17 stycznia 2018

Do nieśmiałych gości

Wiem, że wielu dotychczasowych Czytelników tego tu blogu wymarło od nudy. Specjalnie prowadziłem jednak z ciekawości nasłuch radarowy zaszczyceń ostatniego tekstu. I otóż zanim pojawił się pierwszy z komentarzy, wpis otwarto kilkadziesiąt razy. Nie musiało to być tyleż osób, rzecz jasna. Może tylko jedna wchodziła do mojej WKD kilkdziesiąt razy. Przyjmijmy jednak uśrednienie, a więc że było tych osób połowę mniej i każda zaglądała po dwakroć. Odliczmy jeszcze roboty: nadal zostaje kilkudziesięciu gości. I żaden z nich nie raczył zostawić komentarza, niechby i krytycznego (że nudy i kto to może czytać). Cóż więc mogę rzec tym osobom? Chyba tylko:
Nie znam na was hańby słowa!
Nie, że język mój ubogi,
Lecz że boską ludzka mowa!
Nadto piękna - czysta - święta,
Bo z anielskich krain wzięta -
By was nazwać po imieniu!
Ja bym rzucił w grzmiącym pieniu
Wam serc wszystkich wszechprzekleństwo!
I jak zemsty jędza wściekła,
Gnał was biczem żmij do piekła,
Starł wam z czoła człowieczeństwo!
Bladych, krwawych, skutych w pęta
Stawił w wieków sądnym kole...
itd.





11 stycznia 2018

Czar WKD

O WKD można by pisać bardzo dużo. Można też napisać mało. Można równie dobrze nie pisać wcale.
Ja postaram się tu napisać co nieco, średnio.


Co to jest WKD? Warszawska Kolej Dojazdowa. Dawniej EKD – Elektryczna… itd. Istny relikt dawnych, złotych lat kolejnictwa, które było niemal jedynym środkiem transportu, nie licząc bryk i pierwocin samochodów. Jest to też pierwsza zelektryfikowana linia na polskich ziemiach polskich. Jak powstała? Za sprawą spółki Siła i Światło, która wybudowała elektrownię. Żeby mieć zbyt na prąd – wybudowała linię elektrycznego pociągu, właśnie EKD. Żeby pociąg ten miał co (kogo) wozić – powstało na jego trasie osiedle Podkowa Leśna, ucieleśnienie (w zamierzeniu) idei miasta-ogrodu. Tak w skrócie wygląda geneza tego środka transportu oraz Podkowy Leśnej, jak ją przedstawił kiedyś specjalista-urbanista i mieszkaniec tegoż osiedla.

Przedwojenna (pod)stacja zasilająca, okolice stacji Kazimierówka:


Trochę szerzej o historii kolejki:

Budowę ukończono w roku 1927. Co ciekawe, a wręcz szokujące, EKD w zasadzie (na odcinku podmiejskim) wiedzie niemal równolegle, bardzo blisko „prawdziwej” linii, notabene pierwszej na polskich ziemiach polskich, czyli dawnej Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej (dokładnie nawet jej pierwszego udostępnionego publice odcinka Warszawa – Grodzisk, gdzie i WKD kończy swój bieg). W terenie warszawskim generalnie poprowadzona była inaczej – bardziej ulicami na zasadzie wręcz tramwaju, przez Ochotę, w Śródmieściu ulicę Nowogrodzką, niemal aż po Marszałkowską. W latach 70. odgięto WKD tak, że włącza się w ogólne torowisko średnicowe. I zaczyna się też dziś dalej od pępka miasta.

Jakiś czas temu pojawiły się w interneciech zdjęcia z WKD na ulicach Ochoty w latach 60. Nie wiem, kto je zrobił, do kogo należą prawa, ale zamieszczę je tu i tak, bo warto pokazać takie wspomnienie, po którym nie zostało śladu („Oto kości zwierząt prehistorycznych, które dawno wyginęły i nie zostało po nich śladu” – przewodnik w muzeum diecezjalnym w Sandomierzu):




W roku 1932 wybudowano odnóżkę do podwarszawskich wówczas Włochów, w 1936 do Milanówka. Po wojnie znów pierwszą z odnóżek zlikwidowano, a drugiej nie. Aczkolwiek i kraniec grodziski, i milanowski stopniowo skracano – dawniej sięgały one aż po dworce „dużej kolei” w tychże miastach.

