31 lipca 2015
29 lipca 2015
24 lipca 2015
Kanion Kaczyński
Zastanawiam się od pewnego czasu, czy zwykły obywatel RP może dostać się dziś na Krym. A także, czy funkcjonuje wjazd od strony lądu, czyli Ukrainy. Niby można by się tego dowiedzieć. Tylko do jakiej ambasady dzwonić? Ba.Chciałoby się bowiem jeszcze kiedyś trafić do tej niezwykłej krainy. Piękny kraj, mili ludzie, cudowna przyroda, szacowne zabytki... Tymczasem jednak pozostaje spozieranie na obrazki sprzed dwóch bez mała lat.
Na przykład: kanion rzeczki Kaczy w okolicach Bakczysaraju.
A propos - zamieszczane tu już zdjęcie z drogi między wsiami Piereduszczelne a Maszyne, wiodącej do skalnego monastyru Kaczy Kalon, uzyskało honorowe wyróżnienie w periodyku „Twoje podrurze”.Uzazadnienie: klarowna kompozycja, wyjątkowe zestawienie dynamicznych rytmów w obrębie kadru.

13 lipca 2015
Pozostałości świętego Mikołaja
Ech, Wojsko Polskie w pogoni za uchodzącymi w 1920 roku bolszewikami zajęło tereny, gdzie tkwi stara twierdza-miasto, Kamieniec Podolski. Wskutek pokoju ryskiego, cofnęło się jednak za Zbrucz, oddając to niezwykłe miejsce władzy radzieckiej. Błąd. Nie tylko ze względu na byt szarych mieszkańców miasta, ale i niezaistniałą możliwość nacieszenia się przez naszych przodków tym wyjątkowym kompleksem zabytkowo-przyrodniczym w tzw. dwudziestoleciu międzywojennym. Także główna ormiańska świątynia miasta pw świętego Mikołaja być może dotrwałaby do naszych czasów. A tak, możemy podziwiać, jak piękne ruiny pozostawiła radziecka gospodarka nieruchomościami.
Erygowany w XIV wieku, wymurowany w XVI, przebudowany w XVIII, rozebrany w XX (lata 30.).
Ocalało kryte kratą przezrocze portyku oraz wyniosła wieża. Tudzież elementy lapidarne.
Erygowany w XIV wieku, wymurowany w XVI, przebudowany w XVIII, rozebrany w XX (lata 30.).
Ocalało kryte kratą przezrocze portyku oraz wyniosła wieża. Tudzież elementy lapidarne.
Ostatnio, za sprawą wydanego niedawno i nieopodal przez Arkady „Leksykonu zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich”, doznałem lekkiego déjà-vu. Szkoda, że nie można było mieć tego tomu pod pachą wędrując przez Ukrainę dwa lata temu!
Etykiety:
Ukraina
4 lipca 2015
Fandango
Podczas gdy z wielką gorliwością zajmowano się wyporządzeniem naszego mieszkania, ojciec odebrał list, który przepełnił go radością. W liście tym marszałek, książę de Tavannes, prosił go o sąd w pewnej sprawie honorowej, która całemu trybunałowi wydala się nader trudna do rozstrzygnięcia. Ojciec z taką radością przyjął ten dowód szczególniejszej łaski, że postanowił wyprawić z tego powodu wielki bal dla sąsiadów. Ale ponieważ nie mieliśmy żadnych sąsiadów, bal przeto skończył się na fandango, wykonanym przez mego fechtmistrza i senorę Fraskę, pierwszą garderobianą mojej matki.
Wprawdzie działo się to akurat w przeciekającym od deszczu „zamku przodków” narratora-bohatera w Bouillon, ale...
W ostatnim czasie, pod względem pogody, Warszawa i okolice wreszcie zaczęły przypominać odrobinę Andaluzję, co przepełnia mnie radością. Żeby więc podtrzymać odrobinę andaluzyjski nastrój, dodajmyż sobie stosowną ilustrację muzyczną. Tak - fandango. Jednocześnie będzie to kolejne ogniwo cyklu pt. „wybitne (tj. chwytliwe) dzieła klawesynowe”.
