31 lipca 2016
27 lipca 2016
23 lipca 2016
Tajemnicze barykady
Zgodnie z wielowiekową tradycją, zapraszamy państwa na część artystyczną.
Będzie to kolejny odcinek cyklu „efektowne dzieła muzyki klawesynowej”.
Słowo się rzekło (poprzednio), dziś utwór piękny.
Autorem jest kolejny - po Royerze i Rameau - przedstawiciel klawesynistyki francuskiej: François Couperin, w odróżnieniu od swych licznych krewnych muzycznych zwany Couperinem Wielkim.
Miniatura być może najbardziej z jego twórczości znana: „Les Baricades mistérieuses” (pisane czasem współcześnie „Les Barricades mystérieuses”).
O co chodzi z tytułem - nie wiadomo. Specjaliści i dociekacze mają rozliczne teorie ku temu: od filozoficznych (barykady = przegrody między sferą cielesną a duchową, lub wręcz immanentną a transcendentną) po poetycko-erotyczne (barykady = rzęsy zalotnej damulki, lub wręcz jej ciuchy przesłaniające nagie ciało). Por. też: William Wharton, „Spóźnieni kochankowie”.
Sprawa jest więc otwarta do interpretacji.
Muszę jednak nadmienić, że w polskim przekładzie francuskiej książki popularnoprzybliżeniowej natknąłem się na tłumaczenie „Tajemnicze tarasy”. Być może twórcze ze strony tłumacza, ale kto wie, kto wie? Może po prostu chodziło o ogrodowe tarasy z murami oporowymi?
A sama muzyka?
Będzie to kolejny odcinek cyklu „efektowne dzieła muzyki klawesynowej”.
Słowo się rzekło (poprzednio), dziś utwór piękny.
Autorem jest kolejny - po Royerze i Rameau - przedstawiciel klawesynistyki francuskiej: François Couperin, w odróżnieniu od swych licznych krewnych muzycznych zwany Couperinem Wielkim.
Miniatura być może najbardziej z jego twórczości znana: „Les Baricades mistérieuses” (pisane czasem współcześnie „Les Barricades mystérieuses”).
O co chodzi z tytułem - nie wiadomo. Specjaliści i dociekacze mają rozliczne teorie ku temu: od filozoficznych (barykady = przegrody między sferą cielesną a duchową, lub wręcz immanentną a transcendentną) po poetycko-erotyczne (barykady = rzęsy zalotnej damulki, lub wręcz jej ciuchy przesłaniające nagie ciało). Por. też: William Wharton, „Spóźnieni kochankowie”.
Sprawa jest więc otwarta do interpretacji.
Muszę jednak nadmienić, że w polskim przekładzie francuskiej książki popularnoprzybliżeniowej natknąłem się na tłumaczenie „Tajemnicze tarasy”. Być może twórcze ze strony tłumacza, ale kto wie, kto wie? Może po prostu chodziło o ogrodowe tarasy z murami oporowymi?
A sama muzyka?
Etykiety:
muzyka
18 lipca 2016
Pod Pegazem
Wczesne lato definitywnie zakończyło działalność. Wygląda też, że i lato w ogóle podało się do dymisji, wpuszczając na swoje miejsce coś jak wczesną wiosnę. Co tu robić? Może trzeba było zawczasu wyemigrować do Kalabrii, wstąpić do Ndranghetty, „czaić się na ludzi za rogiem ulicy i napadać na nich w lesie, jak przystało na człowieka honoru”?...
Ponieważ się tego nie zrobiło, pozostaje dalsze poznawanie kraju rodzimego. Na przykład takie Opoczno. Miasto położone pośrodku zupełnie niczego, obszaru niesłynącego. No a jeśli, to z oberków i poleczek, a te nie są w narodzie popularne (podobnie jak drewno na elewacji domu kojarzą się ze wsią). Region przecinają pędzące Centralną Magistralą Kolejową pociągi. Do niedawna żaden się nie zatrzymywał - nie było gdzie. Teraz to się zmieniło. Powstał kolejny - po Włoszczowej - peron na tej linii.
