22 lutego 2016

Pińczów (3). Inne sakralne

Da się zauważyć, iż poprzedni wpis dotyczący Pińczowa spotkał się z więcej niż umiarkowanym zainteresowaniem p.t. Publiczności. Przyczyny można dopatrywać się w tradycyjnym polskim antysemityzmie. Wychodząc na przeciw oczekiwaniom, zamieszczam więc znów obrazki sakralnych zabytków chrześcijańskich.

Pińczów w XVI stuleciu był jednym z ważniejszych ośrodków protestantyzmu. Tak jak w olbrzymiej większości analogicznych przypadków krajowych, stan ten nie przetrwał natarcia kontrreformacji.
Tutaj wiązało się to także ze zmianą właściciela miasta i wcieleniem zasady cuius regio, eius religio, gdyż ród Gonzaga (sic!)-Myszkowskich trzymał się katolicyzmu.
Tak czy siak, miasto wyposażone jest do dziś w zabytkowy kościół główny oraz dodatkowy - klasztorny.

Warto w tym miejscu - w formie dygresji - zauważyć, co zauważyłem jakiś czas temu, że wiele polskich miasteczek charakteryzuje podobny układ przestrzenno-funkcjonalny pod względem właśnie budowli sakralnych. Jest stara, zasadnicza część miasta z rynkiem i (często) ratuszem na nim położonym, oraz z farą, czyli kościołem parafialnym w pobliżu, zazwyczaj o proweniencji średniowiecznej. Do tego na dawnych peryferiach znajduje się zespół klasztorny, najczęściej nowożytny, barokowy. Czasem - jak w Pińczowie - przetrwała i synagoga.

Mogę z pamięci wymienić znane mi z osobistych odwiedzin przykłady tego modelu miasteczkowego (rynek + fara w pobliżu + klasztor na uboczu):
Pińczów
Biecz
Opatów
Pilica*
Zakroczym
Konin
Zakliczyn
Brześć Kujawski
Kazimierz Dolny*
Wyszogród
Stary Sącz
Nowe Miasto nad Pilicą
Jędrzejów
*) dodatkowy ekstra-bonusowy kościół trzeci

Czyż nie jest to jakieś odkrycie z dziedziny historii urbanistyki? Może nadaje się na Nobla??
Proszę mnie zgłosić - samemu nie wypada i, co więcej, skutkuje to dyskwalifikacją.

Gwoli ścisłości nadmienić należy, że starosądecki klasztor ma również średniowieczną metrykę, a główny kościół Pińczowa był świątynią klasztorną - paulinów. Zabudowania konwentu mieszczą miejscowe muzeum, do którego mam nadzieję kiedyś wreszcie zawitać.

Ad rem:
Zmierzając do Pińczowa, już cieszyłem się, że zobaczę coś, co zapamiętałem z poprzedniej, 12 lat wcześniejszej wizyty, Mianowicie rzeżbione epitafium umieszczone w kruchcie kościelnej, na którym znajduje się wizerunek ryczerza na koniu... Zdumiałem się, bo - jak rzadko - pamięć wzrokowa spłatała mi figla: epitafium było, ale bez konika. Więc gdzie go widziałem? W jakimś innym mieście małopolskim? Czy po prostu w jednym z kościołów Krakowa?


Rzeźba pińczowska przedstawia, z braku jeźdźca, damę staropolską z dziatwą.
Głównego wnętrza fary nie widzielim.


Spójrzmy za to ze wzgórza świętej Anny na pińczowski klasztor. Kościół jego jest zbudowany w stylu ni to renesansowym, ni to barokowym, ni to jeszcze w tradycji gotyckiej. A więc generalnie jest bezstylowy, co nikomu nie przeszkadza. Po prostu jest. A i sam widok na miasteczko - całkiem prawidłowy!