Dzieło padre Antonia Solera poznałem najpierw w historycznym co nieco wykonaniu Igora Kipnisa (płyta Spanish Harpsichord), potem zaś sprawiłem sobie nowe, lśniące wykonanie Andreasa Steiera na poświęconej gatunkowi płycie Variaciones del Fandango Español. Cóż, wolę to pierwsze. Nie dlatego, że je jako pierwsze usłyszałem, bardziej podoba mi się prowadzenie tempa - od tego początkowego „wtoczenia się na górkę” począwszy. Ale nie znalazłem go w YT. Staier też daje radę. Con fuego!
Także reszta recitalu Steiera, aż po grane na dwa klawesyny plus kastaniety Fandango Boccheriniego, jest tak zacna, że całość wkładam do koszyka stu płyt.
86. Andreas Steier - Variaciones del Fandango Español 1999
Wprawdzie działo się to akurat w przeciekającym od deszczu „zamku przodków” narratora-bohatera w Bouillon, ale...
W ostatnim czasie, pod względem pogody, Warszawa i okolice wreszcie zaczęły przypominać odrobinę Andaluzję, co przepełnia mnie radością. Żeby więc podtrzymać odrobinę andaluzyjski nastrój, dodajmyż sobie stosowną ilustrację muzyczną. Tak - fandango. Jednocześnie będzie to kolejne ogniwo cyklu pt. „wybitne (tj. chwytliwe) dzieła klawesynowe”.
Dzieło padre Antonia Solera poznałem najpierw w historycznym co nieco wykonaniu Igora Kipnisa (płyta Spanish Harpsichord), potem zaś sprawiłem sobie nowe, lśniące wykonanie Andreasa Steiera na poświęconej gatunkowi płycie Variaciones del Fandango Español. Cóż, wolę to pierwsze. Nie dlatego, że je jako pierwsze usłyszałem, bardziej podoba mi się prowadzenie tempa - od tego początkowego „wtoczenia się na górkę” począwszy. Ale nie znalazłem go w YT. Staier też daje radę. Con fuego!
Także reszta recitalu Steiera, aż po grane na dwa klawesyny plus kastaniety Fandango Boccheriniego, jest tak zacna, że całość wkładam do koszyka stu płyt.
86. Andreas Steier - Variaciones del Fandango Español 1999
Etykiety:
muzyka,
przeczytane
29 czerwca 2015
Les remparts de Varsovie
Tytuł po francusku, bo istnieje taka piosenka. Lecz jej jeszcze nawet nigdy nie słyszałem. Zapewne nie jest o murach Warszawy. Na razie nie będę tego zgłębiał, gdyż nie sposób wszak zaaplikować sobie wszystkiego naraz.
O murach Warszawy jest za to niniejszy wpis, a raczej impresja obrazkowa z którejś spośród przeszłych zim.
O murach Warszawy jest za to niniejszy wpis, a raczej impresja obrazkowa z którejś spośród przeszłych zim.
Podwójny (niepełny) pierścień murów obronnych Starej Warszawy jest rekonstrukcją, przed- i powojenną, bazującą jednak na obrazie stanu rzeczywistego z wieków XIV, XV i XVI. Podobno autentyczne partie oddzielone są od dobudowanych czarną spoiną z lepiku, widoczną w swym przebiegu na tej i owej wysokości. Nie jest to jednak informacja sprawdzona u źródeł Dunaju, więc z góry czynię to zastrzeżenie.
Etykiety:
Warszawa
24 czerwca 2015
19 czerwca 2015
Ratusz w Sulmierzycach, wzorzec do zrzynania
Najpierw był, że tak powiem, oryginał, czyli źródło inspiracji: ratusik z Sulmierzyc. Miasteczko położone tuż na południowym krańcu Wielkopolski, na samym końcu jej obrusa, szczyci się tym prześlicznym przykładem budowli municypalnej.