A więc okoliczności sprzyjają, by wpaść do Opoczna i zapoznać się z miejscowym Pegazem.
Rzadko blog niniejszy ma tak szybki przerób materiałów, ale akurat na przykład to zdarzenie zdarzyło się dosłownie wczoraj.
Dodatkiem nadzwyczajnym niech będzie Tadeusz Sygietyński z tworzyw sztucznych przywiązany do słupa w formie zakładnika...
Ponieważ się tego nie zrobiło, pozostaje dalsze poznawanie kraju rodzimego. Na przykład takie Opoczno. Miasto położone pośrodku zupełnie niczego, obszaru niesłynącego. No a jeśli, to z oberków i poleczek, a te nie są w narodzie popularne (podobnie jak drewno na elewacji domu kojarzą się ze wsią). Region przecinają pędzące Centralną Magistralą Kolejową pociągi. Do niedawna żaden się nie zatrzymywał - nie było gdzie. Teraz to się zmieniło. Powstał kolejny - po Włoszczowej - peron na tej linii.
A więc okoliczności sprzyjają, by wpaść do Opoczna i zapoznać się z miejscowym Pegazem.
Rzadko blog niniejszy ma tak szybki przerób materiałów, ale akurat na przykład to zdarzenie zdarzyło się dosłownie wczoraj.
Dodatkiem nadzwyczajnym niech będzie Tadeusz Sygietyński z tworzyw sztucznych przywiązany do słupa w formie zakładnika...
Etykiety:
Polska
11 lipca 2016
5 lipca 2016
No i co poradzę na to
...że tak lubię wczesne lato?
Wiem, powtarzam się, a wpis jest pakułowy. Ale co tam.
Obiecuję, że to się więcej powtórzy.
Wiem, powtarzam się, a wpis jest pakułowy. Ale co tam.
Obiecuję, że to się więcej powtórzy.
Etykiety:
pory roku
1 lipca 2016
Tour de Jeruzal
Fotowypisy z jesiennego spaceru.
Chwilę po starcie - należy się zatrzymać ku pokrzepieniu serc.
Aż tu nagle pośród lasu... kaplyca.
Purchawy.
Niestety tylko jedna w dobrym stanie.
Skala.
Nie wstępujemy.
Młyn?
A to po prostu dom. Dziś takich nie robią: wymarli budowniczowie, rozplenili się za to architekci.
Na koniec retroOSP.
Jak widać - Jeruzal.
Chwilę po starcie - należy się zatrzymać ku pokrzepieniu serc.
Aż tu nagle pośród lasu... kaplyca.
Purchawy.
Niestety tylko jedna w dobrym stanie.
Skala.
Nie wstępujemy.
Młyn?
A to po prostu dom. Dziś takich nie robią: wymarli budowniczowie, rozplenili się za to architekci.
Na koniec retroOSP.
Jak widać - Jeruzal.
Etykiety:
cztery mile za Warszawą,
pory roku,
przyroda
28 czerwca 2016
5
Tak. To nie jest blog okoliczno...
Ale już od pięciu lat pokazuję na nim to, co mi się podoba.
Dzień co prawda krótszy już od najdłuższego w roku, ale cieszmy się nim, póki jest.
Cieszmy się czereśniami, póki są. Cieszmy się latem, póki jest. Cieszmy się pokojem.
Ba, cieszmy się życiem, póki jest, a nie marnujmy czasu na zbędne zrzędzenie, jałowe troski i kwaśne paszcze.
Ale już od pięciu lat pokazuję na nim to, co mi się podoba.
Dzień co prawda krótszy już od najdłuższego w roku, ale cieszmy się nim, póki jest.
Cieszmy się czereśniami, póki są. Cieszmy się latem, póki jest. Cieszmy się pokojem.
