10 lutego 2013

Sochocin. Odcinek 10

32 kilometr.

Byłe miasteczko Sochocin nad Wkrą położone nie wyróżnia się niczym szczególnym, a jeśli to szczególną popołudniową sennością. Może też stanowić przykład typowych losów małego miasteczka z Mazowsza (i z nie-Mazowsza zresztą też): prawa miejskie uzyskał już w XIV wieku, jako osada prywatna (rycerska). Zaludniała go ludność głównie rolnicza, ale było jej tu w XVI wieku z pół tysiąca. Po kataklizmach drugiej połowy następnego stulecia – „potopie” szwedzkim, spustoszeniu, pożarach i epidemii zostało mniej niż stu mieszkańców. Ostatecznie, jak wiele innych osad, Sochocin utracił prawa miejskie po powstaniu styczniowym – częściowo w ramach represji moskalskich, częściowo w ramach porządkowania stanu faktycznego. I tak jest do dziś – jest jedną z wielu w Polsce wsi z rynkiem.

Na tym rynku stoją sochocińskie zabytki. Jeden z nich to - po prostu - dom. Prosty a piękny, zbudowany w pierwszej połowie XIX wieku. Właściwie można by go nazwać dworem, ale wszak stoi w mieście. Więc jest domem. Domiskiem. Dlatego nie przepadam za nazwą „styl dworkowy” dla nurtu architektury polskiej z początku XX wieku, zastępując ją terminem „styl rodzimy” – bo wszak i w tym niedworkowym przykładzie odnaleźć można inspirację dla owego nurtu. Widać tylko, że ma dwóch różnych właścicieli. Blacha może być, ale głosuję na dachówkę.


Drugi zabytek to kościół - gotycki, ale neo. Kucharz, kucharz, nie oszukasz. Tak w średniowieczu by na Mazowszu nie budowano. Budowano tak w XIX wieku i na początku XX. Jak w tym przypadku: 1908-1918. Byłaby to więc ostatnia realizacja neogotycka? Możliwe. Na pewno jedna zy.

Jak budowano w średniowieczu na Mazowszu? To się wkrótce okaże.


Obok kościoła uwagę zwraca budynek ani chybi plebanii. W stylu, który z kolei na zasadzie licentia poetica nazywam stylem międzynarodowym. Bo to ani nie styl rodzimy, ani nie neogotyk, nie neorenesans, nie neoromanizm, a coś pomiędzy tym wszystkim, i co stosowano na przełomie XIX i XX wieku wszędzie w Europie.


Zacnej architekturze nie zaszkodziło nawet pokrycie dachu blachodachówką.


Opuszczamy gościnny Sochocin, nie niepokojeni przez nikogo.






9 lutego 2013

Za Kucharami. Odcinek 9

29 kilometr.

Coś znów każe się zatrzymać i uwiecznić na matrycy przydrożne kolory... Co robić?


W niedzielne przedpołudnie, południe i popołudnie przyjemnie jeździ się drogami niekrajowymi: zupełna pustota, że ułożyć się do snu można. Jak ten człowiek, co
...zwykł układać swą głowę 
w poprzek szyn ważnej stacji węzłowej.

Jeszcze jedno: ogromna większość tych małych lokalnych dróg ma nawierzchnię bez zarzutu. Tu dokonał się w ostatnich latach niemal niezauważony skok cywilizacyjny. Termin „polskie drogi" traci swoje dotychczasowe pejoratywne zabarwienie. Ogłaszam to niniejszym. A przecież narzekano na ów fenomen nie tylko w PeeReLu i później, ale już chyba od XVI wieku. Zarówno tubylcy, jak i obcy podróżnicy.
O gęstniejącej sieci autostrad, dróg ekspresowych i obwodnic też można wspomnieć - w końcu przerosła swą gęstością gęstość sieci* warszawskiego metra. Zostają jeszcze parszywe odcinki dróg krajowych, jak "siódemka" lub "ósemka", wąskie a tłoczne, ale tych jak ognia unikam, czy to bicyklem, czy furmanką.





*) Tak! W ten sposób początkowo określone były (humorystyczne skądinąd do tej pory) schematy linii metra autorstwa firmy (?) Bojar Antoniuk Koncept (?).

8 lutego 2013

Kuchary Żydowskie. Odcinek 8

28 kilometr.

Ktoś ma ochotę na gęsi pipek albo czulent? To tutaj!


z cyklu "ciekawe tablice miejscowości", inne odsłony: tu i tu.





7 lutego 2013

Królewo. Odcinek 7

24 kilometr.

