Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia i historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia i historie. Pokaż wszystkie posty

16 września 2021

Obrazek z czasów Imperium Osmańskiego

Pachnie potem paszy pacha
- to odpycha padyszacha.
Kapie pot spod pachy paszy
do półmiska pysznej kaszy.
Fuj, nieładnie, fuj, ohydnie.
Pasza władcy wnet obrzydnie.
Gdy obrzydnie sułtanowi,
sułtan szepnie wezyrowi,
wezyr skrobnie piórem gęsim 
i odczyta: "Kęsim! Kęsim!"
Janczar szybko szablą świśnie, 
paszy jucha z szyi tryśnie.
Juchą już, nie potem, broczy
Głowa się zaś jego toczy...

Tak opuścił padół pasza,
Sułtan duma "dobra nasza".
Lecz wtem węszy - potem capi!
Przepocone ma Topkapi!
15 IX 2021




28 kwietnia 2021

Sąsiad skurwysyn

Wybitny paszkwil na Polskę i Polaków, ale przede wszystkim na życie w ogóle, film "Dzień świra" kończy się, jak wiadomo, pamiętną sceną modlitwy mieszkańców warszawskiego blokowiska za bliźniego: 

Gdy wieczorne zgasną zorze,
zanim głowę do snu złożę,
modlitwę moją zanoszę
Bogu Ojcu i Synowi:
Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
tylko mu dosrajcie, proszę.

itd. 

Paszkwil ma swoje prawa i gdyby mnie kto pytał, powiedziałbym, że aż tak źle nie jest... Nie mam wroga w sąsiedzie i vice versa, i to samo powiedzieć mogą zapewne rzesze rodaków.

Nasi sąsiedzi są naszymi dobrymi znajomymi - były imprezki, jakieś wspólne działania itp. To samo pamiętam z bloku rodzinnego w czasach młodości. Z drugiej strony - dosłownie i w przenośni - mieszka jakiś nieznany nam facet (za ścianą, ale z dostępem od innej klatki), który ma zwyczaj popalać na balkonie, "ananas leci smród". Cóż, więc jednak może coś jest na rzeczy...

Wielowariantowa legenda miejska, czy jak to nazwać, została mi ongiś przedstawiona w następującym brzmieniu:

Pewien gość za czasów PRLu skorzystał ze środków psychodelicznych. W trakcie tripu doznał iluminacji i objawiony mu został sens wszechrzeczy. Olśniony, by nie umknęła mu ta wiedza, zapisał esencję poznania na karteczce i odpłynął w sny. Pomny wrażeń z minionej nocy, nazajutrz chciwie sięgnął po zapiski. Widniały tam jednak tylko dwa słowa: SĄSIAD SKURWYSYN.

To z kolei jako żywo przywodzi na myśl legendę herbową znaku Jelita, godła m. in. rodu Zamoyskich, od której bierze się jego dewiza. Oto rycerz Florian Szary doznał ran w bitwie pod Płowcami - trzy krzyżackie kopie wypruły mu flaki, skąd nazwa herbu i jego wizerunek. Po walce zastał go leżącego na pobojowisku król, który z troską spytał swego rycerza, czy bardzo cierpi. To mniey boli - odparł wojownik - niż sytuacja z sąsiadem, jakiego mam. A jest to sąsiad skurwysyn. 

A zatem mamy do czynienia z czcigodną, staropolską tradycją... "Pan Tadeusz", "Zemsta", "Paweł i Gaweł", "Sami swoi"... "Sąsiedzi" Grossa... Wiem, przegiąłem. Lepiej "Sąsiedzi" - czyli Pat a Mat ("A je to") z czeskich filmików.

Właśnie - jak jest za granicą? 

Otóż mieszkając przez czas jakiś za niąż - było to nad morzem - natknęliśmy się w czasie spaceru na pływające w wodzie wiklinowe (a może rattanowe) fotele, o:


Niemal bez słów uzgodniliśmy, że jeden z nich staje się naszym łupem: wyłowiliśmy z odmętów, zanieśliśmy do domu i postawili na balkonie, żeby odciekł z wody, szlamu i morskich stworów. Następnego dnia zawitała do nas... policja w związku z doniesieniem, iż jakoby zajumaliśmy wiklinowy fotel z ogródka nieczynnej już wieczorową porą restauracji nadbrzeżnej. Sąsiedzi - skurwysyny - czujnie czuwali!
Na szczęście stróże prawa dali wiarę naszemu prostemu zeznaniu prawdy - świadczyły o niej zaschnięte na denacie wodorosty - i wynieśli się unosząc w dal nasze niedoszłe trofeum...

Jaki z tego wszystkiego morał? Dobre współżycie z sąsiadem (bez podtekstów) jest drobną częścią ogólnej sztuki życia i radzenia sobie z Sartre'owskim "piekło to inni". Nawet, gdy sąsiad skurwysyn.





11 sierpnia 2020

Świnka, w morde



Na przykład - książę Zajączek herbu Świnka, urodzony w Kamieńcu Podolskim, barzanin, jakobin o samemu sobie nadanym demokratycznym nazwisku Arbuz, obrońca Pragi, właściciel folwarków Fajum i Aleksandria (pamiątka wojowania w Egipcie), beznogi inwalida znad Berezyny, namiestnik króla-cara...  (vide "Generał Arbuz", Marian Brandys).

