29 września 2014

Żoliborz i Mokotów

No więc, dużo się mówi i pisze o tym powstaniu.

Dużo się mówi, na przykład, że powstanie to 63 dni walk. „63 dni zmagań”, to już niemal sformułowanie na miarę takich jak „amatorzy białego szaleństwa”, czy „nasi południowi sąsiedzi”. Stąd chyba już każdy pamięta, że Powstanie Warszawskie zaczęło się 1 VIII 1944, a (???)% rodaków wie, że upadło 2 X. 

Nie mam jednak pojęcia, do jakiego stopnia przeciętnemu tzw. odbiorcy wiadomym jest, co oczywiste dla zainteresowanych tematem, iż na powstanie składały się izolowane, pulsujące wyspy rozsiane wskroś Warszawy. 
Miasto bowiem – po początkowym chaosie pierwszych kilku dni – roztrzaskało się na archipelag mniejszych lub większych, bardziej lub mniej ze sobą połączonych lądów.

To nie jest blog okol… i to nie jest „blog warszawski”, lecz oto występuję znów niejako z materiałem rocznicowym. 70 lat temu padły Mokotów (27 IX) i Żoliborz (30 IX). Dwa takie właśnie – zupełnie osobne – kontynenty, którymi były te dwie dzielnice.


W normalnych warunkach sąsiadują one ze Śródmieściem: Żoliborz od północy a Mokotów od południa. Ich istnienie owiewa szeroką falą (?) szereg analogii. Na przykład, ich główna cecha, że są dzielnicami powstałymi w latach międzywojennych i składają się z przeważnie z bloków-kamienic przy większych ulicach i zabudowy willowej w głębiach terenów. Obie, jak i Śródmieście ze Starym Miastem, leżą nad skarpą wiślaną. Są i różnice: Żoliborz powstał zasadniczo „na surowym korzeniu”, w pofortecznej pustce. Cechuje go zatem bardziej wyszukana urbanistyka: układ gwiaździstych placów i alej. Mokotów rozwinął się z istniejącej wcześniej wsi, zatem jego masterplan jest mniej spektakularny: ukształtował się w oparciu o podziały narolne (drabina ulic biegnących ze wschodu na zachód) i dwie główne drogi prowadzące do miasta: stary trakt ulicy Puławskiej i równolegle poprowadzoną nową Aleję Niepodległości. I tak dalej.

Dyskusja, która dzielnica jest „lepsza”, trwa między poniektórymi przedstawicielami ich mieszkańców. Żoliborz zdaje się jednak wygrywać. Ma coś, czym Mokotów nie dysponuje: inteligencko-społecznikowski etosik… Mokotów wystawia za to do boju dużo więcej zabytków. I tak dalej.


W warunkach powstańczych również wystąpił między tymi dwiema dzielnicami szereg analogii. Chociaż być może ich zestawienie tworzy model równie sztuczny, co lansowane na łamach tego blogu „analogie” polsko-światowe, zestawię je mimo to.

Jak się rzekło – obydwie nowe wówczas dzielnice stanowiły lądy izolowane od głównej części Warszawy: wolsko-staromiejsko-śródmiejskiej. Chociaż ze Śródmieściem sąsiadują administracyjnie, to są od niego wyraźnie odcięte, tak zwanymi barierami urbanistycznymi. Żoliborz torami kolejowej linii obwodowej, Mokotów Polem Mokotowskim i pasem terenów wojskowych leżących po północnej stronie ulicy Rakowieckiej.

Miało to znaczenie niebagatelne. Tym bardziej, że wobec rozlokowania się Niemców od Woli po Pragę i przecięcia przez nich miasta w tym kierunku, były to jedyne placówki powstańcze stykające się ze światem zewnętrznym, w tym kompleksami leśnymi. W nich zaś z kolei Warszawa upatrywała cenne zaplecze, zaopatrzenia zarówno w broń, jak i human resources.


