierwsze usłyszałem, bardziej podoba mi się prowadzenie tempa - od tego początkowego „wtoczenia się na górkę” począwszy. Ale nie znalazłem go w YT. Staier też daje radę. Con fuego!


Także reszta recitalu Steiera, aż po grane na dwa klawesyny plus kastaniety Fandango Boccheriniego, jest tak zacna, że całość wkładam do koszyka stu płyt.


86. Andreas Steier - Variaciones del Fandango Español  1999





6 marca 2015

Andrejewski Uzwiz

Co to jest życie? Życie to jest czas dany człowiekowi na przeczytanie tych wszystkich książek, których jeszcze nie przeczytał. 
To była uwaga natury ogólnej. A teraz szczegóły, czyli do tzw. rzeczy.
Przyszedł był niedawno, jakoś w zeszłym roku, w moim życiu moment na przeczytanie znanej, a jeszcze nie czytanej książki: „Doktor Żywago”. Mój Boże. Takiej bzdury dawno nie widziałem. W sumie władze radzieckie miały trochę racji nie uznając nobla dla Pasternaka i zabraniając mu przyjąć nagrodę... Nie - odszczekuję. Władze radzieckie racji mieć nie mogły, zwłaszcza w odniesieniu do pisarza, jak na warunki stalinowskie, bezkompromisowego i niezeszmaconego.


Może nobel należał się wówczas za samo ostatnie zdanie książki: 
Wprawdzie uzdrowienie umysłów i swoboda, których się spodziewano po wojnie, nie nastąpiły wraz ze zwycięstwem, jak tego oczekiwano, ale mimo to przeczucie wyzwolenia unosiło się w powietrzu przez wszystkie powojenne lata i stanowiło ich jedyną historyczną treść.”?


W sumie więc wartość „Doktora Żywago” widzę w napomknięciu mimochodem raz i drugi, w samej końcówce, o Gułagu, o stalinowskim terrorze, który przeczołgał do szczętu naród rosyjski, a zwłaszcza jego kwitnącą gałąź-inteligencję. Panoramą bowiem jej losów w tużprzed- i porewolucyjnej Rosji powieść ma ambicję być.
O czym jest w rzeczywistości? W rzeczywistości opowiada o perypetiach młodego lekarza, wynikających w dużej mierze z faktu, iż pragnie on wtykać swój członek w inną niewiastę, niż poślubił. W efekcie fata miotają nim po arenie wydarzeń. Bohaterami drugoplanowymi też miotają, a areną tą jest bezkres matki-Rosji. Przy tym wszystkim, protagoniści bezustannie w tym śnieżnym bezkresie na siebie wpadają, stykają się i spotykają, jakby Rosja to był Piotrków Trybunalski. Może to jakaś wielka metafora literacka, a ja się na metaforach, przenośniach i przypowieściach nie znam. W każdym razie - cierpi na tym szary realizm powieściowy...


Całość natomiast polana jest dość nieznośnym modernistycznym sosem. Zresztą, posłuchajcie:
Znieruchomiała i przez kilka chwil nie mówiła, nie myślała i nie płakała, okrywając trumnę, kwiaty i ciało całą sobą, głową, piersią, duszą i swymi dłońmi, wielkimi jak dusza. Wstrząsały nią powstrzymywane łkania. Dopóki mogła, walczyła z nimi, ale nagle stawało się to ponad jej siły, i łzy oblewały jej policzki, suknię, ręce i trumnę, do której się tuliła. Nic nie mówiła i nie myślała. Szeregi myśli, wspólnych pojęć, wiadomości i oczywistości same przez się mknęły, pędziły poprzez nią jak obłoki po niebie, jak w czasie ich dawnych nocnych rozmów. Oto, co dawało jej kiedyś szczęście i poczucie wyzwolenia. Wiedza nie umysłu, lecz serca, gorąca, przekazywana sobie nawzajem, instynktowna, spontaniczna. Takiej wiedzy pełna była i teraz, ciemnej, niepojętej wiedzy o śmierci, gotowości do niej, odwagi. Jak gdyby już dwadzieścia razy żyła na świecie, wciąż traciła Jurija Żywagę i zebrała w sercu tyle doświadczenia, że wszystko, co odczuwała i robiła przy tej trumnie, było właściwe i na miejscu. O, jakaż to była miłość, swobodna, niezwykła, do niczego nie podobna! Oboje myśleli tak, jak inni śpiewają.” I tak dalej. Rozbawienie i irytacja.


