Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postacie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postacie. Pokaż wszystkie posty

25 sierpnia 2020

Kurwia - nowa nadzieja

Cóż, przyznaję, że tytuł wpisu to tak zwany w dzisiejszych czasach clickbait, czyli po naszemu - klikwabik.

Kurwia tytułowa już bowiem nie egzystuje. Była to przedwojenna, lokalna, mazurska nazwa wsi zwanej w wersji oficjalno-germańskiej Kurwien (właściwie nawet Wielka Kurwia, w odróżnieniu od Kurwi Małej, Klein Kurwien). Dziś miejscowość funkcjonuje pod nie budzącą zgorszenia bądź niezdrowej ekscytacji nazwą Karwica. Jest więc Karwica Duża, Mała, przysiółek Kolonia i wreszcie, co jest właściwym przedmiotem wpisu, leśna osada stacyjna: Karwica Mazurska.


Niejedyna to nawiasem mówiąc taka zmiana o znamionach lekkiej cenzury obyczajowej - w tejże okolicy można znaleźć dawne Pupy (Puppen), obecne Spychowo (że niby Jurandowe?).

U zarania lata, planując sobie palcem po mapie jakieś ewentualne welorajzy, rozpatrywałem możliwości wyskoku kolejowo-rowerowego w tamte właśnie rejony. Po przestudiowaniu połączeń przekonałem się atoli, że trudno byłoby dojechać tam z Warszawy i wrócić, i jeszcze pomiędzy uskuteczniając jakąś sensowną trasę tego samego dnia. Co więcej! Lustrując rozkład linii Olsztyn - Ełk via Pisz, miałem zupełnie jak ów pan Hilary: "...nie chce wierzyć. Znowu zerka..."
Nie byłem w stanie zlokalizować między wspomnianym Spychowem a Rucianem-Nidą stacji Karwica Mazurska!

Ejże, myślę sobie, może niektóre pociągi są jakoś przyspieszone, że na niej akurat nie stają? Ale nie - w żadnym rozkładzie nie figuruje. Sięgam więc do źródeł (wiedzy), czyli internetu. A tam - owszem, ruch pociągów Olsztyn - Ełk (via Pisz) po okresie niebytu przywrócono, owszem, wyremontowano dwa lata temu całą linię, owszem powstała nowa stacja Pisz Wschodni, owszem, wskutek konsultacji społecznych (sic!) przesunięto przystanek Szeroki Bór o prawie dwa kilometry na wschód, ale... Przy okazji zlikwidowano stację Karwica Mazurska, zlikwidowano na amen!

Poczułem jakby ktoś mi w pysk dał (ale chybił). Taka fajna stacja! Przyznam - z ręką w nocniku - nigdy osobiście z niej nie korzystałem, ale kilkakroć mijałem: i w pociągu (na linii kolejowej), i samochodem (leśną szosą, która tory przecina), a nawet i pieszo (j.w.). Stacja poniekąd legendarna.


Cóż takiego w niej wyjątkowego? No, po pierwsze - lokalizacja: pośród pięknych borów Puszczy Piskiej. Nie licząc dwóch (słownie: dwóch) domów znajdujących się w Karwicy Mazurskiej (jeden po jednej, drugi po drugiej stronie toru) oraz nie licząc nielicznych okolicznych leśniczówek, w promieniu ładnych kilku kilometrów nie ma - poza lasem - NIC! (vide mapka). Jest to (była) jedna z najbardziej bezludnych stacji kolejowych w Lechistanie. Jednocześnie jest to (była) najbliższa stacja takich miejscowych kurortów jak Zgon, Krutyń, Krutyński Piecek, Karwia, Krzyże, last but not least - leśniczówka Pranie.



Stąd się wyłania owa legendarność. Idę o zakład, że wywczasujący się w Praniu mistrz Konstanty Ildefons wsiadał lub wysiadał, albo jedno i drugie, na stacji Karwica Mazurska. Może przywożono go z Rucianego, ale z pewnością musieli korzystać z niej wyznawcy Gałczyńskiego - środowisko warszawskiego STSu: Ziemowit Fedecki, Jarosław Abramow-Newerly, Agnieszka Osiecka, Olga Lipińska, itp. - w ślady poety zasiedlający wakacyjnie wspomniane wioski. Są na to dowody na piśmie.

Andrzej Drawicz, na przykład, pomieszkiwał w Zgonie, pisał artykuły i nosił je na malutką pocztę-agencję, która w Karwicy Mazurskiej istniała - niechybnie w jednym z dwóch domów. W Zgonie notabene osiedlił się był także piewca ojczystego kajakarstwa, ojciec ww. Jarosława - Igor Newerly.

A inny Andrzej - Jarecki - popełnił nawet piosenkę z naszą stacją w tytule!



OK, najwyższe loty - na miarę choćby dzieł z Piwnicy pod Baranami - to nie są, poezja takoż, no ale piosenka ma swoje - łagodniejsze - prawa. Warto jednak odnotować wers "pociąg mknie za pociągiem"...
I jeszcze - wypis z Osieckiej (też z góry przepraszam, jest jaki jest), o Mazurach: To tam przyjeżdżaliśmy z pierwszymi dziewczynami i chłopcami, i tam, obok chichoczącej w duchu szyszki, obok oniemiałej sowy, obok zdumionej sarny szeptaliśmy swoje pierwsze "nigdy" i "zawsze", i tam przysięgaliśmy, że do końca życia będziemy wierni zagubionej w puszczy stacji Karwicy.

I ja tam jeździłem! Chociaż nie jestem pisarzem ni poetą, ni nawet tekściarzem, to i miałem swoją wakacyjną krainę - krainę dzieciństwa. A ciekawy to rejon! Może jeszcze będzie wypadało nadmienić o nim co nieco ze swojego i cudzego doświadczenia, tudzież wielkiej (tym razem) światowej literatury, co do której nie wiedziałem, że się rozgrywała po drugiej stronie Jeziora...

Na razie ad rem:


Żeby więc naocznie obadać sprawę znikniętej stacji, korzystając z wakacji i ogólnego zamieszkania, udało nam się przeprowadzić wizję lokalną.


Rzeczywiście - w czasie naszej dwukrotnej wizyty w Karwicy M. dwukrotnie pojawił się z otchłani szynobus, czy raczej SZT (spalinowy zespół trakcyjny), pojazd numer większy od szynobusu i - nie zatrzymał się! Dwukrotnie!

nie zatrzymał się

też się nie zatrzymał, nie miał gdzie

Jako się rzekło - stacja znajduje się pośrodku niczego (niczego sobie lasu) i prawdopodobnie ekonomiczny rachunek prawdopodobieństwa zdecydował o likwidacji przystanku, choć legendarnego, cbdu.

Mimo lata i środka wakacji nastrój mi w związku z tym faktem częściowo - skisł.

Skąd więc tytułowa - poza tytułową Kurwią - "nowa nadzieja"? A otóż i zagadało się do dziewczynki zamieszkującej jeden z (dwóch) domów Karwicy Mazurskiej. Nie omieszkałem nadmienić o moim przygnębieniu z powodu braku dawnej stacji. "Ale mają odbudowywać" - odparło na to dziewczę.