Wewnątrz można zobaczyć jeden z najpóźniejszych przypadków dekoracji sklepienia sztukateriami w tzw. stylu lubelskim. Oraz wiele zabytkowych gratów, to jest, elementów wyposażenia.


Na zewnątrz zwraca uwagę nietypowy (przynajmniej jeszcze takiego dotąd nigdzie nie zauważyłem), dwustronny krucyfiks. Czy ma to jakieś uzasadnienie symboliczne, poza użytkowym - wizualnym aspektem?


Jeśli obejdzie kościół zakamarkiem zaułka przymurnego, wścibski turysta odkryje za prezbiterium mnisze epitafium, jakich wiele. Z obowiązkową trupią czachą, czyli motywem wanitatywnym.


Na koniec przeglądu, fascynujące drobiazgi z kościoła parafialnego:
herb w kamieniu,


klamka żelazna rzemieślniczej roboty, zacnej urody,


oraz tradycyjne już wandalikum, czyli monogram, który ktoś wyrył w obramowaniu drzwi dzwonnicy...






19 lutego 2016

Pińczów (2). Synagoga

Wiadomo nie od dziś, że wędrując po Polsce można napotkać pozostałości nieistniejącego świata żydowskiego. Istne relikty Atlantydy, czy którejś z cywilizacji prekolumbijskich!
Czasem trudniej, czasem bez kłopotów. Czasem dobrze zachowane, czasem w postaci szczątkowej. Niekiedy - były o tym wystawy itp. - w nieprzynoszącej chluby formie swoistego recyklingu. Wspomnieć tu można osełki z macew znajdowane na wsiach, czy choćby pergolę z tego materiału w parku na warszawskim Grochowie (już nie istnieje).
Tu i ówdzie, lepiej lub gorzej zachowaną, znaleźć też można synagogę. Większość - z wielką synagogą warszawską - Niemcy wysłali w niebiański niebyt w ślad za użytkownikami.


W Pińczowie bóżnica zachowała się w relatywnie dobrym stanie, przynajmniej jeśli chodzi o sam budynek.
Pochodzi z końca XVI wieku i dlatego, oraz ze względu na wysoką attykę kryjącą dach pogrążony tudzież półkoliście zwieńczone okna, należy do zabytków renesansu. Z uwagi na prostotę formy i brak ornamentów można ją jednak zaliczyć do obiektów protomodernistycznych i dośćwczesnofunkcjonalistycznych.
Jakieś elementy ornamentowanej kamieniarki znajdują się wewnątrz, lecz tam nie trafiłem - było zamknięte, choć to muzeum.


Budowla znajduje się w zagłębieniu terenowym, z tego powodu okala ją mur oporowy. W ten mur wmurowane jest mnóstwo ułomków żydowskich płyt nagrobnych (i innych elementów?), co tworzy szczególny i wymowny pomnik unicestwionej społeczności.





Oprócz tego zbudowano z takich pozostałości osobny murek-monument. W kącie posesji znajdowała się wciąż w czasie mojej wizyty spora pryzma tego materiału.
Jako miłośnik kamienia obrobionego, ornamentowanego i rzeźbionego, który lubi oderwać sobie na pamiątkę gzymsik z Akropolu, jakiś liść akantu w Koloseum lub przynajmniej urwać od barbakanu kamień, miałem pokusę żeby przywłaszczyć sobie przykładowy fragment lapidarny... Poczucie przyzwoitości było jednak silniejsze.


Nb., jak widać, w Pińczowie nawet bloki miewają kamienne elewacje! Oby nie dotarł tam „przymus” termorenowacji...






15 lutego 2016

Pińczów (1). Kaplica św. Anny

Czasem zaczynają mi drżeć łapy, w głowie wirować i dziwna suchość w trzewiach... No dobra, bez przesady. Ale wtedy wiem, że muszę walnąć sobie w żyły życiowe odrobinę renesansu. A przynajmniej zażyć pigułkę gotyku.