A Ty? Jakiego jesteś herbu?





28 czerwca 2020

Bitwa wygrana, wojna - to zależy

Dziś kolejna okrągła rocznica zwycięstwa wojsk Rzeczypospolitej nad Moskwą pod Połonką (29 VI 1660).

Wspominałem o tym wydarzeniu historycznym ostatnio w rozmowie na temat świętowania / nieświętowania porażek / sukcesów w Polsce w kontekście zapomnienia przez pamięć zbiorową i tej wojny, i zwycięstw w niej odniesionych (po osłabiającej państwo wojnie domowej z Chmielnickim, po porażkach pierwszej fazy najazdu rosyjskiego, no i wreszcie po kompletnie wyniszczającym "potopie" szwedzkim!), last but not least - konsekwencji tego konfliktu obecnych w geopolityce do dziś: podziału Ukrainy między Rosję a Polskę.

Wspomniałem o nim (wydarzeniu, zwycięstwie) także siedem bez mała lat temu, przy okazji wpisu refleksyjno-historycznego z Ukrainy, a to w kontekście rozbieżności treści w Wikipedii rodzimej, angielskiej i rosyjskiej. Tableau:


Miło mi więc donieść - w kontekście dzisiejszej rocznicy - o wypracowaniu przez te siedem lat zbliżenia wersji wydarzeń w trzech wspomnianych wydaniach Wikipedii:


Jak widać, dysproporcja sił (na korzyść Rosji) obecna w pierwotnej polskiej - ale i angielskiej - redakcji, wyparowała. Stopniały też fantastyczne liczby strat moskiewskich, przyjmując, o dziwo, rozmiary wskazywane pierwotnie w redakcji rosyjskiej.
Jakżeż przyjemnie, że doszło do pokojowego porozumienia ponad podziałami, rewizjonizmu i zbliżenia stanowisk. To budujące. 

Pożyteczna jest też szczepionka zdrowego sceptycyzmu wobec źródła wiedzy, jakim jest Wikipedia, oraz w ogóle - wobec wszelkich źródeł informacji, dezinformacji i deformacji.






27 września 2018

Pamięci Alojzego Towpika

Czy znacie Alojzego? Czy znany wam Alojzy? Alojzy?

Pewnie nie. Pewnie mało kto uświadamia sobie tę postać. A może szkoda? Może trzeba by ją jakoś upamiętnić?

Ludzie, a nierzadko i blogerzy, przypominają sobie o powstaniu warszawskim okolicznościowo, gdy wybije data pierwszego sierpnia. Potem, jakby, zapominają, co zresztą jest całkiem naturalne. Trudno pamiętać o tym cały czas, chociaż ja akurat prawie tak mam. O – a dziś właśnie – rocznica upadku Mokotowa…

A skoro Mokotów, to i m.in. Alojzy Towpik.

Oto 1 sierpnia 1944 przed godziną „W” następuje koncentracja oddziałów operującego na Mokotowie pułku Baszta, jeden z plutonów gromadzi się w byłej willi prezydenta Starzyńskiego na rogu al. Niepodległości i Szustra (dziś Dąbrowskiego). Rozdysponowana zostaje broń: dwa pistolety maszynowe, osiem karabinów, czterdzieści pistoletów na bez mała setkę ludzi. Pada komenda…


– Pluton – wymarsz! Drużyna pierwsza na czele!
Ogarnia nas zdumienie. Wtem ktoś z mojej drużyny woła:
–  Protestuję!
Podbiega „Szary” krzycząc:
–  Kto to powiedział?
–  Ja powiedziałem, ja protestuję jako obywatel i człowiek, toż to szaleństwo zaczynać teraz w biały dzień, a tu Niemcy pod bokiem!
– Stul pysk – wrzeszczy „Szary” – jak wy się nazywacie?!
– Starszy strzelec „Żarłoczny”.
Jeszcze przed sekundą wydawało się, że pluton pójdzie za głosem buntownika i odmówi wykonania rozkazu. Teraz na dźwięk komicznego pseudonimu czar pryska, chłopcy wybuchają śmiechem…


No cóż. I tak oto groźna mina buntu w imię zdrowego rozsądku została rozbrojona za sprawą zupełnie przypadkowego czynnika. Mocna, znamienna scena! Mokotowscy bojownicy wyruszyli więc na bój, a dla sporej części był to bój ich ostatni, nierzadko też ostatni dzień.

Wśród nich zaś i Alojzy Towpik. Jak pisze twórca relacji („W powstaniu na Mokotowie” Bronisław Wojciechowski), „Żarłoczny” „okazał się żołnierzem równie dzielnym, jak i wesołym”. Żartował ponoć, że jeśli polegnie, to prawdopodobnie przy zdobywaniu żywności. I tak się stało – zginął 11 sierpnia na folwarku przy ulicy Pyrskiej, będącym wysuniętą placówką obserwacyjną, jak i zapleczem zaopatrzeniowym mokotowskich oddziałów AK.