W szalonych latach 90. chodziły słuchy o likwidacji WKD, ale się nie urzeczywistniły. Kolejka jeździ, wozi i zarabia (gminy, przez które wiedzie robią pewnie jakąś ściepę).

W przedwojennych planach było jeszcze wydłużenie EKD przez Komorów (zachowana rezerwa, czytelna do dziś w planie osady) do Nadarzyna i dalej wzdłuż dzisiejszej drogi katowickiej (DK nr 8) aż po Mszczonów – nie zostało to zrealizowane. Pozostały atoli relikty po zaawansowanych pracach – nasypy oraz całe żelbetowe mosty. Jeden z nich pokazywałem już tutaj dawniej, znajduje się nad Pisią Gągoliną nieopodal Radziejowic:


Drugi pokażę teraz. To ten, którym EKD miała przekraczać rzeczkę Mrownę we wsi Przeszkoda.

Teren obok tego stanowiska archeologicznego zmienia się dziś radykalnie – na potęgę trwają właśnie roboty przy przekuwaniu DK nr 8 na drogę ekspresową S8.





Do późnych lat studenckich nie miałem w ogóle żadnych związków, kontaktów ni doświadczeń z WKD. Mijałem tylko w podróżach warszawską trasą NS charakterystyczny grzybek początkowej (albo końcowej, zależy z której strony patrzeć) stacji WKD po przeciwnej względem dworca „Centralnego” stronie dzisiejszej alei Jana Pawła II (dawniej: Marchlewskiego).

Od późnych lat studenckich korzystałem jednak z kolejki coraz częściej. Dziś – wobec remontu trasy pociągów podmiejskich między Grodziskiem a stacją Warszawa Zachodnia – niemal regularnie (choć sporadycznie). Na szczęście nie muszę dojeżdżać, jak niektórzy, spod Warszawy codziennie rano do pracy lub szkoły. Wówczas pewnie kolejkę, jako element codziennej (uciążliwej?) rutyny, lubiłbym mniej. Tak jak moi znajomi, którzy przeklinali swój związany z nią los i konieczność codziennego łapania jej rano i zdążania na nią wieczorem… A więc wciąż podróże WKD są przyjemnością i okazją do obserwacji psychologiczno-socjologicznych wewnątrz i kontemplacji przesuwających się pejzaży – na zewnątrz.

Cóż, nie tak dawno temu światkiem okołowukadowskim wstrząsnął projekt jakichś tępych urzędniczych łbów, by wyciąć wszystkie drzewa w odległości 100 kilometrów od toru. Na szczęście chyba łby te zostały trwale ostudzone... Oby.

Stacja Brzózki. Tam naprawdę dominują brzózki:


Odjazd ze stacji Brzózki do wielkiego świata:


Co do krajobrazów, to z pewnością najładniejsze odcinki wiodą od stacji Podkowa Leśna Wschodnia w dal odwarszawską. Sama Podkowa zasługuje na osobny wpis, i dziwne, że taki w „Sadzie rzeczy” jeszcze się nie pojawił. Na razie jednak spójrzmy na wielce urocze i romantyczne miejsce: rozgałęzienie WKD za Podkową Leśną Zachodnią – w lewo do Grodziska, w prawo do Milanówka, zasadniczo we wsi Owczarnia. W szacie zimowej, wiosennej i letniej…




Podkowa Leśna Zachodnia ma dwa perony – ale oba są w obie strony, to znaczy, z każdego można dojechać do Warszawy, z jednego tylko do Grodziska, z drugiego tylko do Milanówka.