Naprawdę? W pieleszach domowych znów sięgnąłem po internet. I rzeczywiście! Ponoć istnieje nowy (przedwyborczy??) program rządowy "200 przystanków". Wśród stacyjek przeznaczonych do zbudowania od zera, odtworzenia lub remontu figuruje także Karwica Mazurska!
Nasuwa się co prawda pytanie, po co było pochopnie likwidować w pierwszej kolejności, no ale lepsze skasowanie i odtworzenie niż sama likwidacja, czyż nie.

Pozostaje więc kibicować realizacji rządowego programu, i przyglądać się, czy to wszystko prawda, a nie - na przykład - czcze mrzonki.





11 sierpnia 2020

Świnka, w morde



Na przykład - książę Zajączek herbu Świnka, urodzony w Kamieńcu Podolskim, barzanin, jakobin o samemu sobie nadanym demokratycznym nazwisku Arbuz, obrońca Pragi, właściciel folwarków Fajum i Aleksandria (pamiątka wojowania w Egipcie), beznogi inwalida znad Berezyny, namiestnik króla-cara...  (vide "Generał Arbuz", Marian Brandys).

A Ty? Jakiego jesteś herbu?





31 lipca 2019

27 września 2018

Pamięci Alojzego Towpika

Czy znacie Alojzego? Czy znany wam Alojzy? Alojzy?

Pewnie nie. Pewnie mało kto uświadamia sobie tę postać. A może szkoda? Może trzeba by ją jakoś upamiętnić?

Ludzie, a nierzadko i blogerzy, przypominają sobie o powstaniu warszawskim okolicznościowo, gdy wybije data pierwszego sierpnia. Potem, jakby, zapominają, co zresztą jest całkiem naturalne. Trudno pamiętać o tym cały czas, chociaż ja akurat prawie tak mam. O – a dziś właśnie – rocznica upadku Mokotowa…

A skoro Mokotów, to i m.in. Alojzy Towpik.

Oto 1 sierpnia 1944 przed godziną „W” następuje koncentracja oddziałów operującego na Mokotowie pułku Baszta, jeden z plutonów gromadzi się w byłej willi prezydenta Starzyńskiego na rogu al. Niepodległości i Szustra (dziś Dąbrowskiego). Rozdysponowana zostaje broń: dwa pistolety maszynowe, osiem karabinów, czterdzieści pistoletów na bez mała setkę ludzi. Pada komenda…


– Pluton – wymarsz! Drużyna pierwsza na czele!
Ogarnia nas zdumienie. Wtem ktoś z mojej drużyny woła:
–  Protestuję!
Podbiega „Szary” krzycząc:
–  Kto to powiedział?
–  Ja powiedziałem, ja protestuję jako obywatel i człowiek, toż to szaleństwo zaczynać teraz w biały dzień, a tu Niemcy pod bokiem!
– Stul pysk – wrzeszczy „Szary” – jak wy się nazywacie?!
– Starszy strzelec „Żarłoczny”.
Jeszcze przed sekundą wydawało się, że pluton pójdzie za głosem buntownika i odmówi wykonania rozkazu. Teraz na dźwięk komicznego pseudonimu czar pryska, chłopcy wybuchają śmiechem…


No cóż. I tak oto groźna mina buntu w imię zdrowego rozsądku została rozbrojona za sprawą zupełnie przypadkowego czynnika. Mocna, znamienna scena! Mokotowscy bojownicy wyruszyli więc na bój, a dla sporej części był to bój ich ostatni, nierzadko też ostatni dzień.

Wśród nich zaś i Alojzy Towpik. Jak pisze twórca relacji („W powstaniu na Mokotowie” Bronisław Wojciechowski), „Żarłoczny” „okazał się żołnierzem równie dzielnym, jak i wesołym”. Żartował ponoć, że jeśli polegnie, to prawdopodobnie przy zdobywaniu żywności. I tak się stało – zginął 11 sierpnia na folwarku przy ulicy Pyrskiej, będącym wysuniętą placówką obserwacyjną, jak i zapleczem zaopatrzeniowym mokotowskich oddziałów AK.

Nie ma już ulicy Pyrskiej. Nie ma oczywiście i folwarku. Dokładnie na ich miejscu istnieje dziś coś zgoła odmiennego…



Marzy mi się, by gdzieś wśród zawirowań przestrzennych tej lokalizacji pojawiło się jakieś skromne upamiętnienie dzielnego Alojzego Towpika, który zdobył się na głos sumienia w godzinie „W”, lecz życie sprawie swe oddał.


Mój prywatny nasłuch rzeczywistości wychwycił, że właśnie co, konkretnie w czerwcu tego roku, na łono Abrahama przeniósł się był również Jan Kurdwanowski. Kolejny żołnierz powstania - taki, który, jak widać, je przeżył. Autor wspomnień „Mrówka na szachownicy”.

Kapitalna książka, wliczając w to i jej wady! Jest to pozycja obowiązkowa tym bardziej, że można ją pobrać gratis i legalnie via sieć (ze strony kurdwanowski.pl). Dość powiedzieć, że autor – niemal przypadkiem – przeszedł cały szlak bojowy zgrupowania „Radosław”: z Woli na Starówkę – tutaj jako jeden z nielicznych żołnierzy batalionu „Chrobry” przeżył bombardowanie pasażu Simonsa (tylko dlatego, że zachciało mu się umyć) – kanałami do Śródmieścia i wreszcie na Powiśle Czerniakowskie, niechcący znów w piekło na ziemi…

Powoli dojrzewam do przeczytania po raz trzeci.

No, z drugiej strony, nie chcę już tak traktować tego powstania jak chłopca do bicia…


PS Cztery lata temu wpisałem wpis pt. „Żoliborz i Mokotów”. Stracił on na aktualności – w tym czasie odnowiono bowiem jeden z analogicznych budynków autorstwa Koszczyca-Witkiewicza, ten mokotowski. Pozostawiono kilka „ran” w murze na pamiątkę za szybką.

Odchodzą więc nie tylko ludzie powstania, ale i jego materialne ślady. Takie czasy.






6 czerwca 2018

Makatak i lądowanie obcych

No więc znaleźliśmy się znienacka w czerwcu, u schyłku wiosny i w oczekiwaniu na wjazd lata. W gruncie rzeczy jeszcze dwa tygodnie tej krotochwili, kiedy wciąż dzień jest dłuższy od najkrótszego, a nie odwrotnie: krótszy od najkrótszego. Przepraszam, że powtarzam własne bon-moty, ale ten wydaje mi się szczególnie trafny - tak to postrzegam w trakcie długiej, szarej zimy - od końca września po kwiecień...

Jak napisała mądra osoba (i to na swoim blogu): wiosną wszyscy czują, że przed nimi jakaś przyszłość. Potem, jesienią, to złudzenie pryska, wiadomo, że mamy już tylko przeszłość.

Stękanie nad kruchością nasłonecznienia w naszych szerokościach i głębokościach geograficznych - w podtekście: nad ulotnością czasu, wątłością trwania i przemijalnością wszechrzeczy - to chyba (niestety?) lejtmotyw tego blogu. Po prawdzie to wszak "sad", więc niby dotyczy go cykliczność i odnawialność pór roku, ale... Sad świadomy świata wie także, co to łezka za utraconą młodością.

Co do kwestii ściśle pogodowych, to napotkałem nieoczekiwanie zupełnie podobne dąsy wobec naszego klimatu w jednej z zeszłorocznych lektur: w dziennikach Anny Iwaszkiewiczowej. Krótka to, ale bardzo ciekawa pozycja, jak i nietuzinkowe są postacie - autorki i oraz jej notorycznego małżonka...

