Przystankiem drugim trzeciego dnia podróży jest miasto, którego nazwa na trwale zapisała się w potocznej polszczyznie.
Jest ono - było - ponadto ukraińską Jasną Górą / Ostrą Bramą, to znaczy ośrodkiem polskiego katolickiego kultu maryjnego. Kultowi oddawano się w klasztorze i kościele karmelitów, ufundowanym w XVII wieku przez wojewodę Tyszkiewicza, jako wotum za uwolnienie z niewoli bisurmańskiej. Zamęt wojen, o których rzekło się co nieco w poprzednich wpisach, nie pozwolił jednak na ukończenie inwestycji.
Ukończono ją w następnym stuleciu, podług planów inżyniera Jana de Witte. To właśnie tę postać miałem na myśli wspominając nieistniejący pałac Lubomirskich w Równem. Nie dość, że był inżynierem i generałem, to jeszcze architektem. Rzadkość w dzisiejszych czasach wąskich specjalizacji, kiedy architekt nie jest inżynierem, a inżynier nie jest architetktem. A co dopiero jeszcze generałem! Chociaż był i wyjątek: Marian Spychalski. Ba, ten dochrapał się wręcz marszałka! Ale to zupełnie inna historia.
Nazwisko Witte lub de Witte pojawi się jeszcze nie raz na Ukrainie i tym blogu. Choćby już wkrótce dalej w głębi wpisu.
W czasach radzieckich zespół klasztorny spłonął, a obraz MB Berdyczowskiej zaginął - najprawdopodobniej w płomieniach. Dziś kompleks jest odbudowany (za pieniądze z polskiego budżetu ministerialnego) i przywrócony funkcji sakralnej. Odbudowano nawet klasztorne fortyfikacje, w których swego czasu bronili się oblegani konfederaci barscy, widoczne fragmentarycznie powyżej.
W budynkach poklasztornych natomiast mieszczą się berdyczowskie średnie szkoły artystyczne: muzyczna i plastyczna.
Generał-inżynier był na dodatek całkiem niezłym architektem, co trzeba mu przyznać patrząc na kopułę karmelicką, która tak prezentuje się od zaplecza. Patrzyliśmy przyznając przez chwilę dłuższą in situ.
Przyczynek do nieustającego podwątku przyrodniczego: piesek berdyczowski, okołoklasztorny.
Berdyczów przysłużył się literaturze - tu urodził się Joseph Conrad, oraz literaturze zaszkodził - tu wziął ślub z panią Hańską Balzak, który wkrótce potem zmarł. Informuje o tym - to znaczy, o ślubie - skromna tabliczka na skromnym kościele świętej Barbary.
Podróż zakochanego Balzaka na Ukrainę fenomenalnie opisał Jerzy Stefan Stawiński w projekcie scenariusza serialu o tym romansie (zamieszczonym w książce „Notatki scenarzysty”). Serial taki zresztą powstał, ale go nie oglądałem. Hmm... nie czytałem też nic Balzaka, choć nie przeszkodziło mi to jednak bredzić czegoś, pamiętam, o Rastignaku w wypracowaniu maturalnym...
A propos jeszcze tej wyśmienitej pary, czas na nieco plotek z zakurzonej przeszłości. Otóż pani Hańska, secudno voto de Balzac, z domu Rzewuska, była siostrą Henryka Rzewuskiego, gawędziarza staropolskiego, oraz Karoliny Sobańskiej. Karolina Sobańska była zaś carską konfidentką współpracującą w konfidenckiej robocie oraz w łożu z niejakim Janem Witte, synem syna architekta Witte. Skurwysyn ten był carskim generałem, brał udział w szturmie Warszawy w 1831 roku, a potem został wojskowym gubernatorem zdobytej stolicy Królestwa Kongresowego. Parę jednak lat wcześniej obydwoje wybrali się na pewną wycieczkę w gronie, w którym znalazł się pewien młody, zdolny poeta - co także przysłużyło się wielce literaturze... Ale będzie jeszcze okazja poruszyć to szerzej i dalej, że tak powiem używając licentia poetica.
Na koniec coś, czego nie mogłem nie sfotografować bawiąc w tym właśnie mieście!
Po krótkim spacerze w downtown Berdyczowa, łykamy kwasu i udajemy się w drogę ostatnią prostą (choć krzywą) tego dnia: przed nami stolica Świętej Rusi.
Autor przeprasza co wrażliwsze