Tak było ostatnio. Pobiegłem w tym stanie ulżyć sobie na Starówkę. Na chwilę objąłem czułym spojrzeniem kamienicę Baryczków, a potem kontemplowałem prezbiterium katedralne od Kanonii. Trochę pomogło. Może na jakiś czas wystarczy.

No ale Warszawa to nie Kraków, niejednokrotnie to konstatowałem, a Praga to nie Praga. Dóbr średniowiecza i odrodzenia nie mamy w mieście nadmiernego natłoku, a na dodatek najeźdźcy z kosmosu zniszczyli je nam mocno 70 lat temu.

Co pozostaje? Kraków tak daleko... Nawet i Kazimierz nad Odrą to osobna wyprawa co najmniej całodniowa.

Pozostają obrazki - cudze w książkach i własne w albumach oraz elektronowym patrzydle.

Korzystając z tych ostatnich, wystawiam więc na widok publiczny kolejne widoki z Ponidzia - tym razem z samiuśkiej jego samozwańczej stolicy, Pińczowa.
To bardzo ciekawe miasteczko! W paru wpisach postaram się przekonać o tym Czytelnika. Kto wie? Może nawet dwóch?


To tutaj włoscy muratorzy z importu odkryli dobrze już znane niezwykłe właściwości miejscowego kamienia, zwanego zaskakująco pińczakiem. Po wydobyciu bowiem jest on miękki, tj. podatny na obróbkę np. rzeźbiarską, a z biegiem czasu – wystawiony na działanie czynników atmo- i sferycznych – twardnieje.

Dlatego więc czołowa postać późnej odmiany polskiego renesansu – wpadającej w tzw. manieryzm – Santi Gucci, miał w Pińczowie swój warsztat kamieniarsko-rzeźbiarsko-detaliczny, rozprowadzając po całym kraju płody swojego i nieswojego kunsztu.


Na miejscu – to znaczy w Pińczowie, rozumiesz, Piotrek – wystawił sobie i nam jego pomnik. Jest nim kaplica świętej Anny, położona samotniczo na wzgórzu o tejże nazwie górującym nad miastem. (Ponieważ garb wzniesienia ciągnie się z północy na wschód - stało się to genezą powiedzonka „w Pińczowie dnieje” - że niby jakieś aktualności są tak z pozoru świeże, jak fakt wschodu Słońca dla pińczowian).

Kaplica powtarza zasadniczo typ zapoczątkowany wawelską Kaplicą Zygmuntowską, a potem powielony w dziesiątkach różnych przykładów rozsianych po całej Rzeczpospolitej. Wyjątkowe jest jednak to, iż jest bytem samoistnym i samodzielnym, to znaczy nie towarzyszy na zasadzie doklejki większemu organizmowi, jakim jest bryła kościoła. Nie jest też – równie wyjątkowo – czyimś mauzoleum grobowym. Tu stanowi cel sam w sobie, jako taki i osobno odrębny*.

W porównaniu z typowym modelem kaplicy „pozygmuntowskiej”, składającej się z prostopadłościanu podstawy, bębna-tambura i tkwiącej na nim kopuły z latarnią, kaplica pińczowska program ma zredukowany do podstawy i bezpośrednio na niej osadzonej kopuły (z latarnią).

Jako obiekt wyizolowany z budowlanego otoczenia i figurujący na wzgórzu, nic na tej redukcji nie traci!


Wnętrze traci może trochę światła naturalnego, bo zazwyczaj w takim tamburze tkwią okna. Wewnątrz kaplicy pińczowskiej nie byłem i być może jest tam mrocznie, oprócz latarni jest tylko jedno okienko. Nie szkodzi. Jak wspaniałym w swojej prostocie pomysłem jest nakrycie sześcianu bazy, czyli właściwego pomieszczenia, bezpośrednio kopułą! Organicznie wyłania się ona z zarysu dachu czterospadowego , a kształt jej jest również niemal idealnie hemisferyczny. Ten zestaw brył powtórzony jest z niewielkimi a koniecznymi zmianami proporcji w kruchcie dostawionej do jednej z czterech ścian, przez co kaplica wygląda jak krowa z ciołkiem, klacz ze źrebięciem albo locha z warchlakiem.