Dygresje.

Tymczasem wiosna wciąż się wzdyma. Po czereśniowych, jabłoniowych, bzowych - tych fioletowych i białych, jak i tzw. czarnych (choć też białych), akacjowych, pojawiły się i moje ulubione kwiaty.
Ulubiona zupa: grochówka, ulubiony malarz: Goya, ulubiony kwiat: mak.

Przepiekna to forma życia, gdy kwitnie, czerwienią rzucająca się we znaki i ceniona dlatego od różnych impresjonistów.


Gdy człowiek był młodszy, to myślał sobie, że takie kwiatki to rosną zawsze; gdzie się nie pójdzie i kiedy, to będą. Szczerze mówiąc - w ogóle o tym nie myślał. Z biegiem czasu, coraz bardziej odnotowuje się jednak sezonowość i sekwencyjność różnych rozkoszy.

Więc teraz jest właśnie ta pora makowa. To ciekawa roślina. Pomińmy znane (innym) właściwości wyciągu z jej łodyg, czy czego tam, tzw. opiatów... Otóż maki rosną nie wszędzie. Wygląda na to, że głównie tam, gdzie pojawił się człowiek i co nieco zrył podłoże. Na przykład: na nasypach autostrady A1. Wzdłuż linii kolejowej przy dworcu Gdańskim w Warszawie mieście. Na hałdach gleby przy budowie trasy S8... Itp.
A gdzie indziej maków jak na lekarstwo (sic!).

Czasem znów uświadczyć można całe ich pola, jakby celowo sadzone (ale nie wyglądają jak roślina uprawna do ciast i dla p.t. narkomanów...).

I takie pole właśnie uświadczyłem ku własnemu ukontentowaniu:


Ulubiony kwiat: mak.


Bonus sezonowy: coś, co wygląda na zmasowane lądowanie obcych z kosmosu, a co jest tylko przejawem mechanizacji rolnictwa.


Dolina Utraty, wieś Parole. Cztery mile od Warszawy, krajoznawcza i egzystencjalna pustka, złudzenie i zapowiedź krajobrazów.
Bezmakowie.






27 marca 2018

Epitafium dla nosorożca

Wśród wielu ostatnich mrożących krew w Żydach* newsów umknąć mógł przeciętnemu ich odbiorcy drobny, ale jakże brzemienny w znaczenia: otóż oddał Bogu ducha ostatni samiec nosorożca białego w odmianie północnej. (Pozostała jeszcze odmiana południowa, nosorożce czarne, oraz trzy podgatunki azjatyckie; populacje wciąż w trakcie kurczenia się).

Jeśli ktoś chce zobaczyć ostatnie dwie samice, niech czym prędzej bieży do Kenii.
A pomyśleć, że Sudan - bo tak nazywał się ostatni biały nosorożec - mieszkał tak niedaleko: w czeskim zoo w miejscowości Dvůr Králové nad Łabą.

Teraz już za późno.

O wymieraniu gatunków ludzkość wie nie od dziś, niemniej dziwny dreszcz przebiega przez nią, gdy dzieje się to tak naocznie, w blasku kamer i gdy dotyczy tak sążnistego (pod)gatunku.
Wielokrotnie zarzekałem się, że nie jest to blog okolicznościowy, reagujący na bieżącalia. Ale zawsze może wystąpić wyjątek od reguły.
Adieu, nosorożce północne!

Z braku właściwego wizerunku nosorożca białego - w zastępstwie - wizerunek również wyginiętego nosorożca betonowego z nieistniejącego Criterionu. Też nieco biały - od śniegu.


*) bon mot z lat 60. Antoniego Marianowicza, ponoć - wg niego - przywłaszczony sobie następnego dnia bez mrugnięcia powieką, ni bez copyrightu przez Słonimskiego.





3 lipca 2017

Nowe stwory pana W.


Krótki wstęp natury ogólnej, potem nieco namacalnego konkretu.

Sztuka wyrażająca się dotentychczas w formie malarstwa tudzież rzeźby zdechła - został smród. Niejednokrotnie mieliśmy okazję głosić tę prawdę.
Awangarda sprzed lat stu i półtorasta, która miała tchnąć nowe życie w zatęchły co nieco świat sztuki, stała się jej grabarzem.
Prowokacja artystyczna znana powszechnie pod hasłem "kopnął - rzygnął" jest świeża za pierwszym razem. Za każdym następnym potęguje dawkę śmiertelnej nudy i obnaża własną pustkę myślową. Choćby nie wiem, jak artysta podpierał się bełkotliwymi uzasadnieniami swych działań - własnymi, lub pochodzącymi od tych kleszczy sztuki, czyli jej krytyków i historyków.

Na szczęście podaż wszelkich działań artystycznych i pokrewnych jest tak obfita, że można znaleźć enklawy, w których sztuka zachowała się i trwa.
Jedną z nich jest ilustracja. W niej to utrzymane są służebne wobec odbiorcy funkcje użyteczności, sensu a także piękna.
W końcu wszak, czy dawne malarstwo i rzeźba - od malunków jaskiniowców, dzieł Fidiasza, przez freski Giotta po portrety Goi oraz pejzaże Moneta - nie były w czystej postaci ilustracją?

Znana jest u nas tzw. polska szkoła plakatu - dziś chyba ledwo żywa, ze względu na wyparcie afiszy filmowych odhollywoodzką masówką. Nie mawia się jednak o polskiej szkole ilustracji - a może powinno... Dość wspomnieć nazwiska: niedawno zmarłego profesora Stannego, Boratyńskiego, Dudzińskiego, Łoskota, Butenki, Siemaszkowej, Rychlickiego, Majchrzaka, Gaudasińskiej, Flisaka, czy - z młodszego pokolenia - Bruchnalskiego, Wasiuczyńskiej, Kołaczka, etc. - i to zawężając zjawisko do dziedziny ilustracji dziecięcej.
W tej plejadzie nie sposób pominąć Józefa Wilkonia.

Już opiewałem na łamach niniejszego kącika wynurzeń i fascynacji twórczość tego artysty, przy czym przeważnie chodzi o szczególnego rodzaju ilustrację: trójwymiarową, czyli w formie rzeźb, mówiąc po prostu. Jednym z przykładów jest warszawska karuzela na Bielanach, drugim "Arka" składowana w parku radziejowickim. Niestety, obydwa te obiekty ulegają stopniowej erozji - pierwsze za sprawą intensywnej eksploatacji, drugie na skutek działania czynników atmosferycznych oraz prawdopodobnie czysto ludzkich. Ostatnio bowiem ubyło aż sześć zwierząt od frontu, we wnętrzu zaś nie zachowało się ani jedno!

Ubytki wynagrodziło pojawienie się nowych dzieł mistrza. Są to: byk, hipopotam, słoń i lwica z małym.
Owszem, jest to działalność na poły ludyczna i dladziecięca. Ale to nie wada. Twórca jest tu przy tym prawdziwym demiurgiem, z pni drzew, kawałków drewna, nitów i gwoździ wyczarowując bestie "jak żywe", a jednocześnie naznaczone niezacieralnym piętnem swojej osobowości artystycznej. Tworzy coś z niczego, a jego twory są sztuczne w każdym znaczeniu tego słowa.







Końcowa refleksja natury ogólnej:
brak

Jedźcie do Radziejowic!