Nie ma już ulicy Pyrskiej. Nie ma oczywiście i folwarku. Dokładnie na ich miejscu istnieje dziś coś zgoła odmiennego…



Marzy mi się, by gdzieś wśród zawirowań przestrzennych tej lokalizacji pojawiło się jakieś skromne upamiętnienie dzielnego Alojzego Towpika, który zdobył się na głos sumienia w godzinie „W”, lecz życie sprawie swe oddał.


Mój prywatny nasłuch rzeczywistości wychwycił, że właśnie co, konkretnie w czerwcu tego roku, na łono Abrahama przeniósł się był również Jan Kurdwanowski. Kolejny żołnierz powstania - taki, który, jak widać, je przeżył. Autor wspomnień „Mrówka na szachownicy”.

Kapitalna książka, wliczając w to i jej wady! Jest to pozycja obowiązkowa tym bardziej, że można ją pobrać gratis i legalnie via sieć (ze strony kurdwanowski.pl). Dość powiedzieć, że autor – niemal przypadkiem – przeszedł cały szlak bojowy zgrupowania „Radosław”: z Woli na Starówkę – tutaj jako jeden z nielicznych żołnierzy batalionu „Chrobry” przeżył bombardowanie pasażu Simonsa (tylko dlatego, że zachciało mu się umyć) – kanałami do Śródmieścia i wreszcie na Powiśle Czerniakowskie, niechcący znów w piekło na ziemi…

Powoli dojrzewam do przeczytania po raz trzeci.

No, z drugiej strony, nie chcę już tak traktować tego powstania jak chłopca do bicia…


PS Cztery lata temu wpisałem wpis pt. „Żoliborz i Mokotów”. Stracił on na aktualności – w tym czasie odnowiono bowiem jeden z analogicznych budynków autorstwa Koszczyca-Witkiewicza, ten mokotowski. Pozostawiono kilka „ran” w murze na pamiątkę za szybką.

Odchodzą więc nie tylko ludzie powstania, ale i jego materialne ślady. Takie czasy.






23 czerwca 2018

Hemiepes czyli fałszywa erudycja

Interwał międzywpisowy rozkroczył się na rekordowy dystans, przekraczając granicę przyzwoitości. Ale jak tu go skracać, gdy połowę czasu poświęcam na jedzenie czereśni, połowę na jedzenie bobu, a połowę na pozostałe rzeczy? Czerwiec, głupcze!

Czas daje jednak pierwszy, niegroźny prztyczek w nos: dzień jest już krótszy od najdłuższego. Na dodatek, jakby w zmowie, upał zelżał. Cóż można zrobić?
Może zasilić blog niepotrzebnym wpisem?

Mój ulubiony, a chyba szerszej nieznany publicysta (ulubiony, bo innych lubianych ni nielubianych publicystów nie mam, a ten odznacza się stylem szczególnie bliskim memu sercu i takąż zdystansowaną trzeźwością) celnie ongiś wypunktował znaną szerzej pisarkę oraz nagradzaną, że napisała o swym bohaterze, iż czytywał m. in. Sokratesa. Czytywać go zaś w istocie nie mógł, gdyż Sokrates żadnych pism po sobie  nie zostawił! Itp. - całość: tu.

Cóż, i najbłyskotliwsza pisarka ma swoje ograniczenia, a najbujniej wybujała mądralistyka swoje braki i mielizny...

Na początku liceum zetknąłem się niespodzianie ze sporym gronem aspirujących mądralistów. Mądralisci potrafili używać słów, których nie znałem, lub rozprawiali o postaciach, których nazwiska nic mi (wówczas) nie mówiły.
Znalazłem jednak sposób, by się z nich trochę ponabijać i przytrzeć nosa. Posiłkując się "Słownikiem kultury antycznej" przyswoiłem sobie definicję pewnego terminu.
Pytałem zatem ni stąd ni zowąd
- A czy ty wiesz, co to jest hemiepes?
- Nieee. ...?
Wyjaśniałem więc ze zblazowaną miną:
- To jest człon metryczny daktylicznej trypodii katalektycznej, którą w heksametrze daktylicznym odcina cezura po piątej półstopie.
- ...

Ów hemiepes stał się więc głośny w naszej części korytarza...

Po co o tym piszę? Otóż przypomniało mi się to niedawno i zarazem olśniło, że przecież najprawdopodobniej źle wymawiałem to słowo: jak "hemjepes", a należy pewnie mówić "hemi-epes" (jak np. hemisfera itp.)!

Nikt mnie jednak nie wypunktował. Dopiero teraz ja sam siebie.




18 stycznia 2018

W Gieczu

W środku Polski - no dobrze, trochę z boku - ale także trochę pośrodku niczego, znajduje się łono naszego państwa. Zwykle przy okazji opisywania jego początków wspomina się trzy miejsca: Gniezno - jako "pierwszą stolicę", po dziś dzień też polską stolicę kościelną; Poznań - "stolicę drugą, ale wcale nie mniej ważną"; oraz Ostrów Lednicki - siedzibę (jedną z kilku, ma się rozumieć) władcy, Mieszka I, przypuszczalne miejsce chrztu księcia, umownego startu polskiej państwowości, w - oczywiście - 966 roku.