Przy tym wszystkim jedynym „doinwestowanym”, jak by się dziś brzydko powiedziało, detalem jest wydatny gzyms kroksztynowy podpierający kopułowy dach i obramienia drzwiowe z ulubionymi przez Gucciego rozetkami.


Jednym słowem: majstersztyk.

Jest to moje osobiste zdanie, a nie opinia historyków sztuki, którzy mogą mnie pocałować.

Nie odmówił sobie zatem Jan Dzidowski, uczeń V klasy czes.-pol. (! – wykrzyknik mój) gimnazjum, wyryć się sto lat temu na wieczną (wietrzną?) rzeczy pamiątkę w stwardniałym już pińczaku.


Kaplicę zaś – podobnie jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie – widać z różnych miejsc w miasteczku. A do rzucenia na nie ciekawym okiem zapraszam w następnych odcinkach ponidziańskiej soap-opery.


*) wiem, przesadzam





10 lutego 2016

Imielno. Chrystus w studni

Należy się z pewnością słowo wyjaśnienia, którego nie mam.
Podążając po Ponidziu z biegiem Nidy, zatrzymano konie we wsi Imielno celem uświadczenia kościoła o romańskim zrębie z XIII wieku - podobnie do opactwa jędrzejowskiego. Oczywiście z kamienia.
Niestety, zamknięcie obiektu panowało wówczas tak dogłębne, że nawet nie można było przekroczyć ogrodzenia. Uświadczyłem zatem jeno interesujące starorzeczum tkwiące w ścianie bocznej kaplicy.


W domu, czyli u źródeł (Katalog Zabytków Sztuki w Polsce, tom III, województwo kieleckie, zeszyt 3, powiat jędrzejowski, Warszawa 1957), dowiedziałem się, że to „Chrystus w studni”. Wyrocznia zaś, czyli internet zagadkowo przedstawia to zagadkowe przedstawienie ograniczone w zasadzie do tego jednego przykładu imielińskiego. Można wnioskować z tego, że tradycyjna nazwa tej XV-wiecznej reliefowej płaskorzeźby jest myląca, i studnia jest tu po prostu grobem. A może nie.





3 lutego 2016

Z wnętrza (ibidem, idem, nadajem)

Szybko czas płynie, jak rzeka po wyżynie, a tu praca nad blogiem leży odłogiem.
Żeby więc nawiązać czasoprzestrzennie do poprzedniego wpisu, obnażę co nieco wnętrza cysterskiego (arcy)opactwa w Jędrzejowie.

Nieruchomość ta powstała w XII wieku w formie pierwotnego kościółka prywatnego, sprowadzenie mnichów z macierzystej Galii poskutkowało rozbudową w formach późnoromańskich.
Cystersi posługiwali się przy zakładaniu swych siedzib planem niemal typowym, by nie powiedzieć: katalogowym. Kościół bezwieżowy z transeptem (czyli na planie krzyża), dzielony na oddzielane filarami sklepione sklepieniem przęsła, orientowany był na wschód. Od południa towarzyszyły mu zabudowania klasztorne z czworobocznym dziedzińcem-wirydażem oraz zestawem koniecznych pomieszczeń: refektarzem, kapitularzem, karcerem... Przepraszam, wystarczy. Obrazek z nieźle częściowo zachowanego cysterskiego klasztoru pokazywał żem.

W Jędrzejowie aż tyle starorzeczy się nie zachowało. Kapitularz na przykład rozebrano na chlewiki.