Odgałęzienie do Milanówka – nominalnie zaczyna się na stacji Podkowa Leśna Główna, praktycznie właśnie tutaj – to linia kolejowa nr 48 (reszta WKD, a więc naczelna relacja Warszawa Śródmieście WKD – Grodzisk Mazowiecki Radońska ma nr 47). O ile się nie mylę – najkrótsza linia w Polsce. W rzeczywistości pociągi kursują od Warszawy po Milanówek, ale zdarzają się przy jakichś remontach kursy Podkowa Leśna Główna – Milanówek Grudów, bardzo krótkie: trzy stacje, tyleż kilometrów (bez mała), parę minut jazdy…



Co można jeszcze dodać? Naczelny pisarz z linii EKD/WKD: Jarosław Iwaszkiewicz, mieszkaniec Stawiska - resztówki po włościach swego teścia, Stanisława Lilpopa, które przerodziły się w Podkowę Leśną. Filmy, w których kolejka wystąpiła: pewnie kilka, aczkolwiek przypominam sobie tylko „Pożegnania” na motywach prozy Stanisława Dygata, jeden z lepszych polskich filmów.



Tabor – na zdjęciach otwierającym i zamykającym ten wpis to już historia. Dekadę temu były chyba tylko takie jednostki. Dziś mamy aż trzy nowe typy pociągów (w tym jeden w jednym egzemplarzu). Kwestia do zgłębienia w muzeum WKD przy końcowej (albo początkowej, zależy z której strony patrzeć) stacji Grodzisk Mazowiecki Radońska. Tamże: zachowany autentyczny pierwotny wagonik EKD (produkcji angielskiej), modele pociągów, rekwizyty, gadżety i artefakty. I stuknięty pan kustosz. 
Otwarte w środy i niedziele – można machnąć w Warszawy kolejką.






Jak tu nie kochać WKD?








7 stycznia 2018

Polonia

Godzina szósta, minut pięćdziesiąt. Antypody lata. Dzień krótszy od najkrótszego. Polonia. Jedziemy?



Kraj składa się głównie z przedmieść i peryferii. A miejsca te pokrywają rozległe połacie zabudowy jednorodzinnej. Dominującym typem w tej zabudowie jest duży dom o podstawie zbliżonej do kwadratu, jakieś 12x12 m. Ma wysoką piwnicę, czy suterenę, zewnętrzne schodki do wejścia. Dwie loggie w fasadzie - na parterze (który nie jest praktycznie parterem) i na piętrze. Nad piętrem niewysoka przestrzeń z niskimi podłużnymi okienkami... A Ty, jak mieszkasz?



Dom ten - jak wystawiona w niebo wielka grzałka - opala się rzecz jasna węglem. Skisły odór węglowych spalin rozściela się po okolicy. Dawniej - był to zapach, który kojarzył mi się z zimowymi feriami, z górską wsią, dokąd się czasem jeździło: Cyhrla, Murzasichle, Brzegi, "kurorty" Ziemi Kłodzkiej... Od kilku lat mówi się dużo o smogu, a zapach ten ze smogiem mi się utożsamił (choć nie do końca słusznie, gdyż bo smog może mieć i inne - np. choćby spalinowo-samochodowe pochodzenie). Dawniej zwaliśmy go (ten zapach) czadem (w sensie potocznym, bo "prawdziwy" tlenek węgla jest w oczywiście bezwonny). Pamiętasz, gdzie ostatnio czułeś ten swąd?



Smog więc tak zwany wleci czasem zimową nocą przez otwarte okno w Warszawie, zaleci od sąsiada na wsi, rzuca się wściekle na człowieka, co właśnie wysiadł z pociągu na stacji Milanówek, przesyca Kielce wieczorową porą, przedostaje się przez nawiew w samochodzie jadącym przez Sosnowiec, wypełnia Sokołowsko, uzdrowisko dla gruźlików... Towarzyszy od pierwszych chłodów, albo i okrągły rok, domom opisanego wcześniej typu. A Ty, czym się ogrzewasz?



O samochodach też można wspomnieć. Każdy ma! Niektóre rodziny - dwa albo i trzy, Wszyscy wszędzie jeżdżą. Z miejsca w mieście do miejsca w mieście. Z miejsca na wsi do miejsca na wsi. Z miejsca na wsi do miejsca w mieście. I nazad. Pobliska autostrada przechodząca przez środek miasta jest wiecznie zakorkowana. Rano ledwo pełznie w lewo, wieczorem w prawo. Buspasem mkną tylko autobusy, taksówki i desperados. Tych stojących nie jestem w stanie pojąć. A Ty, czym jeździsz do roboty, po zakupy, czy ku rozrywkom?