Rzadziej wspomina się miejsce czwarte. Nie tak dawno, może właśnie w roku milenijnym +50, w poczytnym tygodniku opinii pomieszczono materiał przypominający je, oraz stawiający tezę, iż - być może - właśnie ono było najważniejszym centrum ówczesnych zdarzeń. Miejsce jest - w porównaniu z wyżej wymienionymi - nieco zapomniane i położone dziś na uboczu płomieni wydarzeń i rzeczy.

Tak się złożyło, że odwiedziłem to miejsce po raz pierwszy w życiu chwilę przed tym artykułem, także w roku Millenium +50. Krótko mówiąc: Giecz.
Obecnie wioseczka w agrarnym rejonie agrarnej Wielkopolski. Znajduje się tu szacowny zabytek - kościółek romański o bardzo pierwotnej proweniencji oraz formie. A także zabytek - choć jeno w reliktach - jeszcze szacowniejszy, i jeszcze wcześniejszy niż romański.

Spójrzmy na razie na kościółek. Jest prosty i piękny tak, jak prosto (i pięknie) potrafili wówczas budowniczowie (muratorowie) budować (murować) budowle (murowane). Pochodzi z drugiej połowy XII wieku, ale zawiera w sobie relikty starszej - z początków wieku XI.



Trudno stwierdzić, jak wygląda w środku, gdy drzwi stoją zaworem. Oczywiście widać, że był nadbudowany, rozbudowany, dobudowany, a potem, pewnie w ostatniej stulatce poddawany rekonstrukcjom i renowacjom.
Dziś zatem składa się - jak z klocków - z nawy, niższego, węższego i krótszego prezbiterium oraz absydy.



A teraz zabytek drugi, położony kawałek dalej, choć w pobliżu, w przysiółku o stosownej nazwie Grodziszczko. Wczesnopiastowskie palatium (czytaj: palacjum). Dziki szał, chociaż pozostałości nie wyrastają ponad fundamenty! Podobno w ogóle inwestycja się rypła grubo przed ukończeniem wskutek najazdu czeskiego księcia Brzetysława (1038 r.). Mamy tu więc zarys obszernego domostwa, utrzymanego zapewne w typologii stodolanej, jakichś podziałów wewnętrznych, no i okrągłego obiektu niewątpliwie sakralnego: rotundy kaplicy lub baptysterium (przy czym jedno nie wyklucza drugiego).



Nasuwa się pytanie, czy kamienie figurujące wzdłuż konturu budynków to autentyczna substancja odnaleziona na miejscu, czy tylko w ramach ogólnej rekonstrukcji tak nimi wysypano ślad po dawnych ławach fundamentowych?


Palatium gieckie znajduje się w obrębie rozległego obwałowania, grodziska. Dziś tkwi tam jeszcze współczesny (nam) pawilon muzealny, urokliwy drewniany kościółek z XVIII wieku, ładne stare domostwo (dawna szkoła?) z wyeksponowaną przed nim pozostałością innej murowanej budowli (muru obronnego?).



Tak z oddalenia przedstawia się (domniemana główna) siedziba pierwszych Piastów - grodzisko w Gieczu. Wypiętrza się osobliwym garbem ponad rolniczą płaszczyznę.



Ale pora w drogę! My tu gadu, gadu, a koledzy już odjechali.


Podobne do gieckich pozostałości - nawet lepiej zachowane (bo po prostu zbudowane ongiś do końca) - zobaczyć można na wspomnianym Ostrowie Lednickim (wyspa na jeziorze leżącym między Gnieznem a Poznaniem). Chciałem w czasie tej wycieczki zaliczyć i tę kolebkę polskości, ale ze względu na wcześniejszy obfity program zwiedzalniczy zajechaliśmy na miejsce akurat, by zobaczyć, jak odbija ostatni prom na wyspę...

CZY WIESZ, ŻE pierwotnie termin "Polska" oznaczał właśnie Wielkopolskę? Etymologię nazwy naszego kraju wysnuwa się często od pól, po których pra-Polacy mieli się uwijać. Z właściwą sobie podejrzliwością podejrzewam jednak, że kolejny raz mamy do czynienia z tzw. etymologią ludową.  Bardziej przemawia do mnie wywodzenie nazwy od tzw. "opola" lub bezpośrednio od nazwy plemienia Polan, która mogła znaczyć cokolwiek... No dobrze - w tym i mieszkańców pól. ATOLI Polanie występowali ponoć nie tylko (jeśli w ogóle?) w dzisiejszej Wielkopolsce, także w okolicach dzisiejszego Kijowa. Nie wiem, na ile blisko byli jedni z drugimi powiązani. Biorąc jednak pod uwagę ruchomość ówczesnych ludów oraz otwarte stepy (pola) dzisiejszej Ukrainy... Wspominałem już tu o możliwym wspólnym źródłosłowie Gotlandii i Katalonii, także Wandalowie (od nich: Andaluzja) błąkali się i w naszych okolicach (aż zawędrowali do dzisiejszej Tunezji). Bornholm - duńska wyspa niedaleka polskiemu wybrzeżu miała dać nazwę narodowi Burgundów (którzy potem założyli królestwo w dorzeczu Rodanu). Albo odwrotnie. Na terenach późniejszej Rusi można było spotkać też tzw. Białych Chorwatów. Łużyczanie zaś - istniejący endemicznie do dziś w b. NRD - zwani zaś są także Serbami (Serbołużyczanami). I tak dalej. Obłęd.