Nigdy tam jeszcze nie byłem - zostaje dzięki temu jakiś jeszcze cel w życiu. Może więc kiedyś... Wygląd tego zabytku jest mi jednak dobrze znany, a mianowicie ze znaczka pocztowego czasów PRL-u. Była to część serii z wyobrażeniami wybitnych przykładów polskiej architektury drewnianej.
Reprodukcję tego znaczka pozwalam sobie przytoczyć ze stron międzysieciowych Sulmierzyc.
Potem powstał projekt urbanistyczny, niezrealizowany dotąd i prawdopodobnie i w przyszłości w podwarszawskiej pustce. Z różnych względów, jak np. śmierć głównego inwestora. Zdarza się.
Wśród wizualizacji zauważyć możemy jednak budynek społeczny inspirowany formami prosto z wyżej pokazanej wernakularnej budowli.
Późnej jeszcze - niedawno - jadę ci ja przez Polskę, m.in. przez jedno z małych miasteczek, i co widzę? Kolejny ratusz z Sulmierzyc!
Nie do końca identyczny, ale inspiracja jest oczywista. Co ciekawe, jest to tzw. nówka sztuka nieśmigana, wykonana pod pozorem rekonstrukcji oryginalnego budynku rady miejskiej, którego fundamenty odsłonięto przy okazji remontu, rewitalizacji i reeuropeizacji rynku.
Polska to piękny kraj. Tylko ludzie to... Nie, nie ludzie. Budynki, budowle i inne obiekty, które wznoszą, tworzą i stawiają - mniej więcej od półwiecza, ze szczególnym nasileniem w czasach (totalnej?) wolności. Cały ten kraj pokryty jest szlamem paskudnych tworów, jak kraina po powodzi.
Pod tym względem, Polska to kraj straconych szans i zmarnowanych możliwości.
O tym nie muszę pisać - robią to od lat całe rzesze innych, na dodatek bez najmniejszego skutku. Poza tym, podtytuł tego blogu mógłby brzmieć „pokazuję to, co mi się podoba”. A więc nie będę pokazywał, ani pisał za dużo, o tym, co mi się nie podoba.
Podobają mi się zaś pejzaże ojczyste, zarówno ziem zdobytych na sąsiednich narodach: Sudety, Bieszczady, Suwalszczyzna, Pojezierza, Wybrzeże, jak i rdzennego serca naszego kraju: Mało- (zwłaszcza) i Wielkopolski, ale i Mazowsza, itd.
Podobają mi się też relikty dawnego budownictwa, nie tylko zabytki, ale i zwykłe kamienice, domy, czy chałupy.
Wobec smutnej rzeczywistości naszej codziennej przestrzeni, uważam, że inspirowanie się dobrymi przykładami budownictwa prostego a pięknego jest uzasadnione, jeśli nie wręcz wskazane.
A także i najzwyklejsze zrzynanie.
Nigdy tam jeszcze nie byłem - zostaje dzięki temu jakiś jeszcze cel w życiu. Może więc kiedyś... Wygląd tego zabytku jest mi jednak dobrze znany, a mianowicie ze znaczka pocztowego czasów PRL-u. Była to część serii z wyobrażeniami wybitnych przykładów polskiej architektury drewnianej.
Reprodukcję tego znaczka pozwalam sobie przytoczyć ze stron międzysieciowych Sulmierzyc.
Potem powstał projekt urbanistyczny, niezrealizowany dotąd i prawdopodobnie i w przyszłości w podwarszawskiej pustce. Z różnych względów, jak np. śmierć głównego inwestora. Zdarza się.
Wśród wizualizacji zauważyć możemy jednak budynek społeczny inspirowany formami prosto z wyżej pokazanej wernakularnej budowli.