19 czerwca 2017

Podkrakowski pałac rupieci

Gdybym nie miał zwyczaju jeździć czasem elektronicznym palcem po mapie w programie G.Earth, być może nie dowiedziałbym się o istnieniu tego miejsca...


Zacznijmy od początku. Mikrodynastia malarska Kossaków składała się z osób trzech: Juliusza, Wojciecha i Jerzego. Zwykle uważa się, i pewnie słusznie, że im starszy Kossak, tym większy talent. Na Jerzym Kossaku ród się kończy - miał tylko córki. Jedna z nich jednak wyszła również za malarza, również krakowskiego, jeszcze przed wojną. On zaś, postać niezwykle barwna, został spadkobiercą fabryczki, czy raczej manufaktury na północnych przedmieściach Krakowa.

Dysponując pewnym majątkiem, poniechał produkcji i postanowił poświęcić się sztuce oraz pokrewnej swej pasji.

Otóż z ekscentrycznością graniczącą - niestety - z manią jął gromadzić w pofabrycznych halach wszelkiego rodzaju obiekty mogące przydać się w pracy malarskiej. Jako spadkobierca - chociaż po kądzieli - tradycji Kossakowskiej przede wszystkim skupił się na zbieraniu rekwizytów związanych z końmi, jeździectwem oraz militariów kawaleryjskich.

Tak więc spore połacie wnętrza wypełniają wypchane konie! Niestety, obecnie są mocno nadgryzione zębem czasu: wyleniałe, pogryzione przez mole, ukazują swe sypiące trocinami wnętrza i szkielety.

Lecz nie tylko! Setki metrów kwadratowych wypełniają dziesiątki rozmaitych rupieci, mechanizmów, części maszyn, rowerów, pojazdów...
Pasja, jak napisałem, przerodziła się jednak z biegiem czasu w manię. Zbieractwu zaczęło podlegać niemal wszystko, co jest trwałe i da się ustawić pod dachem.

Dość powiedzieć, że gdy w pewnej chwili chciałem tam skorzystać z ubikacji, musiałem kilkakrotnie upewniać się, czy sedes rzeczywiście jest podłączony do kanalizacji, czy jest tylko jednym z eksponatów-przykładów rozwoju formy tego rodzaju urządzenia, nim trafiłem na faktycznie służący swemu przeznaczeniu.

Sam obiekt jest bardzo ciekawy: zespół stanowi eklektyczny pałacyk z przełomu XIX i XX wieku, pełen zdobień, połączony bezpośrednio (co rzadkie) z budynkami i halami fabrycznymi. Te są zaś typowym przykładem budownictwa industrialnego z tamtego okresu: ceglane ściany, duże okna z drobnym podziałem żeliwnych szprosów. Należy dodać, że budowle są częściowo oparte o stare, austriackie fortyfikacje otaczające Kraków, już przestarzałe w latach przed I wojną światową.
Wszystko jest jednak w bardzo złym stanie: odrapane, częściowo bez szyb...

Niemcy i Rosjanie w czasie wojny i po niej nie zainteresowali się zespołem, tak samo rządy PRL. Nie uległ nacjonalizacji, pozostał własnością prywatną.
Przez lata opiekę nad tym szczególnym miejscem sprawowała córka malarza, zmarłego w latach 50. Musiała jednak przestać ze względu na poważne problemy ze zdrowiem. Szczęśliwie wyzdrowiała, pieczę jednak przejęła i zamieszkała tam jej z kolei córka, absolwentka, jak i jej dziad, ASP.

Miasto Kraków wspomaga finansowo utrzymanie tego miejsca. Nie są to kwoty wystarczające na przywrócenie świetności, czy choćby uporządkowanie ogromu spuścizny. Niemniej z tego względu raz w roku była manufaktura udostępniana jest dla zwiedzających.

Spóźniliśmy się troszeczkę na początek oprowadzania po salach pełnych najniezwyklejszych eksponatów. Zdążyłem jednak dowiedzieć się tego i owego od gospodyni szczególnego zbioru osobliwości. Potem za to była okazja dłużej z nią porozmawiać. Powiedziała, że mieszka już dłuższy czas w tym przedziwnym eremie, że dojazd do centrum jest trudny - w okolicy jest tylko jeden autobus dowożący do stacji pociągów podmiejskich. Na koniec czekało najlepsze: okazało się, że młoda dama tworzy przepiękne, zapierające dech w piersi ilustracje! A więc artystyczna tradycja rodu - chociaż po kądzieli - jest godnie podtrzymana.





24 kwietnia 2017

Stolec - zwycięstwo Henryka Brzuchatego

Dziś okrągła, siedemset czterdziesta rocznica zwycięstwa Henryka Brzuchatego pod Stolcem. Fragment zapomnianych dziejów nieistniejącego państwa - rozdrobnionej Polski Piastów.
To nie jest blog okolicznościowy, ale... Po prostu pewne jubileusze należy uwzględnić.

O samym Henryku - nieoczekiwanym (wobec drapaka, jakiego dał z pola jego ojciec i senior, Bolesław Rogatka) zwycięzcy spod Stolca -  już napomknąłem byłem na łamach niniejszej witryny własnej. Finał bitnego mimo warunków zewnętrznych księcia był bowiem zgoła smutny. Wspomniałem o nim (finale) jako gotowym materiale scenopisarskim na serial historyczno-sensacyjny dorównujący krwawością i splotami diabelskich intryg osławionej „Grze o tron”.

I co czytam ostatnio w środkach masowego rażenia? Oto znany a kontrowersyjny reżyser gromadzi ponoć środki i siły na serial historyczno-sensacyjny o Piastach i ich knowaniach oraz kopaniu dołków pod sobą nawzajem. No proszę!

Ciekawe, czy dzieło to wyjdzie poza banał historii o walce Bolesława K. ze Zbigniewem lub Bolesława Ś. ze Stanisławem biskupem... Czy weźmie pod uwagę postacie tak zapomniane jak dzielny Henryk Brzuchaty vel Gruby?

Tak czy inaczej - pamiętaj: dziś rocznica. Pijemy.





20 stycznia 2017

666

Tak się zamkowo zrobiło ostatnio, ale przerywamy tę passę.
Dziś wydanie nadzwyczajne - 666. A to - jak wiadomo - liczba bestii.


Ale także wszakże liczba to człowieka...





6 grudnia 2016

Dziadostwo

Ściślej mówiąc: pradziadostwo, a nawet prapra... babkostwo.

Otóż zaonegdaj, w trakcie przeglądania archiwaliów w Państwowym Archiwum Szpargałów w X., wyskoczyły nieoczekiwanie na widok własny niecodziennie frapujące, w formie urzędowych odpisów, dokumenta z życia - i nieżycia - osobistej własnej rodziny piszącego te słowa.

Nawiasem mówiąc, ciekawym zjawiskiem jest powszechna infantylizacja użytkowanych dawniej nazw rodzinnych, jak: dziad, babka, wuj itp.
Rzadko kto zwraca się do lub mówi o swoich przodkach & krewnych w ten sposób. Obowiązuje upupiony mocno dziadek, babcia, wujek...