11 stycznia 2018

Czar WKD

O WKD można by pisać bardzo dużo. Można też napisać mało. Można równie dobrze nie pisać wcale.
Ja postaram się tu napisać co nieco, średnio.


Co to jest WKD? Warszawska Kolej Dojazdowa. Dawniej EKD – Elektryczna… itd. Istny relikt dawnych, złotych lat kolejnictwa, które było niemal jedynym środkiem transportu, nie licząc bryk i pierwocin samochodów. Jest to też pierwsza zelektryfikowana linia na polskich ziemiach polskich. Jak powstała? Za sprawą spółki Siła i Światło, która wybudowała elektrownię. Żeby mieć zbyt na prąd – wybudowała linię elektrycznego pociągu, właśnie EKD. Żeby pociąg ten miał co (kogo) wozić – powstało na jego trasie osiedle Podkowa Leśna, ucieleśnienie (w zamierzeniu) idei miasta-ogrodu. Tak w skrócie wygląda geneza tego środka transportu oraz Podkowy Leśnej, jak ją przedstawił kiedyś specjalista-urbanista i mieszkaniec tegoż osiedla.

Przedwojenna (pod)stacja zasilająca, okolice stacji Kazimierówka:


Trochę szerzej o historii kolejki:

Budowę ukończono w roku 1927. Co ciekawe, a wręcz szokujące, EKD w zasadzie (na odcinku podmiejskim) wiedzie niemal równolegle, bardzo blisko „prawdziwej” linii, notabene pierwszej na polskich ziemiach polskich, czyli dawnej Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej (dokładnie nawet jej pierwszego udostępnionego publice odcinka Warszawa – Grodzisk, gdzie i WKD kończy swój bieg). W terenie warszawskim generalnie poprowadzona była inaczej – bardziej ulicami na zasadzie wręcz tramwaju, przez Ochotę, w Śródmieściu ulicę Nowogrodzką, niemal aż po Marszałkowską. W latach 70. odgięto WKD tak, że włącza się w ogólne torowisko średnicowe. I zaczyna się też dziś dalej od pępka miasta.

Jakiś czas temu pojawiły się w interneciech zdjęcia z WKD na ulicach Ochoty w latach 60. Nie wiem, kto je zrobił, do kogo należą prawa, ale zamieszczę je tu i tak, bo warto pokazać takie wspomnienie, po którym nie zostało śladu („Oto kości zwierząt prehistorycznych, które dawno wyginęły i nie zostało po nich śladu” – przewodnik w muzeum diecezjalnym w Sandomierzu):




W roku 1932 wybudowano odnóżkę do podwarszawskich wówczas Włochów, w 1936 do Milanówka. Po wojnie znów pierwszą z odnóżek zlikwidowano, a drugiej nie. Aczkolwiek i kraniec grodziski, i milanowski stopniowo skracano – dawniej sięgały one aż po dworce „dużej kolei” w tychże miastach.

W szalonych latach 90. chodziły słuchy o likwidacji WKD, ale się nie urzeczywistniły. Kolejka jeździ, wozi i zarabia (gminy, przez które wiedzie robią pewnie jakąś ściepę).

W przedwojennych planach było jeszcze wydłużenie EKD przez Komorów (zachowana rezerwa, czytelna do dziś w planie osady) do Nadarzyna i dalej wzdłuż dzisiejszej drogi katowickiej (DK nr 8) aż po Mszczonów – nie zostało to zrealizowane. Pozostały atoli relikty po zaawansowanych pracach – nasypy oraz całe żelbetowe mosty. Jeden z nich pokazywałem już tutaj dawniej, znajduje się nad Pisią Gągoliną nieopodal Radziejowic:


Drugi pokażę teraz. To ten, którym EKD miała przekraczać rzeczkę Mrownę we wsi Przeszkoda.

Teren obok tego stanowiska archeologicznego zmienia się dziś radykalnie – na potęgę trwają właśnie roboty przy przekuwaniu DK nr 8 na drogę ekspresową S8.





Do późnych lat studenckich nie miałem w ogóle żadnych związków, kontaktów ni doświadczeń z WKD. Mijałem tylko w podróżach warszawską trasą NS charakterystyczny grzybek początkowej (albo końcowej, zależy z której strony patrzeć) stacji WKD po przeciwnej względem dworca „Centralnego” stronie dzisiejszej alei Jana Pawła II (dawniej: Marchlewskiego).

