19 czerwca 2017

Podkrakowski pałac rupieci

Gdybym nie miał zwyczaju jeździć czasem elektronicznym palcem po mapie w programie G.Earth, być może nie dowiedziałbym się o istnieniu tego miejsca...


Zacznijmy od początku. Mikrodynastia malarska Kossaków składała się z osób trzech: Juliusza, Wojciecha i Jerzego. Zwykle uważa się, i pewnie słusznie, że im starszy Kossak, tym większy talent. Na Jerzym Kossaku ród się kończy - miał tylko córki. Jedna z nich jednak wyszła również za malarza, również krakowskiego, jeszcze przed wojną. On zaś, postać niezwykle barwna, został spadkobiercą fabryczki, czy raczej manufaktury na północnych przedmieściach Krakowa.

Dysponując pewnym majątkiem, poniechał produkcji i postanowił poświęcić się sztuce oraz pokrewnej swej pasji.

Otóż z ekscentrycznością graniczącą - niestety - z manią jął gromadzić w pofabrycznych halach wszelkiego rodzaju obiekty mogące przydać się w pracy malarskiej. Jako spadkobierca - chociaż po kądzieli - tradycji Kossakowskiej przede wszystkim skupił się na zbieraniu rekwizytów związanych z końmi, jeździectwem oraz militariów kawaleryjskich.

Tak więc spore połacie wnętrza wypełniają wypchane konie! Niestety, obecnie są mocno nadgryzione zębem czasu: wyleniałe, pogryzione przez mole, ukazują swe sypiące trocinami wnętrza i szkielety.

Lecz nie tylko! Setki metrów kwadratowych wypełniają dziesiątki rozmaitych rupieci, mechanizmów, części maszyn, rowerów, pojazdów...
Pasja, jak napisałem, przerodziła się jednak z biegiem czasu w manię. Zbieractwu zaczęło podlegać niemal wszystko, co jest trwałe i da się ustawić pod dachem.

Dość powiedzieć, że gdy w pewnej chwili chciałem tam skorzystać z ubikacji, musiałem kilkakrotnie upewniać się, czy sedes rzeczywiście jest podłączony do kanalizacji, czy jest tylko jednym z eksponatów-przykładów rozwoju formy tego rodzaju urządzenia, nim trafiłem na faktycznie służący swemu przeznaczeniu.

Sam obiekt jest bardzo ciekawy: zespół stanowi eklektyczny pałacyk z przełomu XIX i XX wieku, pełen zdobień, połączony bezpośrednio (co rzadkie) z budynkami i halami fabrycznymi. Te są zaś typowym przykładem budownictwa industrialnego z tamtego okresu: ceglane ściany, duże okna z drobnym podziałem żeliwnych szprosów. Należy dodać, że budowle są częściowo oparte o stare, austriackie fortyfikacje otaczające Kraków, już przestarzałe w latach przed I wojną światową.
Wszystko jest jednak w bardzo złym stanie: odrapane, częściowo bez szyb...

Niemcy i Rosjanie w czasie wojny i po niej nie zainteresowali się zespołem, tak samo rządy PRL. Nie uległ nacjonalizacji, pozostał własnością prywatną.
Przez lata opiekę nad tym szczególnym miejscem sprawowała córka malarza, zmarłego w latach 50. Musiała jednak przestać ze względu na poważne problemy ze zdrowiem. Szczęśliwie wyzdrowiała, pieczę jednak przejęła i zamieszkała tam jej z kolei córka, absolwentka, jak i jej dziad, ASP.

Miasto Kraków wspomaga finansowo utrzymanie tego miejsca. Nie są to kwoty wystarczające na przywrócenie świetności, czy choćby uporządkowanie ogromu spuścizny. Niemniej z tego względu raz w roku była manufaktura udostępniana jest dla zwiedzających.

Spóźniliśmy się troszeczkę na początek oprowadzania po salach pełnych najniezwyklejszych eksponatów. Zdążyłem jednak dowiedzieć się tego i owego od gospodyni szczególnego zbioru osobliwości. Potem za to była okazja dłużej z nią porozmawiać. Powiedziała, że mieszka już dłuższy czas w tym przedziwnym eremie, że dojazd do centrum jest trudny - w okolicy jest tylko jeden autobus dowożący do stacji pociągów podmiejskich. Na koniec czekało najlepsze: okazało się, że młoda dama tworzy przepiękne, zapierające dech w piersi ilustracje! A więc artystyczna tradycja rodu - chociaż po kądzieli - jest godnie utrzymana.





25 komentarzy:

  1. Jestem pod wrażeniem, ale też i zawiedziona, że żadnego adresu:(
    Dałbyś:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No każesz się prosić! Nie bądź wiśnia, jak mawiała moja arcyelegancka ciotka, i powiedz gdzie to, plissssss!

      Usuń
    2. ta, która czytała Mniszkównę, czy ta, która Samozwaniec? ;-)

      Usuń
    3. Ooooo, pod wrażeniem jestem:))) ale to nie znaczy, że się tak łatwo wymigasz od odpowiedzi, gdzie to!
      (na pewno domyślasz się, która z nich:))

      Usuń
    4. ok - ta druga. odpowiedź zaliczona? ;-)

      Usuń
    5. Sie rozumie:) ale, ale, nie migaj się, błagam, nie dręcz człowieka, powiedz gdzie to, moje śledztwo nie przyniosło żadnych rezultatów:(

      Usuń
    6. cóż... wybacz '-)

      Usuń
  2. Ostatnio mnie Kossaki prześladują literacko. Najpierw biografia Simony, potem jej książki i odkrycie słuchowisk na YT, wreszcie odkrycie prozy satyrycznej jej stryjecznej ciotki Magdaleny Kossak zwanej Samozwaniec, ale zaczęłam też od wspomnień znajomych, by zacząć coś jej pióra czytać. Pawlikowskiej dla odmiany zupełnie nie znam, bo ja do poezji podchodzę z dużym dystansem, najlepiej takim, z którego już nie widać liter i nie muszę nic rozumieć. A malarze swoją drogą, wychowałam się na ich koniach w dzieciństwie, ale niestety nie nauczyłam się odróżniać ojca od synów.

    Kossakówka, nie? Oj, wiele widziały te mury...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dorzuć jeszcze Zofię Kossak-Szczucką i obraz rodu w pełni.

      atoli Kosssakówka to dzisiejsze centrum Krakowa.

      Usuń
  3. Kiedy ktoś zaczyna mówić o Kossakach, stężenie krakowskości przekracza poziomy dopuszczalne według jakichkolwiek norm.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pamiętajmy wszak, że Wojciech miał pracownię w warszawskim Bristolu.

      Usuń
  4. Bo talenty się dziedziczy.
    :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. A jak to się nazywa i gdzie to jest? Bardzo ciekawe. Wprawdzie malarstwa Kossaków nie trawię i jak widzę konie z ułanami, odzywa mi się wszystko, co zjadłem w ciągu ostatnich trzech dni, ale takie rupieciarnie why not?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to nie jedz ułanów. z końmi.

      Usuń
    2. Dziękuję za odpowiedź na pytanie.

      Usuń
  6. O ile opisywanie jakichś miejsc bez podawania ich nazw należy do stałych zabiegów autora, więc czytając ten blog, trzeba się do nich przyzwyczaić, to już zachwalanie czyichś dzieł, w tym wypadku ilustracji, w taki sposób, by nie było wiadomo, o kogo mianowicie chodzi, uważam za zupełnie niezrozumiałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zresztą oddajmy mi sprawiedliwość - w zeszłym wpisie załączyłem nawet fragment mapy!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...