Nr 1

Zamierzchłe świadectwo urodzenia pradziada a jednocześnie świadectwo mej niezaprzeczalnej warszawskości odpokoleniowej.
Nie jest ona - od razu spieszę nadmienić - jako rzecz z natury przypadkowa jakimś szczególnym przyczynkiem do (źle pojętej) chwały, ale pewnego rodzaju rzepem emocjonalnym sczepiającym emocjonalnie moje ja z tym brzydkim i śmierdzącym miastem (ale innych u nas nie ma). Na podobnych zasadach działa wszak elementarny patriotyzm ogólnokrajowy.

A więc pradziad Władysław urodził się w roku 1884, na ulicy hr. Berga (!). A świadkiem chrztu był m. in. niepiśmienny (!) obywatel Skierniewic (bliżej, i dalej, nieznany). Można zauważyć też, że chrzczone było średniopóźne dziecię.


Nr 2

Wzmiankowana wyżej matka Agnieszka wyżej chrzczonego odeszła z tego łez padołu w roku 1932 na stacji Tutowicze, co zaświadcza proboszcz z Sarn (Saren?). A więc myliłem się, pisząc w relacjach z Ukrainy, że nie mam związków rodzinnych z Wołyniem. Teraz okazuje się, że w rzeczonych Sarnach spoczywa moja praprababka, albo przynajmniej szczątki jej szczątków, atomy...

Co ją swoją drogą na ten Wołyń zagnało? Wakacje? Biznes?? Już się nie dowiem...


Nr 3

Dokument szczególnie wzruszający, bo - po pierwsze - dotyczący osoby, którą miałem zaszczyt znać osobiście, czyli mego dziada; po drugie - z uwagi na miejsce jego chrztu, jako syna obywateli Mokotowa (!), wyżej już wyświadectwowanego Władysława oraz Teofili z ...skich, lat 19 (!). Miejscem tym jest bowiem kościół parafialny świętego Michała, gdzie i mnie bez mała siedemdziesiąt lat później ochrzczono! (Choć co prawda świątynia istnieje dziś w innej, niż na początku XX wieku, formie). A żeby było już zupełnie rodzinnie-nadskarpowo, to i Em. udzielono w tym samym miejscu owego sakramentu...

Przypadek? Tak.






Ot, ciekawostkowe archiwalia stanowiące przyczynek do zgłębiania własnego drzewa ginekologicznego oraz zagłębiania się w żywą historię żywych ludzi, choć nieżyjących, oraz żywego miasta, choć przytrutego.





19 września 2016

Koneser


ksiądz Stanisław Staszic (1755-1826)





2 czerwca 2016

Piosenki Leonarda Cohena

Był raz jeden taki mistyk,
Lubił baby i z nimi styk.


Gdy ktoś znany umiera, to na początku jest wielkie halo i rwetes, i osoba ta jest na wszystkich ustach i sztandarach naraz. A potem zgiełk ucicha i cichcem denat zostaje odstawiony do muzeum figur woskowych, gdzie jego miejsce.
Wszystko to jest co nieco żenujące. A szczególnie autozażenowanie wzbudza własny udział w przyspieszonym - intensywnym a krótkim - kulciku pośmiertnym. Na przykład przy pomocy wpisów blogowych.
Niejednokrotnie zaznaczałem, że ten oto mój organ wypubliczniania się NIE JEST blogiem okolicznościowym. Chociaż szereg wpisów upamiętniających i apropośnych i tak tu się pojawił mimo tych zarzekań i zastrzeżeń. Ale nie lubię, gdy prywatna cybertubka występuje w takiej funkcji.

Dlatego chyba warto się pospieszyć i napomknąć o kimś ZANIM opuścił ten padół i rozpęta się szybkoschnący sabat wspomnień, bilansów i laurek. (Co nie znaczy w ogóle, że pytam, komu bije dzwon).
Kimś takim może zaś być na przykład - z tego, co słyszałem, ostatnio jeszcze żył - Leonard Cohen.

Sęk w tym, że nie mam zupełnie czasu, by mędzić o tej postaci tak długo i obficie, jak bym mógł - tym bardziej nikt nie miałby czasu tego czytać. O postaci zresztą pośrednio, a głównie o twórczości przez nią wytworzonej. Dlatego muszę się streszczać.

Napiszę więc o niej (o nim) tylko: to ważny i cenny artysta sceniczny!
W twórczości swojej odmalowuje się w sposób taki, że można okleić go epigramatem Jana Sztaudyngera użytym na wstępie jako motto.
To zaś jest oczywiście tematem na długie i ciekawe rozważania - lecz nie dziś i nie tutaj...

O twórczości zaś... No właśnie - jak ugryźć w ogóle taki temat wobec ograniczonych środków własnego wyrazu?
Może przez wskazanie najciekawszych (dla siebie) punktów z kolejnych płyt śpiewaka - po jednym z każdej?
Albo po dwóch.
Albo trzech. Ale nie więcej!

Album - rok.
Miejsce pierwsze, miejsce drugie, miejsce... itd.
No to jedziemy:

Songs of Leonard Cohen 1967
Po prostu. Debiut. Klasyk. Początek trylogii. I całej reszty.
1. One of Us Cannot Be Wrong - ach. Nawet biorąc pod uwagę kodę utworu i całej płyty zarazem.
2. Master Song - piosenka mało używana. A warto zauważyć choćby ciekawie pojawiające się w tle instrumentarium.
3. So Long, Marianne - hit, co poradzić. Ale za to wdzięku pełen!

Songs from a Room 1969
Druga część trylogii, i też klasyk. Ale unurzany w jakiejś upierdliwej drumli (ang. Jew's harp wszak)
1. You Know Who I Am - piosenka najładniejsza.
2. Tonight Will Be Fine - zabawna (sic!).
3. Story of Isaac - niełopatologiczny anty-woj protest-song. Idealny do nauki angielskiego (co rzekłszy, mam nadzieję, że nie deprecjonuję twórczego wysiłku autora).

Songs of Love and Hate 1971
Klasyyyyyyk! I trzecia część trylogii „songsowej” (przepraszam za to słowo). Wspaniała, gorzka pigułka. Prodepresant.
1. Sing Another Song, Boys - ni z gruchy, ni z pietruchy doklejony kawałek live (z wyspy Wight'70!), ale zawsze ulubiony. Mimo „koguta” wyciętego w wokalu.
2. Famous Blue Raincoat - KLASYYYYK! Ewokuje nastrój taki, że już tylko się powiesić.
3. Dress Rehearsal Rag - a jeśli kto przeżyje poprzednią, ta piosenka go dobije na amen.

Live Songs 1973
Uzupełnienie trylogii. A więc tetralogia. Jak sama nazwa wskazuje - piosenki na żywo.
A przy okazji jedyny „analog” kanadyjskiego barda w moich zbiorach. Rozkosznie mi szumiał i trzeszczał, gdy jeszcze miałem gramofon...
1. Improvisation - jeden z naprawdę nielicznych fragmentów instrumentalnych Cohena. Przypomina, że jest on TEŻ muzykiem. I to nie lada.
2. Please Don't Pass Me By - no, trzeba posłuchać. Przynajmniej raz.

New Skin for the Old Ceremony 1974
Chyba - bo bardzo trudno wskazać jednoznacznie, choć jednogłośnie - moja ulubiona płyta mistrza tego.
Świadczy o tym fakt, że NAPRAWDĘ nie wiem, co wybrać na trzystopniowe podium. Wszystko by się chciało tam wcisnąć.
Wszystkie piosenki są godne. Ba - godniejsze.
1. Who by Fire - niby hit, ale za to najbardziej „progresywny”. I z wybitnym towarzyszeniem niewieścim.
2. Leaving Green Sleeves - zajmująca przeróbka renesansowego evergreenu (tj. Greensleeves).
3. Take This Longing - o kurczę!
4. A... Miało nie być czwartej pozycji...