Późnej jeszcze - niedawno - jadę ci ja przez Polskę, m.in. przez jedno z małych miasteczek, i co widzę? Kolejny ratusz z Sulmierzyc!
Nie do końca identyczny, ale inspiracja jest oczywista. Co ciekawe, jest to tzw. nówka sztuka nieśmigana, wykonana pod pozorem rekonstrukcji oryginalnego budynku rady miejskiej, którego fundamenty odsłonięto przy okazji remontu, rewitalizacji i reeuropeizacji rynku.
Polska to piękny kraj. Tylko ludzie to... Nie, nie ludzie. Budynki, budowle i inne obiekty, które wznoszą, tworzą i stawiają - mniej więcej od półwiecza, ze szczególnym nasileniem w czasach (totalnej?) wolności. Cały ten kraj pokryty jest szlamem paskudnych tworów, jak kraina po powodzi.
Pod tym względem, Polska to kraj straconych szans i zmarnowanych możliwości.
O tym nie muszę pisać - robią to od lat całe rzesze innych, na dodatek bez najmniejszego skutku. Poza tym, podtytuł tego blogu mógłby brzmieć „pokazuję to, co mi się podoba”. A więc nie będę pokazywał, ani pisał za dużo, o tym, co mi się nie podoba.
Podobają mi się zaś pejzaże ojczyste, zarówno ziem zdobytych na sąsiednich narodach: Sudety, Bieszczady, Suwalszczyzna, Pojezierza, Wybrzeże, jak i rdzennego serca naszego kraju: Mało- (zwłaszcza) i Wielkopolski, ale i Mazowsza, itd.
Podobają mi się też relikty dawnego budownictwa, nie tylko zabytki, ale i zwykłe kamienice, domy, czy chałupy.
Wobec smutnej rzeczywistości naszej codziennej przestrzeni, uważam, że inspirowanie się dobrymi przykładami budownictwa prostego a pięknego jest uzasadnione, jeśli nie wręcz wskazane.
A także i najzwyklejsze zrzynanie.
Etykiety:
architektura,
budownictwo drewniane,
Polska,
zabytki staropolskie
12 czerwca 2015
Hot Buttered Soul
Czy chcesz być
Murzynem?
Dawniej chciałem.
Dziś tylko chudym
brytyjskim pedałem.
Bliżej mi do tego
prezencją, poza tym
dziś wszyscy k u m a j ą
f u n k o w e k l i m a t y.
Łysa pała, broda, nagi tors. Nic dodać, nic ująć! Zacząłem
od najłatwiejszego: zapuściłem długą brodę i ogoliłem glacę. Gorzej było z
nagim torsem. No bo jak tu... Ostatecznie nic z tego nie wyszło, gdyż skóra
jakoś mi nie ściemniała na szuwaks. Tylko dusza (soul!) sczerniała. Została mi też przez jakiś czas owa broda,
czyli byłem prekursorem dzisiejszych drwaloseksualnych hipsterów. Nie był to
zresztą pierwszy raz, kiedy antycypowałem modną modę spod znaku hipsterów.
Rozziew czasowy jednak był zawsze tak duży, że nie mogę mienić się trendsetterem.
Zostawmy jednak tę tematykę na nieokreślone później i
przyjrzyjmy się płycie, która zmiotła mnie na podłogę, gdy za drugim razem
położyłem ją na talerzu gramofonu. (Tak już mam, pierwsze przesłuchania często
pozostawiają mnie obojętnym - bo jak może podobać mi się muzyka, której jeszcze
nie słyszałem?). Druga płyta Isaaca Hayesa: Hot
Buttered Soul. A więc już w tytule zapowiadająca się soulowo, gorąco i
tłusto! Aczkolwiek szczególny to soul.
Tru-tu, bu-dum.