Od późnych lat studenckich korzystałem jednak z kolejki coraz częściej. Dziś – wobec remontu trasy pociągów podmiejskich między Grodziskiem a stacją Warszawa Zachodnia – niemal regularnie (choć sporadycznie). Na szczęście nie muszę dojeżdżać, jak niektórzy, spod Warszawy codziennie rano do pracy lub szkoły. Wówczas pewnie kolejkę, jako element codziennej (uciążliwej?) rutyny, lubiłbym mniej. Tak jak moi znajomi, którzy przeklinali swój związany z nią los i konieczność codziennego łapania jej rano i zdążania na nią wieczorem… A więc wciąż podróże WKD są przyjemnością i okazją do obserwacji psychologiczno-socjologicznych wewnątrz i kontemplacji przesuwających się pejzaży – na zewnątrz.

Cóż, nie tak dawno temu światkiem okołowukadowskim wstrząsnął projekt jakichś tępych urzędniczych łbów, by wyciąć wszystkie drzewa w odległości 100 kilometrów od toru. Na szczęście chyba łby te zostały trwale ostudzone... Oby.

Stacja Brzózki. Tam naprawdę dominują brzózki:


Odjazd ze stacji Brzózki do wielkiego świata:


Co do krajobrazów, to z pewnością najładniejsze odcinki wiodą od stacji Podkowa Leśna Wschodnia w dal odwarszawską. Sama Podkowa zasługuje na osobny wpis, i dziwne, że taki w „Sadzie rzeczy” jeszcze się nie pojawił. Na razie jednak spójrzmy na wielce urocze i romantyczne miejsce: rozgałęzienie WKD za Podkową Leśną Zachodnią – w lewo do Grodziska, w prawo do Milanówka, zasadniczo we wsi Owczarnia. W szacie zimowej, wiosennej i letniej…




Podkowa Leśna Zachodnia ma dwa perony – ale oba są w obie strony, to znaczy, z każdego można dojechać do Warszawy, z jednego tylko do Grodziska, z drugiego tylko do Milanówka.



Odgałęzienie do Milanówka – nominalnie zaczyna się na stacji Podkowa Leśna Główna, praktycznie właśnie tutaj – to linia kolejowa nr 48 (reszta WKD, a więc naczelna relacja Warszawa Śródmieście WKD – Grodzisk Mazowiecki Radońska ma nr 47). O ile się nie mylę – najkrótsza linia w Polsce. W rzeczywistości pociągi kursują od Warszawy po Milanówek, ale zdarzają się przy jakichś remontach kursy Podkowa Leśna Główna – Milanówek Grudów, bardzo krótkie: trzy stacje, tyleż kilometrów (bez mała), parę minut jazdy…



Co można jeszcze dodać? Naczelny pisarz z linii EKD/WKD: Jarosław Iwaszkiewicz, mieszkaniec Stawiska - resztówki po włościach swego teścia, Stanisława Lilpopa, które przerodziły się w Podkowę Leśną. Filmy, w których kolejka wystąpiła: pewnie kilka, aczkolwiek przypominam sobie tylko „Pożegnania” na motywach prozy Stanisława Dygata, jeden z lepszych polskich filmów.



Tabor – na zdjęciach otwierającym i zamykającym ten wpis to już historia. Dekadę temu były chyba tylko takie jednostki. Dziś mamy aż trzy nowe typy pociągów (w tym jeden w jednym egzemplarzu). Kwestia do zgłębienia w muzeum WKD przy końcowej (albo początkowej, zależy z której strony patrzeć) stacji Grodzisk Mazowiecki Radońska. Tamże: zachowany autentyczny pierwotny wagonik EKD (produkcji angielskiej), modele pociągów, rekwizyty, gadżety i artefakty. I stuknięty pan kustosz. 
Otwarte w środy i niedziele – można machnąć z Warszawy kolejką.






Jak tu nie kochać WKD?








30 grudnia 2017

Żywy trup / Pułapka

W internecie tak naprawdę nic nie ma.
stud. M.B. 1997
W internecie jednak wszystko jest.
dr M.B. 2007

Powyższe cytaty pochodzą od naszego wybitnego przyjaciela. Dzieli je, jak widać, dziesięć lat pomiędzy. Oraz tyleż od ostatniego. Zdania te zostały wygłoszone bez bezpośredniego związku między sobą, wygłaszacz najprawdopodobniej w ogóle nie pamięta, że je wygłaszał. Ale ja mam taką cechę, że gdy mi ktoś coś powie, to zapamiętuję, często wraz z okolicznościami, w jakich miało to miejsce. Jest to, nawiasem mówiąc, odwrotnie proporcjonalne do wagi tych informacji...
No więc zapamiętałem te dwie wygłoszone X lat po sobie opinie, z których druga w zabawny sposób zanegowała pierwszą. Być może też obie są prawdziwe: w 1997 "nic" w internecie nie było, dekadę potem już rzeczywiście "wszystko". Oczywiście, są to uogólnienia i dużo zależy, czego kto szuka itd. - wiadomo.
Co do mnie, to przeczytałem już cały internet i jeśli coś w nim piszę, to po to, by mieć co czytać.
Przy okazji - nikt nie przekona mnie, by pisać "Internet" wielką literą.

Około roku temu nieoczekiwanie odnalazłem w instytucji Temidy szpargały dotyczące osobistych przodków warszawskich i, jako ciekawostką, podzieliłem się tym znaleziskiem na złamach zblogu.