W trakcie trwania romańskie wnętrze kościelne zostało zgotycyzowane a potem zbarokizowane. Zrenesansowane i sklasycyzowane nie było, bo okoliczności stylistyczno-światopoglądowe nie sprzyjały. Na szczęście nie zostało też zmodernizowane...

Wewnętrzne relikty retroromańskie też już zdążyłem tu umieścić. Nie pozostaje nic innego, jak rzucić wzrokiem na olśniewający barok, ale tylko na prospekt organu drewniany, bo już gromadzi się tłumek, by wziąć udział we mszy żałobno-pogrzebowej.


Święta Cecylka.


David the King.


Anioł w locie podpierającym - rzadki widok w dzisiejszym świecie.


A to już zewnętrze ściany zewnętrznej widzane z wewnątrz krużganka. Widać romańskie ciosy (tu: obrobione głazy). Na nich fragmentaryczne malowidła - średniowieczne? Jakiś tam stwór się jawi, coś jakby karykatura Stanisława Augusta lub innego fircyka w zalotach.



27 stycznia 2016

Kamień. Opactwo w Jędrzejowie

– Profesor Pniewski kochał kamień – powiedział profesor Ko. Ku.-Ku.

– Tak? Który? – spytałem złośliwie, ale, kierowany konformizmem, zrobiłem to po cichu, że tylko koledzy słyszeli.

Muszę jednak wyznać, że ja też kocham kamień.

– Który? – mógłby ktoś złośliwie spytać.

No, nie każdy. Ale wiele. Tego kamienia. Czasem bowiem w polszczyźnie używa się liczby pojedynczej w funkcji mnogiej. Dach kryty dachówką. Wąż śliską piersią dotyka się zioła. Instytut Hodowli Ziemniaka.

– Którego? – mógłby ktoś złośliwie spytać.


Do rzeczy. Do kamienia. Nie kocham polerowanego granitu, którego dużo wszędzie w ostatnich czasach. Kocham kamień wietrzejący, erodujący, pokryty porostem. Słowem: wapienie i piaskowce. A także… O tym później. Na razie zapraszam na wyprawę w krainę kamieniem i gipsem płynącą: Ponidzie. Krainę tyle malowniczą i obfitującą w zabytki kultury materialnej, tudzież zjawiska przyrodnicze, co odrobinę zapomnianą przez przeciętnego turystę.


Sam byłem tam tylko dwa razy, i zawsze niestety przejazdem. A można by spokojnie z tydzień tam zabawić. Tylko skąd go wziąć?


Zacznijmy trochę obok, bo w Jędrzejowie, gdzie w starym opactwie różni nieproszeni goście wyryli się na wieczną (wietrzną?) pamiątkę w kamiennej jego ścianie. Wypatrywanie takich napisów jest od jakiegoś czasu moim niewielkim hobby, czego dowód wywieszałem tu, a także tam, jak również w tym miejscu. Jest jeden warunek: muszą mieć odpowiedni nalot patyny dziejów (oraz liternictwo!), inaczej to zwykły wandalizm.


Zdjęcie powyższe pokazuje srogi zakaz, z którego nic sobie nie robili niejaki B. Duda, Lipowski, Zawadzki, Marciszewski, kolejny B.D., Myznerow(a?) oraz Sobieski (ale nie król). A także inni. Ale pewnie dlatego, że za ich czasów tabliczka ta nie wisiała. Skąd mogli więc wiedzieć, że zachowują się niewłaściwie?


Tu, z górą sto lat temu. uwieczniła się panna Wertheimówna. Ciekawe, czy ta sama postać opisana (pod kryptonimem) przez (...) w autobiografii, jako córka warszawskiej burżuazyjnej rodziny, z której niemal wszystkimi członkami - także dosłownie - zaznał (...), hmmm, ćwiczeń cielesnych?
Oraz jakiś Waleron (!)