Ba, cieszmy się życiem, póki jest, a nie marnujmy czasu na zbędne zrzędzenie, jałowe troski i kwaśne paszcze.
Etykiety:
pory roku
22 czerwca 2016
Obrazek z Krzeszowa
Zupełnie zapomniałem o takim dziale czasem tu figurującym - pt. wspomnienia ze skanera.
Przyczyna leży w spisku producentów hard- jak i soft-ware, którzy zmówili się, by stare, dobre urządenia nie działały pod nowym, wysokobitowym systemem.
Zanim uporam się z tym problemem, nadrabiam braki zdjęciem zeskanowanym przed laty.
Lubię je. Kiedyś nawet - w wersji cz.-b. - zdobiło mój osobisty desktop. Ma w sobie pewien tzw. nastrój, moim skromnym zdaniem. Przedstawia fragment klasztoru w Krzeszowie na Śląsku. Chociaż tak mały i akurat niesakralny, że wygląda on jak typowa willa z jakiegoś francuskiego miasteczka.
Fotografia powstała w długiej końcówce ubiegłego tysiąclecia (zimą 1998), co widać, na przykład po zabytkowych i niespotykanych już (prawie) artefaktach, jak liczne anteny telewizyjne i drewniany słup elektryczno-oświetleniowy. ORAZ po braku renowacji połączonej z restauracją tudzież rewitalizacją samego obiektu, który dzisiaj prezentuje się zgoła odmiennie. Przywrócono mu bowiem blask, ba - wręcz żarówę barw uzasadnionych niewątpliwie historyczną drapanką pościenną i rozmachem renowatorów. Nawet kiedyś trafiłem chyba na blog młodej osoby, zdaje się, płci odmiennej, która odpowiadała (?) za przeprowadzane na zabytku zabiegi. Krótko mówiąc: jest teraz jak w cygańskim burdelu (©Marcin).
O Krzeszowie może jeszcze przyjdzie kiedyś wspomnieć - gdy zadziałają znów skanery, lub jeśli znów tam zawitam - bo jest o czym. A bywało się drzewiej prawie że regularnie - tam, jak i w innych górzystych rejonach ulubionego Śląska.
Adios, muchachos.
Przyczyna leży w spisku producentów hard- jak i soft-ware, którzy zmówili się, by stare, dobre urządenia nie działały pod nowym, wysokobitowym systemem.
Zanim uporam się z tym problemem, nadrabiam braki zdjęciem zeskanowanym przed laty.
Lubię je. Kiedyś nawet - w wersji cz.-b. - zdobiło mój osobisty desktop. Ma w sobie pewien tzw. nastrój, moim skromnym zdaniem. Przedstawia fragment klasztoru w Krzeszowie na Śląsku. Chociaż tak mały i akurat niesakralny, że wygląda on jak typowa willa z jakiegoś francuskiego miasteczka.
Fotografia powstała w długiej końcówce ubiegłego tysiąclecia (zimą 1998), co widać, na przykład po zabytkowych i niespotykanych już (prawie) artefaktach, jak liczne anteny telewizyjne i drewniany słup elektryczno-oświetleniowy. ORAZ po braku renowacji połączonej z restauracją tudzież rewitalizacją samego obiektu, który dzisiaj prezentuje się zgoła odmiennie. Przywrócono mu bowiem blask, ba - wręcz żarówę barw uzasadnionych niewątpliwie historyczną drapanką pościenną i rozmachem renowatorów. Nawet kiedyś trafiłem chyba na blog młodej osoby, zdaje się, płci odmiennej, która odpowiadała (?) za przeprowadzane na zabytku zabiegi. Krótko mówiąc: jest teraz jak w cygańskim burdelu (©Marcin).
O Krzeszowie może jeszcze przyjdzie kiedyś wspomnieć - gdy zadziałają znów skanery, lub jeśli znów tam zawitam - bo jest o czym. A bywało się drzewiej prawie że regularnie - tam, jak i w innych górzystych rejonach ulubionego Śląska.