W obu dzielnicach po pierwszym, niefortunnym dniu powstania zapanowała konsternacja i ferment intelektualny. Na Żoliborzu – wobec nieosiągnięcia żadnego z celów strategicznych, strat sięgających 50% stanu wyjściowego, wyczerpania się amunicji, cierpliwości i nadziei – zaowocowało to wycofaniem się przez powstańców z dzielnicy na z góry upatrzone pozycje w Puszczy Kampinoskiej. Na Mokotowie tak się wprawdzie nie stało, jedynie dowódca tego okręgu, „Przegonia”, widząc co się święci, dał nogę za miasto i resztę powstania spędził w Zalesiu (razem z żoną Dzidziusia Górkiewicza i Węgrami?). Nowym dowódcą został dopiero 18 VIII „Daniel” przysłany ze Śródmieścia kanałem.

Właśnie – kolejna analogia. Komunikacja Żoliborza i Mokotowa z centrum miasta, a zarazem centrum dowodzenia, możliwa była kanałami (osobny, ciekawy temat). Tylko nieliczni śmiałkowie byli w stanie prześliznąć się górą.
Ba, komunikacja radiowa między Starówką a Żoliborzem – odległość w linii prostej około kilometra – odbywała się via Londyn.


Insurgenci żoliborscy, na dosadnie sformułowany rozkaz władz powstańczych, powrócili jednak dnia trzeciego i zajęli opuszczoną przez Niemców (z wyjątkiem miejsc strategicznie istotnych, jak Cytadela czy CIWF na Bielanach) dzielnicę.

Na Mokotowie było podobnie – hitlerowcy trzymali nadal swoje najważniejsze pozycje, z których żadna nie została zdobyta w pierwszych dniach walk – resztę obszaru oddając pod kontrolę Polakom.

W obydwu obwodach nastał czas względnego spokoju, który miał trwać cały sierpień, kiedy to dla Niemców najistotniejsze było opanowanie drogi wschód-zachód, a najcięższe walki koncentrowały się na osi Wola – Stare Miasto.


W tym czasie – i potem – wystąpiło kilka kolejnych podobieństw pomiędzy Ż. a M.

- jak się rzekło, przez powstańców zajęta była zasadnicza część każdej z dzielnic, choć cele strategiczne nie zostały osiągnięte

- miały one swoje „satelity” w postaci Bielan dla Żoliborza (krótko) i Sadyby dla Mokotowa (dłużej)

- nastąpiło zasilenie oddziałów powstańczych (analogicznie) z Puszczy Kampinoskiej / z lasów Chojnowskich

- opanowano nowe połacie rozszerzając (inaczej niż w innych dzielnicach) stan posiadania – w obu przypadkach obszary leżące pod skarpą – Marymont na Żoliborzu i Sielce na Mokotowie

- w obydwu dzielnicach podjęto (nieudane) próby połączenia się ze Śródmieściem – przez tory kolei obwodowej i Dworzec Gdański na północy (20 i 21 VIII) oraz przez Łazienki i stację pomp na południu (27 VIII)

- do obu dzielnic ewakuowały się niedobitki oddziałów z obszarów zdobytych przez Niemców: na Żoliborz ze Starówki, na Mokotów z południowej części Powiśla, która zwana jest w odniesieniu do powstania powszechnie a niesłusznie Czerniakowem.

- obie padły po generalnych szturmach niemieckich, kiedy „nasi zachodni sąsiedzi” załatwili już kolejno Ochotę, Wolę, Stare Miasto, Powiśle. Mokotów poszedł na pierwszy ogień. Ostateczne natarcie trwało cztery dni, aż dzielnica skapitulowała. Wówczas przerzucono Wehrmacht i SS na północ, by w 48 godzin uporać się z Żoliborzem. Po upadku tej dzielnicy i ostatecznym odcięciu polskiej Warszawy od Wisły i stojącej za nią Armii Czerwonej, Śródmieście – czyli całe powstanie – skapitulowało dwa dni później.


Analogia przedostatnia – powstanie w obydwu dzielnicach wydało owoc w postaci dzieł literackich. I są to najlepsze pisarsko obrazy warszawskiego powstania, a możliwe że i w ogóle. Obydwa gorzkie, ale uczciwe i świetnie spisane. Naprawdę, kawał literatury godnej niezwykłego polecenia. Oto, co znaczy pożywka dla sztuki w życiu tragicznie prawdziwym, a nie ekspresja własnego znerwicowania i frustracji - na ogół na tle seksualnym - jak nierzadko w dzisiejszej literaturze. I co z tego, że zawierają wątki sentymentalno-romansowe. Mowa o „Pierścionku z końskiego włosa” (Żoliborz) Aleksandra Ścibor-Rylskiego i mini-trylogii „Godzina W”, „Węgrzy”, „Kanał” (Mokotów) Jerzego Stefana Stawińskiego. Obaj autorzy byli rzecz jasna świadkami i uczestnikami powstańczych wydarzeń w opisywanych dzielnicach.