Tym razem znalazłem coś osobiście dla mnie ciekawego w internecie. Jest to drobniutki przyczynek do własnej biografii (czyli mojej), a więc jako taki, absolutnie nieinteresujący dla potencjalnego Czytelnika, którego szanuję. Interesująca może być metodologia oraz sentymentalne tło warszawskie sprzed kilku dekad.

Otóż zachowałem we wspomnieniu powrót wieczorową porą (jakby jesienną?) z City (od rodziny?) do naszej siedziby na południowych krańcach miasta. Jeździło się albo "górą", albo "dołem" - tj. odpowiednio Aleją Niepodległości lub Puławską, albo Wisłostradą, Sikorskiego itd. Tym razem podróż wypadła górą - ulicą Puławską. Przejeżdżając (to znaczy: będąc przewożonym na tylnym siedzeniu samochodu) obok dziwnego domu, znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy, odczytałem umieszczone na nim napisy:
"Żywy trup" oraz "Pułapka"!!

Ogarnął mnie głęboki niepokój intelektualny w związku z ich treścią i rad byłem, że udało się oddalać od tego miejsca.

Wytłumaczono mi jednak, że był to teatr i tytuły sztuk, i że nie ma się czego obawiać (hmmm).

Jaki ma to związek z internetem? Ano, rozmyślając sobie dziś o ulicy Puławskiej (któż czasem o niej nie rozmyśla!), przypomniał mi się epizod z "pułapką żywego trupa". I po prostu sprawdziłem, czy nie da się sprawdzić, kiedy grano te sztuki. No i proszę: jest portal Encyklopedia teatru polskiego, a w nim


utwór: Żywy trup (Lew Tołstoj)
miejsce premiery: Teatr Nowy, Warszawa
data premiery: 3 lutego 1980
reżyseria: Wojciech Zeidler

utwór: Pułapka (Andrzej Wydrzyński)
miejsce premiery: Teatr Nowy, Warszawa
data premiery: 20 listopada 1979
reżyseria: Mariusz Dmochowski

afisz ze stron Encyklopedii teatru polskiego

Niestety, encyklopedia nie wskazuje, ile przedstawień poszło, jak długo wystawiano oba dzieła. To już pytanie do znawców - czy zależało to od frekwencji, czy od polityki "wystawienniczej" teatru. "Pułapka" - nie znanego mi dotąd Wydrzyńskiego - z wikibiografii tegoż wydaje się współczesnym kryminałem, więc mogła mieć wzięcie... Załóżmy jednak, że szła rok. A więc może jeszcze na jesieni 1980 - byłby to właśnie ten moment?

Cóż to oznacza dla mnie?
Po pierwsze mam weryfikację, że faktycznie takie utwory grano, mam umieszczenie opisanego epizodu w czasie. A ponadto - dowód, że potrafiłem przeczytać tytuły na teatrze z jadącego samochodu w wieku 5 lat!
(Tyle, jeśli chodzi o tzw. dobre zapowiadanie się...). Jakimi literami były pisane? Tego nie pomnę.
No, chyba że pójdę do Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego i dowiem się np., że grano je po 1981, albo dłużej...

Ktoś życzliwy powie: kto ma czas zajmować się takimi pierdołami? Cóż, jestem aktualnie zachorowany i czuję się trochę jak ten żywy trup...


Mam jeszcze drugą pointę. Poprosiłem via SMS naszego wybitnego przyjaciela, żeby dokończył zwrot, zdanie "W internecie...". A więc na ten rok (dekadę?) mamy:

W internecie - śmiecie.
prof. M.B. 2017






14 lipca 2017

Niekonwencjonalna podróż do Tumu

Czyli wspomnienie wakacyjne
dedykowane torowym wędrowcom

Korzystając z nadarzającej się okazji, chciałbym podzielić się na łamach wspomnieniem wakacyjnym sprzed lat. Wakacje w pełni, mało kto siedzi w internecie, nikt więc pewnie nie zaszczyci przesadną uwagą tego wpisu, lecz niech tam…

Żyjemy sobie i z pozoru niewiele się zmienia, ale jednak pewne rzeczy i zjawiska - zwłaszcza z dziedziny szeroko pojętej techniki - mniej lub bardziej postrzeżenie odchodzą w niebyt. Internet obfituje w zestawienia takich pożegnań, typu kasety magnetofonowe, dyskietki, kineskopy etc.

Prawdopodobnie żyjemy w epoce zwijania się lokalnych połączeń – zwłaszcza kolejowych. Zwłaszcza – ale i autobusem nie dojedzie się dziś wszędzie. Jest to zrozumiałe wobec faktu rozbuchanej motoryzacji narodu. Dawniej – 50 lat temu i więcej – samochód był taką rzadkością jak dziś prywatny samolot, stąd bujne wówczas sploty dróg żelaznych. Znany mi skądinąd kraj zzachodni był na przykład pokryty gęstą siecią suburbalnych tramwajów, z której przetrwały szczątki, m.in. najdłuższa trasa Europy.

Jest w tym pewien spleen pożegnań i niejasnego odchodzenia połączonego z przestawaniem.