Death of a Ladies' Man 1977
Wstyd przyznać, ale jeszcze tej płyty nigdy nie przyswoiłem. Zawsze jednak coś jeszcze przede mną, nie?

Recent Songs 1979
Bardzo piękna, intymna a i chwilami ponura płyta. Co nieco też zapomniana. I zapoznana. I znowu „Songs”!
1. Gypsy Wife - apokalipsa w muzycznej pigułce.
2. Smokey Life - piękny duet z Jennifer Warnes o niebiańskim głosie.
3. The Guests - ujmujące nie mniej.

Various Positions 1984
Dłuższa przerwa, co, Cohenie? Pierwsza za to płyta, którą pamiętam graną w radio (i telewizji!)
Ale co lata 80., to nie 70. Muzycznie, ma się rozumieć. Synth-pop się kłania - głęboko.
1. If It Be Your Will - no.
2. Hallelujah - jakżeby nie?
2. Heart with No Companion - odrobina country nie zaszkodzi.

I'm Your Man 1988
Kulminacja ejtisów. Łezka i nostalgia, bo to i pierwsza młodość (z wielu później).
A na płycie - urocza dezynwoltura. Poczynając od banana z okładki.
1. Take This Waltz - tak. Tańczyło się do tego. Z pannami. No i Lorca.
2. First We Take Manhattan - oczywiście.
3. Ain't No Cure for Love - no nie?

The Future 1992
A to już „nasze czasy”, choć prawie ćwierć wieku minęło. Ale już byłem wówczas świadomym słuchaczem. Chociaż tę akurat pozycję przyswoiłem sobie nieco później, jakieś 15 lat temu. Z powodzeniem!
1. Democracy - hymn!
2. The Future - w sumie też.
3. Anthem - a to nawet i z nazwy. There is a crack in everything. That's how the light gets in.

Ten New Songs 2001
Miał już nie nagrywać - pamiętam, że taką informację przeczytałem w recenzji kolejnej składanki w 1998 roku - ale oto nagrywa dalej. Trzeba wszak dorobić do emerytury.
Nie śpiewa już atoli, a mruczy i mamrocze jeno. W śpiewie wyręczają go za to różne panie, m. in. uwieczniona na okładce ciemnolica pieśniarka. Razem jakoś dają radę. Zapamiętałem jak dotąd np.
1. In My Secret Life
2. Alexandra Leaving

Dear Heather 2004, Old Ideas 2012, Popular Problems 2014.
Nic o ww. płytach powiedzieć nie mogę, bo ich nigdy nie słyszałem.

Za to jeszcze w 2001 wyszła
Field Commander Cohen – Tour of 1979
Bardzo dobry koncert. Chwalebne repetytorium z materiału Recent Songs i z tymi samymi muzykami: Jennifer Warnes - paszcza, John Bilezikjian - ud, Raffi Hakopian - skrzypce, zespół The Passenger. No i ta wersja -
1. Memories - ! Co za dancing!
2. Lover Lover Lover - skarga z New Skin... poparta niesamowitą lutnią ud.

Bonus specjalnie dla naszych słuchaczy:
Tego na płytach nie znajdziecie.
Wyszło tylko jako singiel i tylko we Francji.
Na żywo, czerwiec 1976 roku. Funk!


I'm 41, the moon is full.
You make love very well.
You touch me like I touch myself,
I like you, mademoiselle.


Hmmm... A więc jednak jest okolicznościowo, he, he*.

*) a na dodatek wpis nr 600.


Do łodzi podwodnej zabieram:
82. Leonard Cohen - Songs of Leonard Cohen  1967
81. Leonard Cohen - Songs of Love and Hate  1971
80. Leonard Cohen - New Skin for the Old Ceremony  1974
79. Leonard Cohen - Recent Songs  1979
78. Leonard Cohen - The Future  1992





15 maja 2016

Wieżowce cz.1 (moja rozmowa z Zahą Hadid)

Przypadkiem, odsuwając szafę, znalazłem projekt, szkic tekstu na wpis blogowy, który został zaczęty i porzucony. Jak świadczy zawarta w nim data, datuje się on na dwa lata nazad. Postać w nim wspomniana zdążyła od tamtego czasu żyć i umrzeć.
Mimo to, a może dlatego, publikuję ów tekst po niewielkich uzupełnieniach redakcyjnych, lecz bez rozwinięcia naczelnego tematu. Oto on:


Jeden z czołowych periodyków szykuje plebiscyt wydarzeń i zjawisk warszawskich 25-lecia (1989-2014). Faworytem wydaje się - przynajmniej mnie, bo sam bym tak głosował - otwarcie metra. Ale wśród innych propozycji jest też punkt „wieżowce”.
Że niby zaistnienie wielu wysokościowców w przestrzeni miasta, to zjawisko pozytywne, ba, powód do dumy i przyczynek przybliżania się Warszawy do standardów metropolii europejskiej? Dla wielu osób pewnie tak jest. Dla mnie nie.

Śródmieście Warszawy szpecą rozsiane gdzieniegdzie bloki, osobne lub w skupiskach. Samo bycie blokiem nie jest jeszcze niczym złym, ale gdy istnienie bloków zaczyna definiować obraz miasta - robi się gorzej.

Wieżowce to nic innego jak przerośnięte bloki. W ich przypadku wyjątkowo często sprawdza się zasada dotycząca złej architektury, którą sam sformułowałem:

są albo banalne, albo pretensjonalne.

Nieliczne charakteryzują się umiarkowaną prostotą nie będącą prostactwem. Są to te najwcześniejsze (Pałac Kultury jest poza klasyfikacją) - „Dwie wieże” (J. Skrzypczak & co.) i trzy jednakowe (kompozycja!) wieżowce mieszkalne Ściany Wschodniej (Z. Karpiński & co.). Potem było na ogół już tylko gorzej.

Ale co można zrobić? O wieżowcach kolega P. H. napisał w swoim blogu „mleko już się rozlało”. To prawda. Na dodatek wciąż ciecze szeroką strugą.
Na tę okoliczność przytaczam moją rozmowę ze światowej sławy architektką pochodzenia irackiego, czołową przedstawicielką dekonstruktywizmu (nurt eksploatujący pretensjonalność!), Zahą Hadid.

Moja rozmowa z Zahą Hadid.
- Po co pani tu przyjechała z tymi projektami. Niech pani wraca, nikt pani nie zapraszał - mówię tak, choć wiem, że to nieprawda, przecież właśnie zapraszał.
- OK, here's the deal - mówi Zaha Hadid. - Zostaję tutaj z moimi projektami.
- A druga część umowy? - pytam.
- Spierdalasz - mówi po polsku Zaha.


Cóż.




19 kwietnia 2016

Wtem!

Panowie mówią, że mieli dostęp do rzucanych na rynek komiksów...
Ja nie - ale za to mogłem pochwalić się (kolegom w podstawówce, sąsiadce itd.) czym innym:


Ha?!





31 marca 2016

Drętwa mątwa idzie po Ciebie


Już pewnie jest pod Twoim domem. Obserwuje Cię.





28 sierpnia 2015

Borów - dwór

Tu jest blog, i tu się bloguje.