O, poprzez babioletnie kwiecie widać z szosy kolejny zabytek na trasie.


Lecz zanim do niego dotrzemy - po drodze plebania w stylu rodzimym, a więc najprawdopodobniej z lat 20. ubiegłego wieku. Choć odnowiona, to przybrudzona dobudówką, kolorem i stolarką okienną.


Drewniany kościół w Królewie pochodzi z drugiej ćwierci XVII wieku, ale później podlegał przebudowom. Założę się, że wieża jest dużo nowsza.


Cieszy doskonały stan zabytku. Chociaż drzwi oczywiście zamknięte.


Jeszcze jeden rzut oka na plebanię i jej zgrabny ganek tudzież facjatkę z „barokowym” szczytem.







6 lutego 2013

Krajczyn. Odcinek 6

21 kilometr.


Na drodze za Krajczynem, na zakręcie kapliczka, na niebie chmury.
Na drzewie kolory jesieni, choć to babie lato.






5 lutego 2013

Sona. Odcinek 5

16 kilometr.


Słońce odbija się w wodach Sony, jednej z rzek na trasie, kawałek przed jej ujściem do Wkry. Most w Popieleżynie został niedawno zbudowany na całkiem nowo.





4 lutego 2013

Cieksyn. Odcinek 4

11 kilometr.

Cieksyn – wioska nad Wkrą z kościołem gotycko-renesansowym. 


Jest to jedna z tych kilku świątyń mazowieckich związanych z osobą Giovanniego Battisty, albo Jana Chrzciciela, albo po prostu Jana Baptysty z Wenecji. Jedna z nich pojawiła się na łamach – był to kościół obronny znad Bzury - szopenowski, brochowski. Na inne nadejdzie czas w swoim czasie.

Patent naszego Wenecjanina polegał na przekrywaniu kościołów sklepieniem kolebkowym oparym na rzędzie drobnych arkad-nisz. Te z kolei stały na dużo większych arkadach przyściennych.

Tyle że nie wiadomo, czy to on projektował kościół cieksyński.


Wewnątrz są jakoweś nagrobki! Ale ilekroć tam jestem, to albo zamknięte albo msza. Trudno się wstrzelić w drzwi otwarte, mówiąc w przenośni. Więc jeszcze kiedyś trzeba nawiedzić kościół św. Doroty na nagrobkobranie.

Poza tym – co widać – we wnętrzu późnogotycka grupa rzeźb na tzw. belce tęczowej i późnorenesansowy ołtarz główny. Późno. Jedziemy.





3 lutego 2013

Ruszkowo. Odcinek 3

7 kilometr.

Przejazd przez linię kolejową niezelektryfikowaną jednotorową Nasielsk - Sierpc. Czy wywalczone czas temu przez entuzjastów komunikacji szynowej przywrócenie ruchu na tej linii przetrwa nadchodzącą masakrę na kolei?


A przecież sporo już zawdzięczamy sprawnej interwencji szynobusu tej właśnie relacji!


Zespoł Queen ma w dorobku między innymi dwa hity: „I'm in Love with My Car” oraz „Bicycle Race”.
Mógłbym zmiksować je, by powstała piosenka „I'm in Love with My Bicycle”. Bo i trochę w tym prawdy: to było uczucie od pierwszego wejrzenia (w sklepie), a po wielu latach wspólnych tras tylko urosło. Jest po prostu jak dla mnie skrojony. Nie rozumiem, jak niektórzy cykliści mogą jeździć z tyłkami powyżej głów. Albo bez błotników…
Atoli nie jestem dobrym panem dla metalowego rumaka: nie zaprzątam sobie głowy elementarną jego konserwacją i rumak nie jest już tak sprawny, jak u zarania swych dziejów. 


W każdym razie, „Car race” – w żadnym wypadku.






2 lutego 2013

Wiatrak w polu. Odcinek 2

6 kilometr.

Szczęśliwie opuściliśmy zarówno Nowe, jak i Stare Pieścirogi, ukrywające się pod nazwą stacji mikrowęzłowej Nasielsk. Czy mikrowęzeł nasielski przetrwa planowaną rzeź na kolei?

Tymczasem zostawiamy za sobą pierwszowojenną mogiłę w Czajkach i skręcamy na północ. 


Pogoda piękna, ale czy jedzie się na zachód, czy na północ, wiatr równo dmie w nos hamując cyklistę w pędzie. Dziwne, że wiatrak się nie obraca. Ale one już tak mają, te współczesne wiatraki: głównie tylko stoją i imponują.