Spaliny, mówisz? Chcę naturalnie wspierać rodzimą produkcję. Na straganie warzywno-ulicznym kupuję krajową paprykę. W domu okazuje się, że strąk okropnie jakoś dziwnie klepie. Smakuje adekwatnie: jak stara opona (nie jadłem). Dziwne! Powtarza się to z innymi paprykami ze straganów. Wpisujemy do internetu "papryka dziwnie śmierdzi". Wyskakuje milion tekstów, że producenci przyspieszają dojrzewanie tego smakołyku... wstawiając do szklarni czy "rękawów" hodowlanych silniki spalinowe i dając z nich czadu. Prawda to, czy nie - kupuję już tylko w supermarkecie paprykę pochodzenia zagranicznego. Cholera wie, czym z kolei ta jest nasączona, ale przynajmniej nie śmierdzi spalinami. "Jak żyć??"

A to mi z kolei przypomina, że… Czekaj, nasza stacja, Kyzył. Wysiadamy.





30 grudnia 2017

Żywy trup / Pułapka

W internecie tak naprawdę nic nie ma.
stud. M.B. 1997
W internecie jednak wszystko jest.
dr M.B. 2007

Powyższe cytaty pochodzą od naszego wybitnego przyjaciela. Dzieli je, jak widać, dziesięć lat pomiędzy. Oraz tyleż od ostatniego. Zdania te zostały wygłoszone bez bezpośredniego związku między sobą, wygłaszacz najprawdopodobniej w ogóle nie pamięta, że je wygłaszał. Ale ja mam taką cechę, że gdy mi ktoś coś powie, to zapamiętuję, często wraz z okolicznościami, w jakich miało to miejsce. Jest to, nawiasem mówiąc, odwrotnie proporcjonalne do wagi tych informacji...
No więc zapamiętałem te dwie wygłoszone X lat po sobie opinie, z których druga w zabawny sposób zanegowała pierwszą. Być może też obie są prawdziwe: w 1997 "nic" w internecie nie było, dekadę potem już rzeczywiście "wszystko". Oczywiście, są to uogólnienia i dużo zależy, czego kto szuka itd. - wiadomo.
Co do mnie, to przeczytałem już cały internet i jeśli coś w nim piszę, to po to, by mieć co czytać.
Przy okazji - nikt nie przekona mnie, by pisać "Internet" wielką literą.

Około roku temu nieoczekiwanie odnalazłem w instytucji Temidy szpargały dotyczące osobistych przodków warszawskich i, jako ciekawostką, podzieliłem się tym znaleziskiem na złamach zblogu.

Tym razem znalazłem coś osobiście dla mnie ciekawego w internecie. Jest to drobniutki przyczynek do własnej biografii (czyli mojej), a więc jako taki, absolutnie nieinteresujący dla potencjalnego Czytelnika, którego szanuję. Interesująca może być metodologia oraz sentymentalne tło warszawskie sprzed kilku dekad.

Otóż zachowałem we wspomnieniu powrót wieczorową porą (jakby jesienną?) z City (od rodziny?) do naszej siedziby na południowych krańcach miasta. Jeździło się albo "górą", albo "dołem" - tj. odpowiednio Aleją Niepodległości lub Puławską, albo Wisłostradą, Sikorskiego itd. Tym razem podróż wypadła górą - ulicą Puławską. Przejeżdżając (to znaczy: będąc przewożonym na tylnym siedzeniu samochodu) obok dziwnego domu, znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy, odczytałem umieszczone na nim napisy:
"Żywy trup" oraz "Pułapka"!!

Ogarnął mnie głęboki niepokój intelektualny w związku z ich treścią i rad byłem, że udało się oddalać od tego miejsca.

Wytłumaczono mi jednak, że był to teatr i tytuły sztuk, i że nie ma się czego obawiać (hmmm).