A to najszacowniejszy podpis - bo jeszcze z głębokiego średniowiecza. Mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem nie odmówił sobie oznajmienia światu, iż „tu mieszkał” (na zasadzie odwiecznego „tu byłem”). Na dodatek kanonizował się awansem, gdy tymczasem koniec końców wylądował - jak widać poniżej - jako zaledwie błogosławiony!

I ambicja, i wandalizm, i zasługi dla ojczystej historiografii.


APENDYKS
Waleron okazał się nazwiskiem zupełnie na miejscu!





22 stycznia 2016

3

Miał być - bo obiecałem - atak demona. Ale demona nijak nie mogę odnaleźć! Dość to nawet dziwne...
Czyżby...?

Za to, poszukując go bezskutecznie, znalazłem w archiwum zdjęcie archiwalne, niepublikowane, które pozwalam sobie opublikować, licząc, że ze względu na upływ czasu, jaki od tamtego czasu upłynął, już nikt nie będzie potrafił przypomnieć sobie, kogo dokładnie ono przedstawia. I gdzie.







15 stycznia 2016

Zieleniak niespełnionych nadziei

W fascynującą, zrytą ryflowaniem betonową przestrzeń wpada wiatr i nie spotkawszy nikogo, ucieka z wyciem w kręte uliczki warszawskiej Ochoty.

– Stworzono tu swoistą redakcję retrowersji – mówi badacz architektury współczesnej, Leon Zawodowy. – Niestety, społeczeństwo nie dopisało.



– Handlarz ma wciąż w głowie pstrą budę straganu – krzywi się miejska aktywistka i kulturoznawczyni, przy okazji mieszkanka dzielnicy, Elwira Kuc-Kiwałło. – A ideałem nadal są tak zwane „szczęki” zamykane na noc. Warzywo natomiast także zasługuje na dizajn, czas już w dzisiejszej dobie przyznać mu ten awans.



Zieleniak to miejsce szczególne na mapie Warszawy – przynajmniej takiej, która tu sięga. Tuż obok znajduje się pomnik Barykada Września, w powstaniu był tu obóz przejściowy dla brutalnie pacyfikowanej ludności Ochoty. Miejsce z takimi tradycjami zasługiwało na oprawę o europejskim standardzie.


Pieczołowicie, w drodze konkursu i zakulisowych rozgrywek, wybrano projektanta, którego nazwiska niestety do dziś nie udało się ustalić. 

Spójrzmy okiem fachowca-amatora na nowowykreowaną przestrzeń. Architekt w mistrzowski sposób nawiązał formalnie do obiektów handlowych z czasów zaawansowanego Gierka. Budowla obłożona jest betonowymi prefabrykatami do złudzenia przypominającymi blachę trapezową, powszechny materiał wykończenia peerelowskich pawilonów, na dodatek już w typowy sposób sfatygowaną. Wymalowanie rdzawych zacieków wyglądających jak naturalna korozja stali wymagało wyjątkowej staranności wykonawstwa. Zadaszenia przywodzą zaś na myśl łączniki piesze kondygnacji +1 stołecznej „ściany zachodniej” z lat 70. Nawet roślinność powinna w zamyśle przypominać rachityczne samosiejki z bezpańskich prefabrykowanych donic.


Wszystko to miało – wzorem „szynki jak za Gierka” – poruszyć wciąż silną strunę socnostalgii, oraz przemawiać językiem dobrze znanych architektonicznych wzorców rodem z wielkopłytowych osiedli spółdzielczych.

– Mies i „Corbu” by się tu odnaleźli – zapewnia Zawodowy. – Jest to krok dalej w stronę stalbetbrutalizmu, niż istniejące już hale „Banacha” z ich blaszaną okładziną ukierunkowaną wertykalnie w przyziemiu i ornamentowaną w stylu schyłkowego maszynohurtu na zwieńczeniu.

Niestety, wysiłki twórcy jak dotąd pozostają niedocenione przez potencjalnych odbiorców i nieistniejących użytkowników.