Dziwnym zrządzeniem losu, a może wręcz przeciwnie: nieprzypadkowo, literatura ta została sfilmowana przez Wajdę Andrzeja. I tu trzeba napomknąć: w sposób niezbyt udany. „Kanał” (bo to opowiadanie Stawińskiego Wajda przerobił na celuloid) śmieszy ramotowatą manierą gry aktorskiej rodem z przedwojennych melodramatów – choć to czołowe dzieło filmowej „szkoły polskiej”. Niezbyt lepiej jest z (póżniejszym o ponad 30 lat) „Pierścionkiem z orłem w koronie”, który momentami sprawia wrażenie inscenizacji amatorskiej trupy teatralnej z technikum gastronomicznego. O dziwo, broni się tzw. kreacja Cezarego Pazury. Oraz kilku starszych aktorów…

No, ale dosyć o tym. Tym bardziej, że z założenia staram się nie opisywać tu rzeczy, które mi się nie podobają. Po drugie, w przypadku „Pierścionka…”, Wajda skupił  się na po-powstaniowej części powieści. Po trzecie – dwa pozostałe opowiadania Stawińskiego zostały zekranizowane dużo udatniej przez Munka („Węgrzy”, jako część „Eroiki”) i samego autora Morgensterna („Godzina W”).


Analogia ostatnia, formalno-wizualna, widoczna na zdjęciach: dwa budynki. Szkoła na Żoliborzu i kamienica mieszkalna na Mokotowie. Obydwa autorstwa Jana Koszczyca-Witkiewicza, obydwa projektowane przy użyciu podobnych środków wyrazu i „architektonicznego języka” (ceglane detale na tle szarego tynku).

Obydwa – do dzisiaj – pełne „blizn”, śladów po kulach, szczególnego świadectwa wydarzeń z roku 1944. Pamiątki po piekle na ziemi, jakim były przez moment te warszawskie dzielnice.






24 września 2014

Welokurpie'2014

Niepotrzebny wpis na niepotrzebnym blogu. Proszę:

Lato to oficjalnie odeszło do lamusa historii i nigdy nie wróci. W ostatniej niemal chwili superszczupły peleton zdobył się atoli na babioletni wyjazd koleją mazowiecką, zobaczyć, jak jest na północy, czyli na Kurpiach.
Chodziło, by zaczerpnąć tchu w tchawki, nacisnąć nogą pedały, dać się owionąć nadnarwiańskim przestworzom i dokonać spostrzeżenia nietuzinkowych zabytków. Cel wykonano (?).


W okolicy „zachowały się fragmenty pierwotnego krajobrazu". Krajobrazu kulturowego.


Jechać na rowerze, to jak biec bez wysiłku na palcach.


Wizja lokalna na stacji, gdzie z pociągu wysiada się wprost do przyperonowego parku.
Ech, Ojczyzno. Ile w tobie potencjału.


Dzień w połowie września jest jednak krótszy od tak długiego, jak by się chciało.


Wpada zdyszany gość na peron i pyta innego faceta.
- Panie! Ten pociąg to na Tłuszcz?!
- Nie, na prąd.
- Ale jaki to pociąg?
- Biały.
- Ale dokąd?!!
- Do połowy.

Stare, ale nie mogłem się powstrzymać. Oto Tłuszcz nocą:


Niech Ci się przyśni. Dobranoc.





19 września 2014

To są szczyty


Nie tylko dlatego, że ktoś sobie wymienił okna na dowolno-fristajlowe w zabytkowym zabytku...





15 września 2014

Klucz

Się urodziłem w Warszawie, moi rodzice - jak wspominałem ostatnio - też, takoż i poprzedni przodkowie...
I oto jadę w łikendowy wieczór do stolicy, a w torbie podzwaniają mi... słoiki!