Jaki ma to związek z internetem? Ano, rozmyślając sobie dziś o ulicy Puławskiej (któż czasem o niej nie rozmyśla!), przypomniał mi się epizod z "pułapką żywego trupa". I po prostu sprawdziłem, czy nie da się sprawdzić, kiedy grano te sztuki. No i proszę: jest portal Encyklopedia teatru polskiego, a w nim


utwór: Żywy trup (Lew Tołstoj)
miejsce premiery: Teatr Nowy, Warszawa
data premiery: 3 lutego 1980
reżyseria: Wojciech Zeidler

utwór: Pułapka (Andrzej Wydrzyński)
miejsce premiery: Teatr Nowy, Warszawa
data premiery: 20 listopada 1979
reżyseria: Mariusz Dmochowski

afisz ze stron Encyklopedii teatru polskiego

Niestety, encyklopedia nie wskazuje, ile przedstawień poszło, jak długo wystawiano oba dzieła. To już pytanie do znawców - czy zależało to od frekwencji, czy od polityki "wystawienniczej" teatru. "Pułapka" - nie znanego mi dotąd Wydrzyńskiego - z wikibiografii tegoż wydaje się współczesnym kryminałem, więc mogła mieć wzięcie... Załóżmy jednak, że szła rok. A więc może jeszcze na jesieni 1980 - byłby to właśnie ten moment?

Cóż to oznacza dla mnie?
Po pierwsze mam weryfikację, że faktycznie takie utwory grano, mam umieszczenie opisanego epizodu w czasie. A ponadto - dowód, że potrafiłem przeczytać tytuły na teatrze z jadącego samochodu w wieku 5 lat!
(Tyle, jeśli chodzi o tzw. dobre zapowiadanie się...). Jakimi literami były pisane? Tego nie pomnę.
No, chyba że pójdę do Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego i dowiem się np., że grano je po 1981, albo dłużej...

Ktoś życzliwy powie: kto ma czas zajmować się takimi pierdołami? Cóż, jestem aktualnie zachorowany i czuję się trochę jak ten żywy trup...


Mam jeszcze drugą pointę. Poprosiłem via SMS naszego wybitnego przyjaciela, żeby dokończył zwrot, zdanie "W internecie...". A więc na ten rok (dekadę?) mamy:

W internecie - śmiecie.
prof. M.B. 2017






25 grudnia 2017

Ochrzaniam wszystkich

A co? Nie wolno?
Chcę być przyjacielem polszczyzny. A Ty? Tak! Więc Ciebie nie.

Kolega mnie już raz tu ochrzanił, że użyłem dywizu w miejsce myślnika. Broniłem się, że w kroju Trebuchet nie ma rozróżnienia, ale raczej go nie przejednałem, bo jest nieprzejednany...
Nb! W kroju tym nie ma też dolnych cudzysłowów, nieobecnych w angielszczyźnie, skąd się Trebuchet wywodzi. Na pewnym etapie blogowania - tak! - kopiowałem każdy cudzysłów ze schowka, żeby było po naszemu. Ale już nie mam na to siły. Więc nie ochrzaniaj mnie za to teraz.

Po pierwsze, już chyba setki razy krzywiłem się jak po meduzie, gdy tabuny różnych pisarczyków pisały "także" w znaczeniu "tak więc". I to wykształceni, i oczytani ludzie! Według mnie, jest to mania ostatniego dziesięciolecia, a więc czasu rozkwitu Łba nr 2.
Jeśli musisz, pisz rozdzielnie.

Inny gość, co książki pisze, składa mi autograf na stronie tytułowej. Z datą. Co widzę? "16 październik". Kruca! No, owszem jest to 16 październik od 16 lat... Ale dziś jest 16 PAŹDZIERNIKA.

Elementarne, Watsonie.

Słyszy się też często (właśnie na ogół w mowie mówionej) rzeczy typu: "Dziecko niesamowicie nabroiło. Czy w takiej sytuacji można go sprać?" (przykład wymyślony!). JE! - a nie: go.

MNIE na końcu i początku zdania, a nie MI.

O czym jeszcze nie wspomniałem (dod. 26 XII):
BIBLIOTEKA na miłość boską, nie BIBLOTEKA. Pamiętasz? Tak mawiał słynny swego czasu rzecznik rządu w epoce błędów! Nie dość, że skurwysyn, to jeszcze osioł.

PÓŁTOREJ doby, PÓŁTORA dnia. Skąd u niektórych tylko jedna - ta pierwsza - forma na wszystkie rodzaje??

c.d. pewnie n.