Odwrotnie, plany ratusza z miejsca spotkały się z protestami kupców, klientów, mieszkańców dzielnicy i dosłownie wszystkich, jak zwykle zresztą. Obawy budził zwłaszcza projekt zabudowy mieszkalnej domykający urbanistycznie fascynujące skrzyżowanie Grójeckiej i Banacha.


– Chcą nam po prostu zabrać plac, zarobek, godność  i chyłkiem otworzyć kolejną „Paskudkę” – grzmiał na spotkaniach konsultacyjnych Henryk Korzuch, prywatny dystrybutor Irgi i Amerykana.

– Cień tobry, w sile siła – dodawał filozoficznie pan Hui Nguyen Wei, dalekowschodni dealer bławatny.


Do tej pory część handlarzy trzyma się kurczowo przestrzeni między halą „Banacha” a ulicą tego imienia. Inni wyprowadzili się na Skorochód-Majewskiego. Co więcej – nie chcą wracać.

– Dalej stąd do miasta, ale ja się ze Skorochodu już nie ruszę – zarzeka się Mieczysława Ćwikła. – A na tamtych betonach to można sobie wątpia przeziębić. Pan spróbuje kapusty.




Tekst jest częścią cyklu „Na przestrzał przez przestrzeń”.

Patronat: Gazeta Żarłoczna, tygodnik Potylica i Fundacja Elżbiety Batory 




10 stycznia 2016

6 stycznia 2016

Chiacona po siedmiokroć

dedykowane przyjemnemu blogowi, w którym nie wiadomo, o co chodzi

Zacznijmyż rok od czegoś jasnego, powietrznego i rześkiego jak mroźny, słoneczny zimowy dzień.

Zakończył się nieopodal - i w czasie, i w przestrzeni - kolejny konkurs szopenowski. Kolejny, który, hélas!, ominął mnie niezauważony. Zatrzymałem się na etapie młodego Władymira Aszkenazego (II nagroda w 1960), choć nie było mnie jeszcze na świecie.
Do czego jednak zmierzam? Zmierzam do tego, że nie mogę pojąć, jak można zmierzyć te szopenowskie wyścigi. Nie byłbym w stanie powiedzieć, że ktoś zagrał balladę najpiękniej, a znów schrzanił mazurki. Inny zaś skopał preludium, a jakaś pani zabłysła w polonezie. Jeżeli trafił we wszystkie klawisze, co należy i nie zjadł paru taktów? Jak rozpoznać większy talent od mniejszego?
A bierze się to i stąd, że im później w muzykę, tym mniejsza swoboda, a więcej odautorskich obwarowań, co skutkuje podobieństwem wykonań, nie?
I odwrotnie - pod tym względem im dawniej w muzykę, tym więcej cudownej niedookreśloności interpretacyjnej. Wykonania się różnią wyraźniejszymi różnicami.
Pozwolę sobie to zilustrować zmasowanym atakiem wczesnego baroku, w wydaniu jednego zaledwie utworu. Razem niecała godzina.
Siadaj i rozluźnij krawat.

Chiacona, ciaconna, ciaccona, chaconne, szakona, wraz ze swą surowszą i poważniejszą siostrą, passacaglią, jest prawdopodobnie najważniejszym wkładem Ameryki prekolumbijskiej w muzyczną kulturę europejską, lub nawet w kulturę europejską, a może wręcz w kulturę. Wywodzą je bowiem z państwa Inków. Samo to już robi wrażanie odpowiednio działając na wyobraźnię. Słuchanie zaś daje jeszcze więcej zaskakujących korzyści.
Ciacconę wyabstrahował do postaci skroplonego absolutu w jednym ze swych opera magna najsłynniejszy (chyba) kompozytor świata, o których - kompozytorze i dziele - będzie mi wypadło napomknąć jeszcze w nieznanej, mglistej przyszłości. Wymaga tego elementarna przyzwoitość.