Swoją drogą, ciekawe, jak wygląda słynna holiłódzka brytyjska adaptacja tej ramoty z Omarem Shariffem, Geraldine Chaplin i Julią Christie  Aż strach pomyśleć.

Ale wiersze - „wiersze Jurija Żywagi”, umieszczone jako „aneks” - są dobre.


Pretensjonalnemu i śmiesznemu dziełu niezłomnego Pasternaka mogę przeciwstawić dziełko mniejsze, bardziej intymne, zakrojone na skromniejszą skalę i choć dorównujące może „Doktorowi” pewnym sentymentalizmem, to napisane z autentycznym, niekłamanym talentem, a co więcej z czystoludzką prostotą.
Powieścią na podobny temat, czy o podobnym motywie (rosyjskiej inteligencji stojącej w obliczu kopania jej po tyłku przez historię), którą potencjalnemu latającemu czytelnikowi mogę polecić z czystym sercem i lśniącym sumieniem o aromacie pigwy (zaczynam jak Pasternak?), jest „Biała Gwardia” Bułhakowa. Jednego z moich, notabene, ulubionych opowiadaczy. I także przeczołganego przez System, choć nie aż tak, jak Mandelsztam, Pilniak, czy ci bohaterowie „Doktora Żywago”, którzy spotykają się w epilogu...


Zakrojenie to dotyczy zarówno skali czasu, jak i obszaru geograficznego, w jakim poruszają się postacie. Książka opowiada bowiem o tym niezwykłym - a trochę i nieznanym szerzej, jak się zdaje - okresie historii Kijowa, kiedy i stolica ta, i autor byli świadkami „dziesięciu kolejnych zmian władzy”.
Podobnie jednak, jak i inne wczesne dziełka Bułhakowa, przepełnione jest miłością do rodzinnego miasta, a taka miłość zasługuje na naszą sympatię i szacunek. Aczkolwiek dociera się tu do problemu, jak to się mówi: na czasie. Bułhakow jest Rosjaninem, a jego Kijów jest miastem rosyjskim.
Z tym zrusyfikowaniem - choć z pewnością innym niż wiek temu - zetknęliśmy się osobiście w czasie naszej wakacyjnej ukrainistyki półtora roku temu. Język rosyjski wydaje się dominować w stolicy Ukrainy. Co dopiero musi być tam, na wschodzie tego kraju?


Wróćmy jednak do Bułhakowa, literatury, historii i geografii.
Spróbujmy wyliczyć te „dziesięć zmian władzy”, w Kijowie w okresie Wielkiej Wojny i Rewolucji, o których pisał:
1. car - wiadomo, do III.1917
2. rząd Kiereńskiego po rewolucji lutowej, III.1917
3. Centralna Rada Ukraińskiej Republiki Ludowej, XI.1917
4. bolszewicy (I raz), II.1918
5. CR i Niemcy, III.1918
6. „Hetman” Skoropadski, IV.1918
7. Dyrektoriat Państwa Ukraińskiego (Petlura), XII.1918
8. bolszewicy (II raz), II.1919
9. Ukraińska Armia Halicka, VIII.1919
10. „Biali” - Denikin, IX.1919
11. bolszewicy (III raz), XII.1919
12. Polacy i Petlura, V.1920
13. bolszewicy (IV raz), VI.1920

A więc nie dziesięć, a dwanaście. Z tym, że ostatnich Bułhakow już nie doświadczył. Polaków w Kijowie nie doczekał się, bo wcześniej zmobilizowała go „Biała” Armia Ochotnicza Denikina i wywiozła jako lekarza wojskowego na Kaukaz...
No, Ukraińców zaś Bułhakow nie kochał, a Petlury wręcz nienawidził. Niestety uczucia te nie wzięły się znikąd - motyw zakatowania w zimową noc przy kijowskim moście Żyda przez ukraińskiego atamana powraca w tylu utworach pisarza, że wydaje się być naocznym świadectwem. Chociaż - należy dodać - okrucieństwo było ówczesną normą postępowania każdej ze stron obrotowej sceny politycznej.