Po bębnowym zagajeniu rozwleka się smyczkoidalna membrana na
tle wirujących tarcz organu Hammonda. Z niebytu wyłania się też wibrująca
ostrym zdegenerowanym dźwiękiem gitara, która przejmuje wnet dowodzenie,
wykonując bardzo charakterystyczny riff, który powraca kilkakrotnie na
przestrzeni czasu utworu. Wobec tej przewagi nawet chór niewiast nieśmiało
tylko z początku daje o sobie znać.
To dość znany początek, homogenizowana do kilku małych minut
wersja tego utworu pałętała się bowiem po jakichś ścieżkach dźwiękowych filmów
i rozgłośniach radiowych. „Walk on By” to w ogóle znany kawałek, klasyk
soulowy, także i z wykonań innych wykonawców, np. z wykonania Dionne Warwick, którego nie
mogę równie szczerze nie polecić.
Tutaj jednak następuje nowatorska dekonstrukcja pop-soulowej
piosenki do utworu-monstre, dalekiego od soulowej ortodoksji. Zwłaszcza ta
gitara... Nie do wiary, ale wówczas jednak Biali mieli swoją muzykę, a Czarni
swoją. Nie pomogli ciemnoskórzy rockandrollowcy jak Chuck Berry czy Little Richard...
Dlatego tak nowatorskim miksem stała się Isaaca Hayesa wersja „Walk on By”,
szczególne arcydzieło aranżacji. Warto się wsłuchać w jego struktury.
Smętna ta pieśń unurzana jest w orkiestrowej papce z
dodatkiem acidowej gitary, organów, i rzecz jasna, sekcji rytmicznej.
Ociekający gorącą czekoladą (fuj) wokal wspomaga rzeczony chór damski. Wspólnie
pokonują kilka instrumentalnych kulminacji wieńczonych znanym riffem. Po
sześciu minutach, a więc w połowie utworu, następuje zagęszczenie tempa.
Orkiestracja dęto-smyczkowa szaleje w powtarzanym obsesyjnie motywie, aż
stopniowo wygasa. Pozostają gitara i organ, które wrzeszcząc awanturują się,
ale żadne nie chce ustąpić. W końcu rozsądza je perkusja, która tyle
nieoczekiwanym, co za krótkim solo wieńczy utwór.
Zupełnie oszalały jest też kolejny numer, może nawet
bardziej, począwszy od tytułu: „Hyperbolicsyllabicsesquedalymistic” (– jak? –
„Hyperbolicsyllabicsesquedalymistic” – aha.), jedyna autorska kompozycja
płyty.
Co tu dużo mówić. W jednej trzeciej coś jak piosenka, z
tytułowym neologizmem jako refrenem śpiewanym przez białogłowy. W pozostałej
części rytmiczna galopada z perkusyjnie traktowanym fortepianem w roli głównej,
okraszona hiphopowym iście stękaniem. Bo też i protoraperem wydawał się w tych
czasach twórca płyty. Już nawet od wyglądu zewnętrznego (ów nagi tors
przyozdobiony sutym „kajdanem”) począwszy. Wracając do muzyki: szaleństwo. Karuzela. Pęd. Zagęszczenie.
Wytchnieniem pewnym jest trzecia piosenka, w zupełnie
powściągliwy sposób potraktowana pościelowa niemal ballada „One Woman”,
opowiadająca
–
wbrew tytułowi
–
o zgubnych rozterkach wynikających z pokusy
posiadania dwóch (różnych) ukochanych. Na tle pozostałych - piosenka zupełnie
zwykła i miła. I co więcej – krótka.
Płytę wieńczy opus osiemnasto-aż-minutowe, kolejna przeróbka
cudzego dzieła, o czym zresztą dowiadujemy się na początku. Mówiony na tle
delikatnego akompaniamentu basu i perkusji oraz jednego dźwięku z organów wstęp
zajmuje tu bowiem aż osiem pierwszych minut! No, robi to pewien nastrój. Ile
jednak razy można wysłuchać tej samej opowieści przekazanej słowem mówionym?