Na razie jedna chiacona w wielokrotnej odsłonie. Wzięło mnie niedawno na ten utwór - i trzyma do dziś. Zebrało mi się też, by podliczyć dostępnie podręcznie wersje / wykonania. Efekt prac inwentaryzacyjnych poniżej.

Utwór może nie najpiękniejszy, ale wielce powabny i, powiedzmy, aromatyczny. Nie najbardziej, ale porywający, nie najskuteczniej, ale uwodzicielski. Jeden z bardziej oryginalnych, choć z pozoru prosty. Smakuje wyśmienicie i świeżo, jak rzodkiewki z własnego, przydomowego ogródka. Siedem schodzących po schodach skali (schody - wł. la scala) dźwięków potarzanej podbudowy plus wariacje na drzwi skrzypienie i kocie miauczenie. Lot trzmiela, który połyka nutki jak Pac-Man. I karpiel, i bułecka. Nastrój pogodny. Ba, zawadiacki. Obfitość materii do skrzącego się jak klatki schodowe w b. Cedecie popisu dla jednego skrzypka i dowolnego składu szarpidrutów realizujących siedmionutowy bas cyfrowany.

Autor, Antonio Bertali, był jednym z niejednych muzyków pochodzenia włoskiego na dworze Habsburgów i w środku. A więc we Wiedniu, który jeszcze wówczas nie był miastem Mozarta, Beethovena ni Schuberta - a oni to zdominowali muzyczną świadomość miasta nad Dunajem. A już najbardziej Strauss.
Muzyka Straussa jest jednak wyleniała jak pekaesy (koteletten) Franciszka Józefa, Beethoven kojarzony jest z hitem Chucka Berry'ego, Mozart przeszedł do telefonii komórkowej, a Schubert to już w ogóle nie wiadomo, kto.

Muzycy wczesnobarokowi elektryzują nadal! Voilà!



01 ekscentryczna, kameralna, jedyny znany mi utwór muzyki klasycznej, który (nagrany) kończy się wyciszeniem
płyta: Holloway / Assenbaum / Mortensen - Johann Heinrich Schmelzer - Unarum Fidium / ECM
nabyta: 2000 07 18
skrzypce: John Holloway


02 delikatna, ale sam popis narowiścieje
płyta: Musica Fiata / Roland Wilson - Antonio Bertali - Sonate Festive / CPO
nabyta: 2001 11 29
skrzypce: Anette Sichelschmidt


03 skrócona, za to potraktowana najbardziej wolnościowo i z najsilniejszą podbudową akompaniamentu
płyta: L'Arpeggiata / Christina Pluhar - All'Improviso / Alpha
nabyta: 2004
skrzypce: Veronika Skuplik


04 dziarska, ale za to urzekające spowolnienia i kadencje w końcówce
płyta: Ensemble Echo du Danube / Christian Zincke - Das Partiturbuch / Naxos
nabyta: 2006 10 28
skrzypce: Martin Jopp


05 o arcysolidnym, chwilami zakatarzonym dulcjanem basie, z początku kilka razy zrywa się do lotu - wreszcie na dobre, potem ciekawe dialogi
płyta: The Rare Fruit Council / Manfredo Kraemer - Rariola & Marginalia / Astrée
nabyta: 2007 12 15
skrzypce: Manfredo Kraemer


06 zaimprowizowane preludium szarpane
płyta: Ricercar Consort / Philippe Pierlot - Antonio Bertali - Valoroso / Mirare
nabyta: 2008 08 01
skrzypce: François Fernandez


07 również wyłania się z preludium, w trakcie - nasz człowiek włącza się organem jakby sąsiad włączył odkurzacz, a jaki zacny teorban, milordzie!
płyta: Podger / Świątkiewicz / Caminiti - Perla Barocca / Channel Classics
nabyta: 2015 08 06
skrzypce: Rachel Podger





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...