Co z geografią? Geografią „Białej Gwardii” jest czule nienazwane z nazwy miasto Kijów, a jej epicentrum - dom rodziny Turbinów przy „Aleksiejewskim Zjeździe”, numer 13.
Tak więc książka zalicza się do tego niezwykle cennego i cenionego przeze mnie odłamu literatury, który opisuje konkretne i namacalne miejsca oraz obiekty. Wspomniany dom znajduje się w połowie Andrzejewskiego - jak w rzeczywistości brzmi jego nazwa - Zjazdu, krętej i - jak owa nazwa wskazuje - opadającej ku rzece ulicy porastanej rozmaitymi domkami z ubiegłych stuleci, a której nazwa bierze się od górującego nad nią soboru świętego Andrzeja w stylu rusko-barokowym. Sam Bułhakow - w młodości - mieszkał przy Andrejewskim Uzwizie, co wraz z faktem, iż był z wykształcenia lekarzem, pozwala dostrzec w głównym bohaterze powieści autobiograficzne połyski...
Aha. No i opisuje te zmiany władzy, prowokacje, tłum, te bezsensowne obrony i żenujące natarcia, te niepotrzebne śmierci... Jakoś znajome.

Trochę mi się ten wpis rozwił w dygresjach, jak wije się Andrejewski Uzwiz.
Tymczasem nad Kijowem zapadł zmrok, a Konaszewicz-Sahajdaczny na Padole macha do nas buławą.






15 grudnia 2014

A ja muszę powiedzieć,

że cenię sobie Konwickiego, co by tu nie mówić, i pisarstwo jego.






3 grudnia 2014

Łazienki zimowe, cz. 2

Co do tego króla... Należy niewątpliwie do postaci kontrowersyjnych. Dość też interesujących, jako charakterystyczny wykwit epoki. Swego czasu gromadziłem rozmaite informacje i opinie o tym monarsze. Niestety - jak to bywa - rozległa argumentacja historyków, publicystów i pisarzy, którą uprzednio wchłonąłem, wyciekła otworami mej głowy i mało co z tego zostało. Pamiętam jednak, że niektórzy zaciekle bronią Stanisława Augusta (Józef Hen „Mój przyjaciel król”, Marian Brandys „Strażnik królewskiego grobu” - właściwie bronił bohater tego tekstu), inni zaś oceniają bezlitośnie negatywnie (większość). I chyba mają rację. Jako poszukiwacz prawdy, dobra i piękna, chciałem znaleźć jakieś przekonywające wywody usprawiedliwiające poczynania króla. Cóż. Poniatowski historycznego egzaminu nie zdał, nie był postacią odpowiedniego do tego formatu i osobowości. Sęk w tym, że być może lepszej wówczas nie było...

No i mamy Łazienki.











23 lipca 2014

Poczajów

W Poczajowie, kolejnym - którym to już - przystanku trasy, tkwi niemały kompleks Ławry Poczajowskiej, czyli prawosławnego klasztoru-sanktuarium. Losy przynależności, że tak powiem, organizacyjnej zespołu są ciekawe i symptomatyczne. Już Bułhakow, opisując Kijów swej młodości, wylicza trzy Cerkwie: rosyjską (obediencji moskiewskiej), staroobrzędowców oraz Cerkiew ukraińską (obediencji kijowskiej). Do tego należy doliczyć Cerkiew unicką (grekokatolicką), obecną zwłaszcza na ziemiach d. „Galicji”, no i nieprawosławne, ale wcale liczne: Kościół polski katolicki i Kościoły protestackie z baptystami na czele.


Nie czas i miejsce tu na przedstawianie tych zawirowań odłamowo-wyznaniowych wirujących po Poczajowie poniekąd po dziś dzień. Czas i miejsce te są w Wikipedii, na przykład. Stało się. Odesłałem.


Skupmy za to na chwilę soczewkę tylko na jednej postaci, dobrodzieju klasztoru i fundatorze rokokowej świątyni, Mikołaju, zresztą i Bazylim, Potockim.
Oto co pisze o nim w swoim (niedoszłym) doktoracie o Niemcewiczu Karol Zbyszewski:


Z ciekawością przyglądał się Niemcewicz sławnemu staroście: ogromny, czerstwy, z sieledcem aż za ucho, choć lipiec - w watowanym tułubie. Ileż kobiet zgwałcił on w życiu! Tuż obok domu stał drugi, niski, długi seraj w jędrne piersi obficie zaopatrzony, starosta zaglądał tam co dzień i mimo swych 70-ciu lat zawstydziłby jeszcze królika. (...)