Mało brakowało, a ominęłoby mnie doświadczenie już dziś, o ile wiem, w RP niemożliwe, a mianowicie przejazd kursowym pociągiem wąskotorowym! Ha!

Miałem w szkole (całkiem średniej) kolegę – rok niższego, że się tak wyrażę – który był wybitnym „mikolem” (slangowe określenie-skrótowiec od „miłośnik kolei”) o szczególnie wąskotorowych zainteresowaniach. Wędrował po kraju, żeby zaliczyć kolejne odcinki funkcjonujących połączeń – zarówno pasażerskich, jak i towarowych. Łącznie z tak egzotycznymi zjawiskami, jak kolejki torfowe (gleba torfowiska ma tę naturę, że trudno ją rozjeżdżać ciężkimi samochodami, dlatego dla transportu tego surowca układano wąskie tory), o kolejkach buraczanych – dowożących w czasie „kampanii” te bulwy do cukrowni – nie wspominając. Jakoś wówczas nie przejawiałem zrozumienia dla jego zamiłowań i nie zabrałem się nigdy w tego typu podróż. Dziś żałuję! Nie jechałem nawet najbliższą Warszawy kolejką, Piaseczno-Nowe Miasto, na którą była jeszcze okazja się załapać.

Miałem jednak – i mam do dziś – innego też kolegę, który „mikolem” był nie mniejszym. Jemu to zawdzięczam niezwykłą przejażdżkę, którą wykonaliśmy w środku gorących wakacji, lat mając 17. Celem był zabytek zamierzchłej przeszłości – romańska kolegiata w Tumie pod Łęczycą. I tam właśnie odbyliśmy naszą podróż w niecodzienny sposób łącząc środki transportu. Po kolei:

1. z Warszawy do Łodzi pociągiem standardowotorowym

2. z Łodzi do Ozorkowa tramwajem podmiejskim, dalekobieżnym

3. z Ozorkowa do Łęczycy pociągiem wąskotorowym Krośniewickich Kolei Dojazdowych

4. z Łęczycy do Tumu na tzw. piechtę

5. z Tumu do Łodzi pekaesem

6. no i powrót do domu znów pociągiem.

Przyjaciel mój zabrał w podróż nieletniego brata, który trochę marudził i narzekał, zwłaszcza gdy trzeba było przejść to półtora kilometra łąkami nadbzurnymi.

Kolegiata w Tumie pod Łęczycą przed powojenną odbudową i reromanizacją.
Zdjęcie z zasobów portalu Fotopolska.eu

Chyba znów trwała wówczas przerwa w moich aparatach fotodających, bo nie miałem ze sobą żadnego i zilustrować opiewanej wyprawy własnym materiałem z epoki i z tamtych miejsc nijak nie mogę. Zamiast tego okraszam wpis zdjęciami ze źródeł sieciowych. Mógłbym zalinkować też piosenkę „Hymn kolejarzy wąskotorowych”, lecz po pierwsze – nigdy jej nie słyszałem, po drugie – nie przepadam za twórczością Skaldów.

Stacja Ozorków Wąskotorowy w zimnej szacie.
Zdjęcie ze strony Fundacji Polskich Kolei Wąskotorowych:
http://www.fpkw.org/?m=201110 

Wróćmy do snucia wspomnień. Zapamiętałem błogą sielankę lipcowego dnia na stacji Ozorków Wąskotorowy. Oczekując na odjazd, rozłożyłem się leniwie na siedzeniu wąskotorowego wagonu oczekującego na odjazd, podczas gdy kolega z bratem w oczekiwaniu na odjazd krążyli w pobliżu lustrując stacyjną infrastrukturę.

To samo miejsce, jak je zapamiętałem, pociąg także.
Zdjęcie ze strony miasta Ozorków:
http://ozorkow.info.pl/bez-kategorii/kolejka-waskotorowa/

Samą podróż tym środkiem transportacji – dalipan nie bardzo pamiętam. W przeciwieństwie do wcześniejszego – także jedynego w mojej karierze – przejazdu podłódzką linią tramwajową, który mi się nieco dłużył i nudził, ale z drugiej strony był też bez wątpienia ciekawy.

Kolejka na stacji Łęczyca Wąskotorowa.
Zdjęcie ze strony Łęczyca info:
http://leczyca.info.pl/zatrabila-i-pojechala,news,1167,aktualnosci.html

W Tumie bywałem potem jeszcze więcej razy i dogłębniej – łącznie z wkroczeniem na jedną zwież szacownego zabytku (choć reromanizowanego po II wojnie). Co do Łęczycy zaś, to spędziłem kilka lat później niemal dwa tygodnie w podziemiach magistratu. Uświadamiam sobie jednak, że od tamtych czasów minęło sporo wody, a i w zacnym mieście Łodzi dawno nie bawiłem. Można by znów odwiedzić tamte strony, chociaż kolejki wąskotorowe raczej nie wchodzą w grę.

A brat kolegi? Stał się jeszcze większym „mikolem”!

Kolega z bratem na innej stacji 
i 20 lat po opisanej wycieczce.
Zdjęcie własne.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...