Adios, muchachos.
Etykiety:
wspomnienia ze skanera
20 czerwca 2016
Rozkosze natury
Kleszcze! Wszędzie kleszcze!
Nanieście, nawierćcie mi jeszcze!
I sami się nimi nacieszcie!
J. Tuwim
Poprzednie, gorące a suche lato - a może: nie pamiętam już jaka wiosna przedtem - niemal wyeliminowało z krajobrazu komary. Ongiś stały składnik lata, w zeszłym roku nie zaistniał. Znikł.
Człowiek zaczyna jednak tęsknić za brzęczącymi krwiopijcami, gdyż - jak rzekł filozof (a może poeta?) - co się polepszy, to się popieprzy. Zamiast komarów następuje zmasowany atak kleszczy.
Mało jest stworów, którymi bym się brzydził. Z pająkami mogę być za pan brat, z obleśnym pędrakiem obcować, a i wszelkie ropuchy, węże oraz aksolotle nie są mi wstrętne. Kleszcze jednak to co innego. Nie dość, że sukinsyny wżerają się podstępnie i niepostrzeżenie, to jeszcze (podobno) wymiotują do karmiciela i w ten sposób potencjalnie skutkują szeregiem groźnych chorób. Same bowiem noszą w sobie jakieś inne organizmy-świństwa. Pies Aleboten już ze dwa razy lądował na OIOMie z powodu babesziozy (co na szczęście nie dotyka ludzi, na razie...).
Naukowcy obliczyli, że gruba warstwa kleszczy wnet pokryłaby glob nasz ziemski*, GDYBY NIE PTAKI!
Te zaś do życia zazwyczaj potrzebują m.in. drzew. Stąd kolejny przyczynek do sprzeciwu wobec bezmyślnie tu i ówdzie prowadzonym wycinkom. Paniali?
Ilustracji nie będzie, bo wszak pokazuję to, co mi się podoba.
*) źródło: znajomi biolodzy
Nanieście, nawierćcie mi jeszcze!
I sami się nimi nacieszcie!
J. Tuwim
Poprzednie, gorące a suche lato - a może: nie pamiętam już jaka wiosna przedtem - niemal wyeliminowało z krajobrazu komary. Ongiś stały składnik lata, w zeszłym roku nie zaistniał. Znikł.
Człowiek zaczyna jednak tęsknić za brzęczącymi krwiopijcami, gdyż - jak rzekł filozof (a może poeta?) - co się polepszy, to się popieprzy. Zamiast komarów następuje zmasowany atak kleszczy.
Mało jest stworów, którymi bym się brzydził. Z pająkami mogę być za pan brat, z obleśnym pędrakiem obcować, a i wszelkie ropuchy, węże oraz aksolotle nie są mi wstrętne. Kleszcze jednak to co innego. Nie dość, że sukinsyny wżerają się podstępnie i niepostrzeżenie, to jeszcze (podobno) wymiotują do karmiciela i w ten sposób potencjalnie skutkują szeregiem groźnych chorób. Same bowiem noszą w sobie jakieś inne organizmy-świństwa. Pies Aleboten już ze dwa razy lądował na OIOMie z powodu babesziozy (co na szczęście nie dotyka ludzi, na razie...).
Naukowcy obliczyli, że gruba warstwa kleszczy wnet pokryłaby glob nasz ziemski*, GDYBY NIE PTAKI!
Te zaś do życia zazwyczaj potrzebują m.in. drzew. Stąd kolejny przyczynek do sprzeciwu wobec bezmyślnie tu i ówdzie prowadzonym wycinkom. Paniali?
Ilustracji nie będzie, bo wszak pokazuję to, co mi się podoba.
*) źródło: znajomi biolodzy
Subskrybuj:
Posty (Atom)