Zwykle przeskakuję więc od razu do 8'35, kiedy utwór właściwie się zaczyna, by
wybrzmiewać przez pozostałe 10 minut. Wraca tu bogata w oboje, flety i smyczki
orkiestracja. „By the Time I Get to Phoenix”, ekspresja udręki zranionego w
uczuciach podmiotu lirycznego, rozwija się i narasta w emocjach wyrażanych i w
bombastycznej instrumentacji, i w wokalu (wykonawca w pewnym momencie ostrzega
lojalnie: „Będę teraz zawodził”!). Kulminacją epickiej opowieści jest ekspresja
organu Hammonda na tle pełnej orkiestry studia nagraniowego, którą to
kulminację koją w końcu dźwięki fortepianu. Rock and soulowy majstersztyk!
Uff!
Kilka faktów-chwastów gwoli wszelkiej skrupulatności:
Pozostałe płyty Isaaca Hayesa już tak nie porażają. Co
ciekawe, kolejna, Isaac Hayes Movement,
powtarzająca dokładnie strukturę Hot
Buttered Soul - cztery utwory-przeróbki cudzych piosenek rozdęte do połowy
strony longplaya każdy - zupełnie rozczarowuje. Niewypał jakiś! Fajne fragmenty
można znaleźć za to na ...To Be Continued
z tego samego, co poprzednia 1970 roku. Mam na myśli zwłaszcza instrumentalny
„Ike's Mood” z czarownym motywem fortepianu. Z biegiem następnych płyt wzdłuż dekady
lat 70., Hayes osuwał się coraz bardziej z funkowego soulu (soula?) w disco,
niemniej niezgorszej próby. Może tylko za bardzo uwierzył, że w istocie stanowi
jakiś seks-symbol…
![]() |
| I. Hayes jako filmowy bad motherfucker |
Oprócz regularnie wydawanych płyt regularnych, Hayes wziął
się za komponowanie muzyki do filmów. I w tej dziedzinie odniósł sukces
niebagatelny: w roku 1972 uhonorowano go, jako trzeciego Cz… człowieka o
ciemnej skórze w dziejach, Oscarem - za temat do filmu „Shaft”. Osobiście,
przedkładam ponad to dzieło inne ilustracje Hayesa do filmów z prężnego w
latach 70. gatunku „blacksploitation”. Na fali Oskarowego sukcesu muzyk zaczął
w tych produkcjach udzielać się aktorsko. Nie oglądałem. Pamiętam za to jego
rolę demonicznego władcy zamienionego w wielkie więzienie Manhattanu z
sensacyjnego filmu „Ucieczka z Nowego Jorku” (aż mi się łezka zakręciła, pisząc
to przypomniałem sobie bowiem, że wyświetlano go u nas w kinach, gdyśmy byli
jeszcze za smarkaci na takie filmy, za to rodzice chodzili, a potem nam je
opowiadali, jeszcze ciepłe; tak było i z „Ucieczką…”. I z „Seksmisją”, sic!). Soundtracki
Hayesa są przykładami wzorcowej funkującej ilustracji muzycznej z lat 70..
Dodać można, że i chytrusek Tarantino do dziś wyłuskuje z nich co bardziej
lśniące perełki i wstawia do swoich filmowych, hm, fantasmagorii.
O roli kucharza (głos) z animowanego serialu „South Park”
niewiele mam do powiedzenia, bo też go nie widziałem. Chyba na szczęście.
Na koniec dodam, że liderowi towarzyszy na Hot Buttered Soul instrumentalny zespół
The Bar-Kays, odrodzony jak Feniks z popiołów po katastrofie lotniczej, w
której zginęło gros uczestników jego oryginalnego składu, akompaniującego wówczas innej
czarnej gwieździe, co również zgasła w owej tragedii, i o której będzie mi wypadało
w nadchodzącej niezmordowanie przyszłości kiedyś także wspomnieć.
87. Issac Hayes - Hot Buttered Soul 1969
Etykiety:
muzyka
3 czerwca 2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