Starym babom kazał Potocki włazić na gęste drzewa i kukać - on zaś cienkim śrutem strzelał im w zadek śmiejąc się do rozpuku, gdy z wrzaskiem spadały. Bardzo tchórzliwy - nigdy nie miał pojedynku, ale bezbronnych ludzi zabił kilkudziesięciu, w chwilach wielkiej pasji uspokajało go to znakomicie.

Z tym wszystkim starosta był wielce pobożny i w obawie, że Pan Bóg nie zna się na żartach i za te figliki żywi doń urazę - postanowił Go udobruchać wybudowaniem kościoła. Sprowadził więc do Horodenki księży misjonarzy, wyznaczył im 30.000 zł. intraty, mularze wzięli się do kielni. Wszystko zepsuła spowiedź wielkanocna; ksiądz usłyszawszy, iż od ostatniej pokuty starosta znowu spłodził czworo a zgładził troje, nie dał mu rozgrzeszenia, co go wprawiło w taki gniew, że kazał na wpół już wzniesiony kościół rozwalić, misjonarzy batami wysiec i won przepędzić. Sam przeszedł na unityzm, na złość katolikom pojechał do Poczajowa z workami pieniędzy. Bazylianie przyjęli jego złoto, jego dziewki i nawet jego z otwartymi rękami.

Potocki odbywał pilnie praktyki religijne waląc cybuchem swe nałożnice, kańczugiem mnichów gdy nie dość żarliwie się modlili. Przyjąwszy Komunię św. wrócił zadowolony do Horodenki pewien, że z Panem Bogiem nawiązał znów poprawne stosunki. Dziwki jego też były rade z poczajowskich rekolekcyj na pamiątkę których, prócz stosu medalików, poprzywoziły bazylianiątka w zarodku.

Obiad u Potockiego był po staroświecku - potrawy zaprawione szafranem; do stołu usługiwało 6 tłustych dziewuch w gorsetach; lubowano się w Polsce w obfitych kształtach - prawdziwy znawca jeździł tylko spasionymi końmi i nie dotknąłby nigdy chudej kobiety.
Rozmawiano wyłącznie o czasach saskich, jedynych - zdaniem Potockiego - przyzwoitych i przyjemnych, wtedy można było pohulać, umiano to ocenić.
(...)

Nazajutrz spotkali się znów na obiedzie u podczaszego Witosławskiego gdzie książę Adam z gracją i finezją daremnie uwodził piękną panią Bąkowską, owocniejszą była działalność starosty kaniowskiego, który oczarowany końskim zadem klucznicy - bez długich ceregieli przydusił ją w korytarzu między zupą, a pieczystym.


No tak. Takie były zabawy, spory w one lata...


A oto na horyzoncie kolejna ciekawa postać. Ale najpierw jej dzieło:


Niewątpliwie znakomity, porządnie piękny, satysfakcjonująco ciekawy, a wręcz i dość fenomenalny Sobór Trójcy Świętej, zbudowany tuż przed zagładą starego świata, czyli przed wybuchem I WŚ, w czasach, kiedy sztuka architektury wspięła się na swoje (kolejne) wyżyny.
Autorem jego był rosyjski architekt, Aleksy Szczusiew, późniejszy twórca także tego dwudziestowiecznego zigguratu. Również dzieła całkiem udanego!


A to już takie typowo rusko-bizantyjskie ornamenty:


O, rety, urwały się.


Poczajów żegna.





24 maja 2014

Zofiówka

Pozostając formalnie, legalnie w Humaniu, przejdźmy kilkaset metrów od związanych z miastem spraw tragicznych do motywów przyjemniejszych, choć też niepozbawionych dramatyzmu. Kilkaset bowiem metrów od centrum rozciąga się słynny park „Zofiówka”, obecnie nacjonalnyj dendropark „Sofijiwka” (gwoli ścisłości - przystanek drugi drugiego dnia trzeciego etapu wycieczki ukraińskiej).