Sprawa już kompletnie stracona: DEKO. Per analogiam do KILO. Figa tymczasem. Kilo to skrót od kilograma, więc per analogiam mamy DEKA.
"Poproszę mleka pięć deka" - prosiła wszak Kaczka ze znanego wierszyka, pamiętasz? No jasne, że pamiętasz, dlatego takich błędów nie robisz.

Zanika wołacz. To też przegrana sprawa. O ile łatwiej, jest zawołać "Beatrycze, w tę pędy tutaj do mnie!", albo "Paaaweeeeeł, nie kładź tego kanistra na kominku!!!" Jest to kolejne zastosowanie znanego prawa Kopernika - tym razem w elementarnej psychologii. Rzecz łatwiejsza wypiera trudniejszą.
No dobra, z tą Beatrycze to pojechałem.

Ale jest gorzej! Użytkownicy tych szybkich mediów to w ogóle wyprzęgli z odmiany. Wystarczy, że poprzedzą dane nazwisko czy nazwę jakimś płotkiem, i już wszystko gra. Np. "Zupełnie nie zgadzam się z #Wielki Szef #Partia Kanapowa nr 7". No, to już jest masakra piłą łańcuchową.

Do tego doliczyć można nieodmienianie nazwisk, które dadzą się odmieniać. "A teraz zapraszamy na estradę Macieja Walczak! Jeeeee!!". A kopa chcesz?

Inna przegrana sprawa to w zasadzie drobiazg... "I TO BY BYŁO NA TYLE" satyryka Stanisławskiego.
W gruncie rzeczy, chyba nawet nie warto starać się wykorzeniać tego nonsensu - wrósł on w serca i języki ludu naszego. Nie wiadomo też, kto posługuje się nim dla żartu, a kto na serio...
Warto tylko znać jego genezę - Jan Tadeusz Stanisławski, nagrywając jedną z audycji samozwańczego "profesora mniemanologii stosowanej" jeszcze w latach 70. przejęzyczył się na koniec, i zamiast powiedzieć po prostu "i to by było tyle", względnie "i to by było tyle na dziś", powiedział, co powiedział. Złapał się za głowę i prosił o powtórkę rejestracji końcówki, ale reżyser powiedział mu "Zostawmy! Przecież to genialne!".
I tak oto "profesor" kończył każdą swoją pogadankę tym absurdalnym (no i przecież obscenicznym) hasłem.
Stanisławski nie żyje już od wielu lat, więc może nie ma się co napinać, tylko uznać to za jego najtrwalszy wkład w kulturę narodu. Lub jej brak...

Nigdy nie wyśmiewałem - w przeciwieństwie do wielu spośród tzw. Warszaweczki - języka, którego używał np. znany swego czasu polityk. Moim zdaniem - jako chłop prosto z ludu i bez wykształcenia - miał do tego rzemskie prawo, jak mawiał z kolei inny mistrz specyficznej polszczyzny. Od osób oświeconych jednak pewnym oświeceniem oczekiwać można, że błędów i niechlujności będą się wystrzegać...

Czy ja jestem zaś bez winy? Ależ skąd!
Czas bym i sobie przywalił kamieniem!
Wymyślam słowa i używam zwrotów obcojęzycznych - czego nie lubię u innych. O, dysonansie słodki!
Ale to nic jeszcze.

Błędy też robię, bez wątpienia. Bardzo długo myślałem, że naprawdę gałka jest MUSZKATUŁOWA.
Ze zdziwieniem zdałem sobie też sprawę, że można się NADWERĘŻAĆ, a nie NADWY-. Wszak kojarzy się to z WYsiłkiem, WYtrwałością i ogólnym WYciąganiem np. mięśni. Znów, figę.

Coś, co chyba sam musiałem wymyślić (właśnie: WYMYŚLIĆ, nie wymyśleć, ale tego nie trzeba chyba wspominać). Mianowicie... WĘZGŁOWIE. Skąd mi się ono wzięło? Licho wie. Dobrze, że to generalnie rzadkie słowo, inaczej mógłbym stać się pośmiewiskiem w Salonach Warszawskich!

Na pewno używam całej masy rusycyzmów, z czego do tej pory nie zdaję sobie sprawy...

