Majówka - bo maj. Zwyczajowo bardzo przyjemna pora w roku. W obcnym coś się niestety popsuło. Miejmy nadzieję, że Unia Europejska lub NATO interweniuje i masy arktycznego powietrza, które daje się ostatnio odczuć, wrócą do republiki Komi, gdzie ich miejsce.
Pedo - bo odbyta w towarzystwie pedałów. I łańcuchów. Itd. Krótko mówiąc: kolejna weloniedziela spędzona na eksploracji ojczyzny w składzie tradycyjnego (od czasu poprzedniego wyjazdu) mikropeletonu.
Eko - no, to tylko taki dodatek, żeby było bardziej trendowo i marketingowo. Ostatecznie też trasa wiodła bez wątpienia skroś różnych ekosystemów.
Interesujące krajoznawcze plony
wyjazdu - w niesprecyzowanym krótce.
19 maja 2016
15 maja 2016
Wieżowce cz.1 (moja rozmowa z Zahą Hadid)
Przypadkiem, odsuwając szafę, znalazłem projekt, szkic tekstu na wpis blogowy, który został zaczęty i porzucony. Jak świadczy zawarta w nim data, datuje się on na dwa lata nazad. Postać w nim wspomniana zdążyła od tamtego czasu żyć i umrzeć.
Mimo to, a może dlatego, publikuję ów tekst po niewielkich uzupełnieniach redakcyjnych, lecz bez rozwinięcia naczelnego tematu. Oto on:
Jeden z czołowych periodyków szykuje plebiscyt wydarzeń i zjawisk warszawskich 25-lecia (1989-2014). Faworytem wydaje się - przynajmniej mnie, bo sam bym tak głosował - otwarcie metra. Ale wśród innych propozycji jest też punkt „wieżowce”.
Że niby zaistnienie wielu wysokościowców w przestrzeni miasta, to zjawisko pozytywne, ba, powód do dumy i przyczynek przybliżania się Warszawy do standardów metropolii europejskiej? Dla wielu osób pewnie tak jest. Dla mnie nie.
Śródmieście Warszawy szpecą rozsiane gdzieniegdzie bloki, osobne lub w skupiskach. Samo bycie blokiem nie jest jeszcze niczym złym, ale gdy istnienie bloków zaczyna definiować obraz miasta - robi się gorzej.
Wieżowce to nic innego jak przerośnięte bloki. W ich przypadku wyjątkowo często sprawdza się zasada dotycząca złej architektury, którą sam sformułowałem:
są albo banalne, albo pretensjonalne.
Nieliczne charakteryzują się umiarkowaną prostotą nie będącą prostactwem. Są to te najwcześniejsze (Pałac Kultury jest poza klasyfikacją) - „Dwie wieże” (J. Skrzypczak & co.) i trzy jednakowe (kompozycja!) wieżowce mieszkalne Ściany Wschodniej (Z. Karpiński & co.). Potem było na ogół już tylko gorzej.
Ale co można zrobić? O wieżowcach kolega P. H. napisał w swoim blogu „mleko już się rozlało”. To prawda. Na dodatek wciąż ciecze szeroką strugą.
Na tę okoliczność przytaczam moją rozmowę ze światowej sławy architektką pochodzenia irackiego, czołową przedstawicielką dekonstruktywizmu (nurt eksploatujący pretensjonalność!), Zahą Hadid.
Moja rozmowa z Zahą Hadid.
- Po co pani tu przyjechała z tymi projektami. Niech pani wraca, nikt pani nie zapraszał - mówię tak, choć wiem, że to nieprawda, przecież właśnie zapraszał.
- OK, here's the deal - mówi Zaha Hadid. - Zostaję tutaj z moimi projektami.
- A druga część umowy? - pytam.
- Spierdalasz - mówi po polsku Zaha.
Cóż.
Mimo to, a może dlatego, publikuję ów tekst po niewielkich uzupełnieniach redakcyjnych, lecz bez rozwinięcia naczelnego tematu. Oto on:
Jeden z czołowych periodyków szykuje plebiscyt wydarzeń i zjawisk warszawskich 25-lecia (1989-2014). Faworytem wydaje się - przynajmniej mnie, bo sam bym tak głosował - otwarcie metra. Ale wśród innych propozycji jest też punkt „wieżowce”.