Nazbierało się tędy-siędy różnych ciekawych obiektów, można je więc zwolna powsypywać w to medium.
Oto jeden z nich: dwór w Borowie, w Ziemi dawniej Łęczyckiej, obecnie Łódzkiej.


Zbudowany w XIX wieku, przebudowany w zeszłych latach 20. Należał do Grabskich, stąd pochodzą więc i bracia-politycy Grabscy Stanisław i Władysław. Popiersie tego drugiego, twórcy reformy monetarnej z lat II Rzeczypospolitej, figuruje przy gazonie przed dworem.


W chwili, gdym tam bawił, posiadłość należała - ausgerechnet - do Skarbu Państwa, ale stan ten mógł ulec już zmianie. Pies obszczekał, ale nie gryzł.


Na zabudowaniach byłego folwarku, a potem b. PGR-u, odkryć można prehistoryczne inskrypcje o treści propagandowo-zagrzewającej typu „gadaj zdrów”.


Przykład borowski jest budujący, gdyż ukazuje dwór wyzuty po wojnie z właścicieli i popegieerowski, lecz pozostający w bardzo dobrej kondycji.
Nie jest to wszak powszechny stan tego typu budowli, o czym przekonać będą mogły następne ogniwa cyklu, w okowy których już dziś awansem zapraszam.


PS Nawet nie trzeba czekać na ogniwa - dostałem cynk, że dwór drewniany w Dziektarzewie rozpadnięto już prawie do szczętu.





24 sierpnia 2015

„Leszek Biały”

Kanikuła, albo Psia Gwiazda, sypanym na ziemię żarem ostudziła skutecznie ruch w blogosferze. Internet z wolna obumiera. Ale, skoro podjęło się raz blogowanie, należy kontynuować to w imię konsekwencji i zgodnie z nakazem uczciwości.

Poniewiaż - jak widać patrząc poniżej - w poprzednich wpisach wylało mi się z serca sporo wielkoformatowych oblicz ulubionego miasta, Warszawy, należałoby zrównoważyć to wklejając na czarne tło odpowiednio długi tekst. Ale - dopiero co stałem się świadkiem talmudycznej dyskusji dwóch kamratów, w której nie chodziło o spór, wyrażenie punktu widzenia czy wyciągnienie konkluzji. Chodziło tylko o werbalną prezentację wszystkiego, co się wie na dany temat. Było to dość męczące.

Poprzestańmy więc na pouczającej anegdocie historycznej. Historia magistra, jak wiadomo, vitae est.

Gdybym był piwowarem, stworzyłbym markę „Leszek Biały”.

Książę ten trzynasto-przeważnie-wieczny, Piast naturalnie, syn Kazimierza Sprawiedliwego i Heleny (w stroju niedbałem), został władcą krakowskim wskutek decyzji lokalnych możnowładców, nie bez przygód i przerw w dostawie tronu. W poszukiwaniu alternatywnego wsparcia politycznego, kokietował więc i Kościół, m. in. poprzez zobowiązanie się do udziału w (piątej) krucjacie do Ziemi Świętej.
Potem jednak z tych obietnic wycofał się, proponując w zamian papieżowi indywidualną, rodzimą krucjatkę na Prusy.
Co ciekawe - koncepcja księcia zakładała podbój nie zbrojny, a raczej cywilizacyjno-psychologiczny. Postulował bowiem stworzenie grodu, który stałby się dla Prusów centrum handlowym, gdzie mogliby zaopatrywać się w poszukiwane a deficytowe u siebie towary (sól, broń, surowce). Dzięki takiej przynęcie, można by pogan przyciągnąć i do wiary chrześcijańskiej. Może szkoda, że planów tych nie wdrożono, pozostając przy tradycyjnej rąbance mieczami. Na dodatek tak niefortunnej, że braciszek księcia - władca Mazowsza - musiał ostatecznie sprowadzić cwanych gastarbeiterów w białych pelerynkach.

Ale - ad piwo - swoje wycofanie z akcesu do krucjaty, Leszek uzasadniał papieżowi także tym, iż w Palestynie nie mają piwa, a bez niego ani rusz.
Swój chłop.

A „Leszek Biały” mógłby być pszeniczny.


tableau z motywem z epoki, Jędrzejów





6 marca 2015

Andrejewski Uzwiz

Co to jest życie? Życie to jest czas dany człowiekowi na przeczytanie tych wszystkich książek, których jeszcze nie przeczytał. 
To była uwaga natury ogólnej. A teraz szczegóły, czyli do tzw. rzeczy.
Przyszedł był niedawno, jakoś w zeszłym roku, w moim życiu moment na przeczytanie znanej, a jeszcze nie czytanej książki: „Doktor Żywago”. Mój Boże. Takiej bzdury dawno nie widziałem. W sumie władze radzieckie miały trochę racji nie uznając nobla dla Pasternaka i zabraniając mu przyjąć nagrodę... Nie - odszczekuję. Władze radzieckie racji mieć nie mogły, zwłaszcza w odniesieniu do pisarza, jak na warunki stalinowskie, bezkompromisowego i niezeszmaconego.


Może nobel należał się wówczas za samo ostatnie zdanie książki: 
Wprawdzie uzdrowienie umysłów i swoboda, których się spodziewano po wojnie, nie nastąpiły wraz ze zwycięstwem, jak tego oczekiwano, ale mimo to przeczucie wyzwolenia unosiło się w powietrzu przez wszystkie powojenne lata i stanowiło ich jedyną historyczną treść.”?


W sumie więc wartość „Doktora Żywago” widzę w napomknięciu mimochodem raz i drugi, w samej końcówce, o Gułagu, o stalinowskim terrorze, który przeczołgał do szczętu naród rosyjski, a zwłaszcza jego kwitnącą gałąź-inteligencję. Panoramą bowiem jej losów w tużprzed- i porewolucyjnej Rosji powieść ma ambicję być.
O czym jest w rzeczywistości? W rzeczywistości opowiada o perypetiach młodego lekarza, wynikających w dużej mierze z faktu, iż pragnie on wtykać swój członek w inną niewiastę, niż poślubił. W efekcie fata miotają nim po arenie wydarzeń. Bohaterami drugoplanowymi też miotają, a areną tą jest bezkres matki-Rosji. Przy tym wszystkim, protagoniści bezustannie w tym śnieżnym bezkresie na siebie wpadają, stykają się i spotykają, jakby Rosja to był Piotrków Trybunalski. Może to jakaś wielka metafora literacka, a ja się na metaforach, przenośniach i przypowieściach nie znam. W każdym razie - cierpi na tym szary realizm powieściowy...


Całość natomiast polana jest dość nieznośnym modernistycznym sosem. Zresztą, posłuchajcie:
Znieruchomiała i przez kilka chwil nie mówiła, nie myślała i nie płakała, okrywając trumnę, kwiaty i ciało całą sobą, głową, piersią, duszą i swymi dłońmi, wielkimi jak dusza. Wstrząsały nią powstrzymywane łkania. Dopóki mogła, walczyła z nimi, ale nagle stawało się to ponad jej siły, i łzy oblewały jej policzki, suknię, ręce i trumnę, do której się tuliła. Nic nie mówiła i nie myślała. Szeregi myśli, wspólnych pojęć, wiadomości i oczywistości same przez się mknęły, pędziły poprzez nią jak obłoki po niebie, jak w czasie ich dawnych nocnych rozmów. Oto, co dawało jej kiedyś szczęście i poczucie wyzwolenia. Wiedza nie umysłu, lecz serca, gorąca, przekazywana sobie nawzajem, instynktowna, spontaniczna. Takiej wiedzy pełna była i teraz, ciemnej, niepojętej wiedzy o śmierci, gotowości do niej, odwagi. Jak gdyby już dwadzieścia razy żyła na świecie, wciąż traciła Jurija Żywagę i zebrała w sercu tyle doświadczenia, że wszystko, co odczuwała i robiła przy tej trumnie, było właściwe i na miejscu. O, jakaż to była miłość, swobodna, niezwykła, do niczego nie podobna! Oboje myśleli tak, jak inni śpiewają.” I tak dalej. Rozbawienie i irytacja.