Przyznaję też, iż jako szkołę kończyłem lata temu, a - co więcej - nie rozumiałem całkowicie, co nauczyciele tak naprawdę do mnie mówią, nie znam się na zasadach interpunkcji. Głównie chodzi o przecinki. Z tym że, jak się zdaje, mam skłonność dawać ich za dużo, niż za mało. O, przed tym "niż" powinien być, czy nie?

Jeśli ktoś z szacownych Czytelników znajdzie u mnie błędy - proszę mi je śmiało wytknąć. Przyjmę na klatę każdy cios. Ochrzaniwszy wszystkich, nie chcę sam zachwaszczać własnego ogródka. Tj. "sadu".
Cześć!





18 grudnia 2017

Wizyta w Veere

Dziś - jako że wkroczyliśmy w zimę jesieni - zapraszam do słonecznego, zielonego od drzew i wody Veere.
Znajdujemy się w Zelandii. Starej. A więc nie tak daleko, w porównaniu z Nową.

Znasz Veere? No jasne, że nie. Bo to nie jest jakiś przesławny cel wędrówek. Ja też nie znałem Veere, aż go zaznałem. Miasteczko jest urocze. Można rzec - skrajnie gemütlich, pardon, gezellig.

Zapraszam, akurat mamy piękny dzień sierpniowy.


Typowa niderlandzka Gemütlichkeit, pardon gezelligheid. Nota bene firanki.


Patrzymy na zabytkowy ratusz, w stylu charakterystycznym dla szeroko rozumianej okolicy (północ Europy).


Szabla światła między ratuszem a domami.


Typowy element niskoziemskiego pejzażu - most wzwodzony. Tutaj: most królowej Beatrycze (było to jeszcze przed abdykacją). Od mewek ojsrany.


Widok rynku. O, zgrozo! Drzewa! Jak to?! Przegapili dotację unijną na wycięcie i wykostkowanie??
A gdzie multimedialna fontanna?!


Nieodzowny kerk.


Nawet garaż jest tu jakże gemütlich, pardon, gezellig.


Widziemy bramę nad nadbrzeżem. Miasto było portowe. I jest nadal, choć portowość jest sportowa.


Typowe okiennice. I inne staroświeckie zdobienia.


Nadbrzeże sportowe.


Dzielni veerzańscy młodociani zejmani. A może przyjezdni. A może przepływni.


Oszczędnością i pracą Holendrzy się bogacą. No i handlem, co tu dużo mówić.


Gemütlich uliczka. Pardon, gezellig.


Refleksja natury ogólniejszej (z dedykacją dla mądrych niewiast):
Holandia słynie - od jakiejś, lekko licząc, setki lat - ze swej awangardowej architektury. Haczyk jednakże tkwi w tym, że przejawy tej architektonicznej awangardy - wobec zachowania się tam setek takich Veerów - są jak rodzynki w cieście, cieście tradycyjnego antropopejzażu. Sensem zaś ciasta jest samo ciasto, rodzynki są dodatkiem, niekoniecznym, a nawet nie każdy je sobie ceni. Stąd więc próby przeszczepiania awangardy holenderskiej proweniencji na np. nasz grunt przyrównać można do próby stworzenia gówna z rodzynkami. 


Czym jeszcze, poza arcykorzystnym wyglądem zewnętrznym, odznacza się Veere?
Tutaj działał - aż zmarł - lokalny twórca, Adrianus Valerius (pochodzenia francuskiego). Poeta, historiopisarz, kompilator, kompozytor itd. - jak to bywało wówczas w modzie. Znany mi jest wyłącznie z jedynie jednej kompozycji, songu La Boree zamieszczonego na płycie "Praetorius - Dances from Terpsichore". Michael Praetorius był z kolei niemieckim (pochodzenia śląskiego) kompozytorem, kompilatorem i teoretykiem, a "Terpsichore" to zbiór tańców renesansowych jego kompozycji lub kompilacji. Jeden z tych tańców bazuje na wyżej wspomnianym songu, stąd i on sam, dla porównania, pojawia się na płycie.

Pieje Lena Hellström-Färnlöf, grają lutnie z zespołu Westra Aros Pijpare (pochodzenia szwedzkiego).
Ostrzegam: melodia niezwykle chwytliwa!








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...