Został on założony i nazwany na cześć trzeciej żony notorycznego Stanisława Szczęsnego (nomen wyjątkowo non omen) Potockiego, dla której był drugim (powiedzmy) mężem.

I tu mam zagwozdkę natury moralnej. Czy streszczać pokrótce karierę Zofii pseudo-Glavani łże-de Celice primo voto „de” Witt, secundo voto Potockiej, znanej pierwotnie jako Dudu? Czy po prostu odesłać Szanownego Czytelnika niniejszego wpisu prosto do wyśmienitego opracowania biograficznego autorstwa Jerzego Łojka - „Dzieje pięknej Bitynki”?


Skąd się wzięła Greczynka Dudu?
Jak trafiła do Kamieńca Podolskiego?
Jak wysoko zaszedł jej pierwszy „mecenas”?
Kim byli kolejni (w tym dwaj legalni mężowie)?
Wszystkiego dowiedzieć się można z „Dziejów”. Gorąco polecam, jeśli ktoś nie zna!
Streszczać więc nie będę. Książkę (po ukraińsku) można nabyć nawet na straganie u wejścia do Zofiówki. Zresztą - cytat z tego dzieła już tu zamieszczałem...

Powiem też, że książka ta - oraz kilka jej podobnych - powinny być obowiązkową lekturą w programie nauczania historii w szkole średniej. Zamiast „przerabiania” nudów, które w szkole się serwuje. Gdy pomyślę, że musiałem - bo tak sobie wymyślił nauczyciel - czytać w liceum jakąś historię gospodarczą średniowiecza, zasypiając pod koniec każdej strony... Ech.


Materialnym świadectwem szalonego uczucia ukrainnego magnata-targowiczanina jest ów krajobrazowy park pod Humaniem. Inspiracją do jego stworzenia była wizyta (już) hrabiny Zofii Wittowej w Radziwiłłowskiej Arkadii pod Łowiczem. Rozmachem to założenie miało przewyższyć sentymentalno-oświeceniowe parki polskie, i pewnie mu się to udało.


Dziś jednak wdzięk Zofiówki wydaje się nieco przybladły. Nic jednak dziwnego - w ciągu z górą 200 lat jego istnienia, 70 przypada na czasy ZSRR... Lecz i tak wiele dotrwało do naszych czasów. Na przykład: w sentymentalnej grocie-świątyni dumania zachowały się podkreślające nastrój inskrypcje na tablicach - po polsku.


Dawniej miejsce to robiło z pewnością większe wrażenie - np. panegiryk Zofiówce kropnął stary pieczeniarz, Stanisław Trembecki (za co zresztą otrzymał dożywotnią rezydencję w siedzibie Szczęsnego w Tulczynie). Park zaprojektowany przez gdańskiego oficera-inżyniera Ludwika Metzla (notabene nieślubnego potomka generała Alojzego Brühla, syna ministra Augusta III, w czym zresztą nic dziwnego, przecie mówimy o XVIII wieku!) budowano w latach 1786 - 1805. Sprowadzono z różnych miejsc Europy, rzeźby, urządzenia techniczne etc., okazy drzew i roślin zaś nawet i spoza niej. Zbudowano pawilony parkowe, groty, strumienie, kaskady... Zdolny Metzel zaprojektował dwudziestometrowej wysokości wodotrysk pośrodku stawu.


I tu dochodzimy do interesującego zawirowania dziejowego. Jak pisze historyk, Zofiówkę wznosili  „tysiącami spędzani pod Humań pańszczyźniani chłopi” (chociaż inne źródło twierdzi, że Szczęsny wcześniej oczynszował chłopów w swoich włościach, likwidując tym samym pańszczyznę, być może więc spędzano chłopów oczynszowanych, niepańszczyźnianych, tak czy siak). A skoro tak, to wśród owych tysięcy musieli się znaleźć i uczestnicy (czynni) rzezi humańskiej - wszak wielu z nich było z pewnością młodszymi wówczas niż Dziad z „Wesela” w „Weselu”...

Jak to więc różnie w życiu bywa! - że tak pozwolę sobie wysnuć z powyższego wnioskowania taką niegłęboką refleksję.
Raz rzezasz ludzi, raz budujesz park dla konstantynopolskiej ladacznicy* i jej męża magnata.