Swoją drogą, ciekawe, jak wygląda słynna holiłódzka brytyjska adaptacja tej ramoty z Omarem Shariffem, Geraldine Chaplin i Julią Christie  Aż strach pomyśleć.

Ale wiersze - „wiersze Jurija Żywagi”, umieszczone jako „aneks” - są dobre.


Pretensjonalnemu i śmiesznemu dziełu niezłomnego Pasternaka mogę przeciwstawić dziełko mniejsze, bardziej intymne, zakrojone na skromniejszą skalę i choć dorównujące może „Doktorowi” pewnym sentymentalizmem, to napisane z autentycznym, niekłamanym talentem, a co więcej z czystoludzką prostotą.
Powieścią na podobny temat, czy o podobnym motywie (rosyjskiej inteligencji stojącej w obliczu kopania jej po tyłku przez historię), którą potencjalnemu latającemu czytelnikowi mogę polecić z czystym sercem i lśniącym sumieniem o aromacie pigwy (zaczynam jak Pasternak?), jest „Biała Gwardia” Bułhakowa. Jednego z moich, notabene, ulubionych opowiadaczy. I także przeczołganego przez System, choć nie aż tak, jak Mandelsztam, Pilniak, czy ci bohaterowie „Doktora Żywago”, którzy spotykają się w epilogu...


Zakrojenie to dotyczy zarówno skali czasu, jak i obszaru geograficznego, w jakim poruszają się postacie. Książka opowiada bowiem o tym niezwykłym - a trochę i nieznanym szerzej, jak się zdaje - okresie historii Kijowa, kiedy i stolica ta, i autor byli świadkami „dziesięciu kolejnych zmian władzy”.
Podobnie jednak, jak i inne wczesne dziełka Bułhakowa, przepełnione jest miłością do rodzinnego miasta, a taka miłość zasługuje na naszą sympatię i szacunek. Aczkolwiek dociera się tu do problemu, jak to się mówi: na czasie. Bułhakow jest Rosjaninem, a jego Kijów jest miastem rosyjskim.
Z tym zrusyfikowaniem - choć z pewnością innym niż wiek temu - zetknęliśmy się osobiście w czasie naszej wakacyjnej ukrainistyki półtora roku temu. Język rosyjski wydaje się dominować w stolicy Ukrainy. Co dopiero musi być tam, na wschodzie tego kraju?


Wróćmy jednak do Bułhakowa, literatury, historii i geografii.
Spróbujmy wyliczyć te „dziesięć zmian władzy”, w Kijowie w okresie Wielkiej Wojny i Rewolucji, o których pisał:
1. car - wiadomo, do III.1917
2. rząd Kiereńskiego po rewolucji lutowej, III.1917
3. Centralna Rada Ukraińskiej Republiki Ludowej, XI.1917
4. bolszewicy (I raz), II.1918
5. CR i Niemcy, III.1918
6. „Hetman” Skoropadski, IV.1918
7. Dyrektoriat Państwa Ukraińskiego (Petlura), XII.1918
8. bolszewicy (II raz), II.1919
9. Ukraińska Armia Halicka, VIII.1919
10. „Biali” - Denikin, IX.1919
11. bolszewicy (III raz), XII.1919
12. Polacy i Petlura, V.1920
13. bolszewicy (IV raz), VI.1920

A więc nie dziesięć, a dwanaście. Z tym, że ostatnich Bułhakow już nie doświadczył. Polaków w Kijowie nie doczekał się, bo wcześniej zmobilizowała go „Biała” Armia Ochotnicza Denikina i wywiozła jako lekarza wojskowego na Kaukaz...
No, Ukraińców zaś Bułhakow nie kochał, a Petlury wręcz nienawidził. Niestety uczucia te nie wzięły się znikąd - motyw zakatowania w zimową noc przy kijowskim moście Żyda przez ukraińskiego atamana powraca w tylu utworach pisarza, że wydaje się być naocznym świadectwem. Chociaż - należy dodać - okrucieństwo było ówczesną normą postępowania każdej ze stron obrotowej sceny politycznej.


Co z geografią? Geografią „Białej Gwardii” jest czule nienazwane z nazwy miasto Kijów, a jej epicentrum - dom rodziny Turbinów przy „Aleksiejewskim Zjeździe”, numer 13.
Tak więc książka zalicza się do tego niezwykle cennego i cenionego przeze mnie odłamu literatury, który opisuje konkretne i namacalne miejsca oraz obiekty. Wspomniany dom znajduje się w połowie Andrzejewskiego - jak w rzeczywistości brzmi jego nazwa - Zjazdu, krętej i - jak owa nazwa wskazuje - opadającej ku rzece ulicy porastanej rozmaitymi domkami z ubiegłych stuleci, a której nazwa bierze się od górującego nad nią soboru świętego Andrzeja w stylu rusko-barokowym. Sam Bułhakow - w młodości - mieszkał przy Andrejewskim Uzwizie, co wraz z faktem, iż był z wykształcenia lekarzem, pozwala dostrzec w głównym bohaterze powieści autobiograficzne połyski...
Aha. No i opisuje te zmiany władzy, prowokacje, tłum, te bezsensowne obrony i żenujące natarcia, te niepotrzebne śmierci... Jakoś znajome.

Trochę mi się ten wpis rozwił w dygresjach, jak wije się Andrejewski Uzwiz.
Tymczasem nad Kijowem zapadł zmrok, a Konaszewicz-Sahajdaczny na Padole macha do nas buławą.






30 grudnia 2014

X / XX



Tak się zrobiło rocznicowo i okolicznościowo ostatnio w tym blogu, chociaż zwykłem się zarzekać, że nie jest okolicznościowy... Ale co tam. Jadziem z tym dalej.

2014 - rok pełen rocznic, jak już nadmieniałem, w sferze prywatnej odznacza się również dziesięcioleciem istnienia psa Alebotena (por. wpis stosowny).
Oraz, co więcej, dwudziestoleciem istnienia nas, to znaczy wspólnego istnienia z Em.

Oba zjawiska na zdjęciu. Normalnie aż takiej prywaty na łamach nie poruszam, chociaż tak miał w zamierzeniu wyglądać niniejszy blog. Ale jestem ogromnie sentymentalny i czasem daję temu wyraz. Czasem nawet niejeden. Samo zdjęcie nie ma jeszcze okrągłego jubileuszu, ale bierze się ze skanera, a więc sprzed lat. Pochodzi też ze spaceru po zamarzniętej rzeczce Wilanówce (od ulicy Vogla po Sągi/Wiechy i z powrotem), a więc ḁturażu wpisującego się w obecnie obowiązujący za oknem.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...