6 grudnia 2013

Sławuta w przelocie

Ze Sławutą było trochę jak z Ołyką. Coś świtało, coś tam nazwa mówiła. Skręciwszy i pokręciwszy się więc po miasteczku, przekonaliśmy się, że jednak w Sławucie „nic nie ma”. Nie mieliśmy na pokładzie żadnego internetu, ale to dobrze, bo dzięki temu był w wyprawie jakiś spontan.
Dopiero po powrocie świtanie się potwierdziło: była to ongiś, od XVIII wieku, siedziba kolejnych kresowych książąt (prawdziwych!), Sanguszków. W ich pałacu znajdowały się bogate zbiory sztuki i niesztuki, w stajniach hodowano araby, w miasteczku książęta-przemysłowcy zakładali zakłady przemysłowe, w okolicy istniał zaś prężny ośrodek kumysolecznictwa.

Z czasów tamtych, poza rozbudowywanym później przemysłem (któremu wystawiono pomnik w środku miasta), oraz polskim kościołem katolickim, nie przetrwało jednak wiele do dziś. Pałac książęcy padł pastwą historii już w pełnym jakże rewolucyjnych zmian 1917 roku. Stało się tak wskutek bolesnego nieporozumienia, w którym życie stracił także sędziwy książę Roman Sanguszko, lecz z którego płynie i nauka: nie zamierzaj się szpicrutą na zrewoltowanych, uzbrojonych sołdatów. Szczegóły (drastyczne) do poznania z sieci (link via Wikipedia).

Dzisiejsza Sławuta oszałamia lekko przybyszów postsowieckim wdziękiem. Nic dziwnego jednak: znajduje się tuż za dawną granicą RP i ZSRR. Świadczy o tym również dobitnie pewien częsty a charakterystyczny element pejzażu „zakordonnych” miast.
Chyba łatwo zgadnąć, jaki...

Miasto słynie z byłego hitlerowskiego obozu jeńców radzieckich, na jego zaś przedmieściach wznoszą się oniryczne kompleksy koszarowe.
Z pozytywnych zjawisk, słynie natomiast z piwzawodu „Санґушко”.


Dziewiętnastowieczny bedeker po Wołyniu, informował zaś podróżnych, iż

Gdybyś się znalazł kiedyś tu, w Sławucie,
i chciał rozkoszy zaznać w domu uciech,
wiedz: że z pałacu tą dróżką
chadzał tam książę Sanguszko,
ale oddawał się potem pokucie.


A więc typowe, motyw, jak w „Lamparcie” Lampedusy.

Sławuta nie jest przystankiem drugim drugiego dnia, bo wstyd przyznać, ale się tam w ogóle nie zatrzymaliśmy. Dlaczego w ogóle robię „z niej” wpis? Dla oddania kolorytu lokalnego!

Koty kotami, ale do kolorytu lokalnego Ukrainy zaliczają się także większe i mniejsze (od jednoosobowych) watahy pańskich, a częściej bezpańskich psów. Psy te są całkowicie nieagresywne, bo inny przypadek zupełnie nie leżałby w ich interesie. Raczej starają się nakłonić do nawiązania przyjaźni, a przynajmniej zachęcają do poczęstunku. Wybredne nie są. Oto taka paczka dyżurująca na stacji paliw pod Sławutą:


wszystkie zdjęcia w odcinku autorstwa Em.





8 komentarzy:

  1. no mało tych zdjęć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no. i jeszcze à la japonaise - z okna pojazdu...

      Usuń
  2. Takie psy są wśród moich najgorszych wspomnień z Ukrainy, gdyż one często na oczach wszystkich i przy ogólnej obojętności konają np. koło dworca kolejowego, nażarłszy się trutki na szczury.

    Relacja z linku warta zapamiętania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. brrr, takich widoków stamtąd, że tak powiem, nie wyniosłem. może już się nauczyły, co to trutka (te, które żyją do dziś, na błędach bliźnich).

      Usuń
  3. Machaliście kawałkiem krakowskiej, żeby pozowały?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wystarczyła stara kanapka, działa jak indyjska fujarka na kobrę.

      Usuń
  4. wspomnienia psie, mam z Grecji. Całe psie bandy koczowały głównie przy knajpkach. Turyści szczodrze dzielili się z nimi jedzeniem. Były przymilne. W ilości kilkunastu budziły jednak respekt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no tak, słyszałem o tym fenomenie. na Ukrainie watahy mniejsze, bo i turystów z pewnością mniej i nie dzielą się tak szczodrze ;-)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...