*) Nie śmiem oceniać, czy krytykować życiorysu Zofii Wittowej-Potockiej. W owych czasach nie istniała inna droga kariery dla ludzi jej płci i stanu społecznego. Należy raczej podziwiać jej zaradność i inteligencję (niewątpliwą - bez niej nie wskórałaby wiele w ówczesnych salonach samymi walorami alkowianymi). A że lubiła chłopów - wolno jej. Może tylko romans z pasierbem to już była przesada.


W papierach po tulczyńskim poecie-rezydencie znaleziono zapisek, iż

Gdybyż to wiedział pan na Tulczynie,
że żona zdradza go z własnym synem...
Bo - nawet na tle epoki -
r o z k ł a d  był to zbyt szeroki,
poprzestać mogła na Potemkinie...






17 lutego 2014

Bakczysaraj

Bakczysaraj, względnie Bachczysaraj - nazwa jak z 1001 nocy, wygląd - też nie inaczej mieniący się orientalnym wdziękiem. Ściślej: sam kompleks pałacowy, czyli Chan-Saraj, bo Bakczysaraj to całe miasto, dawna stolica Chanatu.

Wrażenie jest. Na przykład taki portal włoskiej roboty, renesansowo-tatarsko-orientalny. Wspaniały. Lecz z drugiej strony, dziw bierze, że siedziba władców Krymu to w gruncie rzeczy gromada szop okraszona arabeskami, fontannami, minaretami i roślinnością ogrodową...


Tak czy inaczej, mając zawsze serce po stronie przegranej sprawy, patrzy się na pozostałości dawnej chwały Chanatu Krymskiego z sympatią.
A przecież to było wypisz, wymaluj coś, co dziś nazywa się państwem zbójeckim.
Jak pijawka przyssane do miękkiego podbrzusza Rzeczypospolitej - Ukrainy. Tatarzy nie siali, nie orali, tylko w drogę ruszali, napadali, lud w jasyr brali i na niewolników sprzedawali. Z tego dochody czerpali.

Przypadkiem wyszedł z tego streszczenia działalności gospodarczej chanatu dziadowski wiersz. A przecie o pałacu chanów pisały tuzy poezji słowiańskiej: Puszkin i Mickiewicz. Zwłaszcza tak zwana fontanna łez zapłodniła ich twórczość lirycznym brzemieniem:

...Za wymyślnymi jej kształtami
Słychać w fontannie wód pluskanie,
Co rzęsistymi płaczą łzami
I nigdy już się nie ukoją...
Tak matka szlocha nieprzerwanie
Po synu, który poległ w boju.
Młodym dziewczętom w tamtym kraju
Jest ta historia z podań znaną,
Więc pomnikowi dały miano
Fontanny łez Bakczysaraju.



Nasz wieszcz pisał zaś tak:

Bakczysaraj

Jeszcze wielka, już pusta Girajów dziedzina!
Zmiatane czołem baszów ganki i przedsienia,
Sofy, trony potęgi, miłości schronienia,
Przeskakuje szarańcza, obwija gadzina.





Skroś okien różnofarbnych powoju roślina,
Wdzierając się na głuche ściany i sklepienia,

Zajmuje dzieło ludzi w imię przyrodzenia
I pisze Baltasara głoskami: RUINA.



W środku sali wycięte z marmuru naczynie;
To fontanna haremu, dotąd stoi cało
I perłowe łzy sącząc, woła przez pustynie:

Gdzież jesteś, o miłości, potęgo i chwało!
Wy macie trwać na wieki, źródło szybko płynie,
O hańbo! wyście przeszły, a źródło zostało.


I właśnie wtedy, gdy robiłem zdjęcie fontannie łez... rozdarły mi się gacie na tyłku.
O hańbo! Moje ulubione lniane bojówki...

Bakczysaraj w formie wfotów blogowych nie został jeszcze wyczerpany, a więc powróci kolejnymi odcinkami w nieznanej bliżej przyszłości.

Na razie zmywamy się z kompleksu chańskiego, żeby pokosztować tatarskiego jadła w tatarskiej restauracji. W knajpie takiej siedzi się w kucki, po turecku (wszak Krym to tureckie lenno) albo jak komu wygodnie, generalnie w parterze i na kobiercach. Do jedzenia naczelne tatarskie danie: czeburyki. 





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...