Nie jestem im przeciwny, ale też nie jestem fanem. Samotniczy wygląda ciekawie – duża połać farmy wiatrowej już nie. A i ekoledzy ekologowie narzekają. Jak z atomem! Krótko mówiąc: nie dogodzisz.







1 lutego 2013

Babie lato. Odcinek 1


Otóż, proszę ja kogo, nastał, panie dzieju, luty, znakiem tego. Miesiąc krótki, oraz taki, który świadczy dobitnie, że dopiero co rozpoczęty rok ma się ku końcowi.

Pomyślałem sobie, żeby wykorzystać tę czterotygodniową pulę zimową na wykonanie projektu z większego cyklu latających wspomnień lata pod wspólnym tytułem „dzień, wspomnienie lata”.

Istnieją w cyferprzestrzeni blogi zawołanych rowerowców, w których pokazują oni chętnie przebyte przestrzenie. Są też blogi poważniej podróżnicze, gdzie właściciele opiewają w rozmiarach większych niż jednowpisowe swoje dalsze i dłuższe peregrynacje. Czemu więc nie pożenić obu form i przedstawić w postaci wieloodcinkowej sagi jednej skromnej wycieczki rowerowej? Czemu nie rozwałkować materiału, który normalnemu blogocykliście starczyłby na jeden wpis, zaś podróżnik długodystansowy nie zaprzątałby nawet sobie nim dyni?

Czemu nie? A czemu tak? Ot, pour passer la mélancolie d’hiver, w oczekiwaniu na przyszły sezon.

W sezonie przeszłym, jak i w zaprzeszłym, odbyłem garść - lub kępę - podwarszawskich wycieczek rowerowych – samotrzeć, samowtór albo i samopas. Nie jestem wyczynowcem – mój licznik nigdy nie przekroczył jednorazowo stu kilometrów. Po pierwsze – nie mam licznika. Po drugie – szanuję swoje sedno, które po trzech ćwierciach tego dystansu zaczyna się odzywać: namawia do zaprzestania eksploatacji.

Obce są mi więc zapędy panów H., który na raz dotarł do Szydłowca, ani tym bardziej K., który dotarł do Ostrowca. Szanuję ich dokonania i żyłkę sportową. Ale oni nie mają w takiej drodze prawie na nic czasu z wyjątkiem pedałowania. Ja zaś lubię przede wszystkim pozwiedzać. Poleżeniem pod gruszą też nie pogardzę.

Z tego względu – chociaż grupowe wypady mają swe zalety – cenię sobie i samotnicze objazdy. Wiadomo – nikt nie pogania, ani nie marudzi. Nie trzeba gonić ani czekać, a to, co godne uwagi – można godnie przyuważyć.

A zatem – oto dwudziestoośmoodcinkowa soap-opera o wycieczce pod Warszawę.  Odcinek pierwszy:


Działo się to – nawet nie w ostatni dzień lata – ale już po tym dniu, a więc niby na jesieni, lecz na pogodę zważywszy, dzień babioletni, piękny jak we wrześniu roku pamiętnego (ja nie pamiętam, ale wszyscy relacjodawcy to podkreślają). Słowem: 30 września, ostatnia niedziela przed początkiem nowego roku akademickiego.


W ramach więc z owym (babim) latem pożegnania, wskoczyłem rankiem w pociąg Kolei Żelaznych Nadwiślańskich Mazowieckich, który powiózł mnie w kierunku na Działdowo. Skorzystałem w pełni z łaskawej oferty wspomnianego wyżej Przewoźnika, czyli obowiązującej do owego dnia gratisowej taryfy na przewóz rowerów. W ten sposób turysta zarabia na zasłużone trzy browary po powrocie!


Podróżowanie w niedzielę ma swoją zaletę: pociąg opuszczający miasto rankiem jest zupełnie pusty. Ma też wadę: powrotny wieczorową porą jest niemiłosiernie zatłoczony.
Sobota przy tym jest pod tym względem zupełnym przeciwieństwem niedzieli: wadą jest tłumny wyjazd, zaletą wygodny powrót. Krótko mówiąc: nie dogodzisz.


Podróżny, który tu opuścił środek lokomocji tkwi w przekonaniu, że jest w poczciwym Nasielsku. Nic bardziej mylnego! W rzeczywistości to Nowe Pieścirogi. A więc nazwa prosto jak z modernistyczno-satanistyczno-psychologicznego pornosa Stanisława Przybyszewskiego. Brrrr… Lepiej ruszać w drogę!







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...