Jestem „słoikiem”?


Wytęż wzrok i znajdź klucz.

no i co z tym kluczem?



9 września 2014

5 września 2014

Okrutne morze

Po wojnie światowej rząd polski stanął wobec problemu górali kolaborujących z okupantem jako tzw. Goralenvolk.
Postanowiono w konsekwencji - na fali akcji „Wisła” - przesiedlić ich nad morze, na ziemie odzyskane - jako że chłopy silne, to w twardych warunkach dadzą sobie radę - a na ich miejsce sprowadzić dużo potulniejszych Ślężan. Tak się też stało. Niestety, bałwany i huczące fale, nawet najwyższe, to nie to samo, co ośnieżone górskie granie; morska piana to nie barany na hali; a bryza od morza - to nie halny schodzący doliną. Skrajnie deprymujące było też brzmienie dud, zupełnie inne niż na wyżynach, do którego nie mogli przywyknąć. Górale masowo kładli się i umierali z tęsknoty. Zostawały tylko kobiety i dzieci, ale trudno im było się najeść. Ci, co przeżyli, ukradkiem rozpoznawali się po odznace skarabeusza (symbol góralstwa) i usiłowali chyłkiem wracać w strony ojczyste. Niektórzy przebyli cały dystans pieszo! Co zaradniejsi korzystali z transportu kolejowego, samochodowego i lotniczego. Szczególnie zdeterminowana grupa pod wodzą Sebastiana Karpiela-Bułecki odbyła nawet rejs oględnie skleconą tratwą, najpierw morzem, później w górę Wisły i Dunajca, całą drogę na pych.
Byli też tacy, co po prostu przedostali się do Szwecji, gdzie zdarza się, że góry schodzą niemal do samego morza.
Sytuacja ustabilizowała się, wracając do status quo, dopiero po Październiku.
Mało kto dziś pamięta o niewyobrażalnych rozterkach, na które arbitralną decyzją skazano całą górską społeczność.


lit.
Kosma Wasilewski „Droga w dół”, Wrocław 2005
Dariusz Zdunek „Niemiłe przesiedlenia”, artykuł w Polityce 4/1998





2 września 2014

Dziektarzewo - dwór

No więc, kiedyś, poszukując przykładów budownictwa drewnianego, napotkałem, natknąwszy się w inteneciech, zdjęcie dość już podupadłego dworu.


Gdzieś tam je sowie zapisałem na dysku, ale przy okazji zapisało mi się w sztambuchu ducha. Tyle tylko, że przez dłuższy (po prawdzie jednak w odniesieniu do wieku Ziemi a nawet własnego - krótszy) czas, nie wiedziałem, co dokładnie przedstawia, a raczej - skąd pochodzi, lub: gdzie je zrobiono.


Lecz potem, podróżując palcem po mapie (w wersji technologii początków XXI wieku: myszką po Google Earth), odnalazłem ów dwór, na tym samym zdjęciu.
Od tamtej chwili starałem się trafić w to miejsce naocznie.


Po pewnym czasie zorganizowała się wycieczka nieformalnej grupy wycieczkowej z Warszawy, która zahaczyła nadwkrzańskim hakiem i o Dziektarzewo. Mogłem więc sobie wreszcie unaocznić obraz, wygląd, stan i rozpadek wspomnianego dworu.


Jak donosi internet, „dwór wybudowany w drugiej połowie XIX wieku dla Piechowskich. W posiadaniu Kajetana Piechowskiego i jego synów Karola i Jana do 1939 roku”.
więcej o: http://www.news.wolamlocka.pl/miejscowosci/luberadz/97-historia-luberadza.html


Niby nic takiego, trochę ze zwykłego drewniaka sprzed stu i więcej lat, ale jednak ma (miał?) w sobie coś w miły sposób charakterystycznego, jak nieregularne zróżnicowanie części o zróżnicowanych wysokościach oraz - zwłaszcza - weranda pod przedłużeniem dachu na drewnianych kolumnach...


Coś w połowie drogi między tradycyjnym dworem polskim, co walczy mężnie i strzeże wiernie, a „świdermajerem” z podwarszawskiej linii otwockiej.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...