Że niby zaistnienie wielu wysokościowców w przestrzeni miasta, to zjawisko pozytywne, ba, powód do dumy i przyczynek przybliżania się Warszawy do standardów metropolii europejskiej? Dla wielu osób pewnie tak jest. Dla mnie nie.
Śródmieście Warszawy szpecą rozsiane gdzieniegdzie bloki, osobne lub w skupiskach. Samo bycie blokiem nie jest jeszcze niczym złym, ale gdy istnienie bloków zaczyna definiować obraz miasta - robi się gorzej.
Wieżowce to nic innego jak przerośnięte bloki. W ich przypadku wyjątkowo często sprawdza się zasada dotycząca złej architektury, którą sam sformułowałem:
są albo banalne, albo pretensjonalne.
Nieliczne charakteryzują się umiarkowaną prostotą nie będącą prostactwem. Są to te najwcześniejsze (Pałac Kultury jest poza klasyfikacją) - „Dwie wieże” (J. Skrzypczak & co.) i trzy jednakowe (kompozycja!) wieżowce mieszkalne Ściany Wschodniej (Z. Karpiński & co.). Potem było na ogół już tylko gorzej.
Ale co można zrobić? O wieżowcach kolega P. H. napisał w swoim blogu „mleko już się rozlało”. To prawda. Na dodatek wciąż ciecze szeroką strugą.
Na tę okoliczność przytaczam moją rozmowę ze światowej sławy architektką pochodzenia irackiego, czołową przedstawicielką dekonstruktywizmu (nurt eksploatujący pretensjonalność!), Zahą Hadid.
Moja rozmowa z Zahą Hadid.
- Po co pani tu przyjechała z tymi projektami. Niech pani wraca, nikt pani nie zapraszał - mówię tak, choć wiem, że to nieprawda, przecież właśnie zapraszał.
- OK, here's the deal - mówi Zaha Hadid. - Zostaję tutaj z moimi projektami.
- A druga część umowy? - pytam.
- Spierdalasz - mówi po polsku Zaha.
Cóż.
Etykiety:
architektura,
postacie,
Warszawa
12 maja 2016
Znów
Czy jest sens pokazywać obrazek niemal identyczny, jak w winiecie? Obrazek, który każdy potencjalny widz może uświadczyć własnoocznie, jeśli tylko pofatyguje się na tzw. łono? Albo nawet - jeśli mieszka w wielkim mieście - na Sady Żoliborskie?
A jednak. Wzrastające z upływem czasu poczucie upływu czasu każe chwytać ulotne oznaki upły... no dobrze: ulotności wszechrzeczy uosobione wanitatywnym motywem - w tym przypadku - kwitnienia jabłoni. Albo po prostu tak cieszącym oko, że coś samo pcha w jego stronę i obiektyw, a palec spustowy na spust.
Wszak pytał poeta - cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa? No, faktycznie - można poecie odpowiedzieć - chyba tylko średnie drzewa kwitnące...
Tyle tytułem zbędnych rozważań natury okołoogólnej. Konkret nr 1:
W zerówce nauczono nas piosenki, której fragment pamiętam do dziś (może niedokładnie):
I znów zakwitły jabłonie,
Zielenią okrył się gaj.
Świat w blaskach słońca tonie,
po łące chodzi maj.
Banał? Tak, ale, cholera, także prosta prawda o Polsce i świecie współczesnym.
Na dodatek było to - melodia - pierwsze z silnych wzruszeń muzycznych, jakie pamiętam. I bynajmniej nie ostatnie.
Konkret nr 2:
Dzisiejsze uprawy pomologiczne nie przypominają sadów tradycyjnych. Obraz tych drugich to zielone lub zakwitające drzewa o grubych, koniecznie pobielonych pniach rozsiane na zielonej trawie. Patrz: np. sceny z widmem aktora Łukaszewicza w „Weselu” w reżyserii Wajdy itp. malarstwo młodopolskie. Obraz tych pierwszych to krzaczki w regularnym, systemowym rozstawie, traktowane średnio toną pestycydów, herbicydów i suicydów na owoc. Se la wi.
A jednak. Wzrastające z upływem czasu poczucie upływu czasu każe chwytać ulotne oznaki upły... no dobrze: ulotności wszechrzeczy uosobione wanitatywnym motywem - w tym przypadku - kwitnienia jabłoni. Albo po prostu tak cieszącym oko, że coś samo pcha w jego stronę i obiektyw, a palec spustowy na spust.
Wszak pytał poeta - cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa? No, faktycznie - można poecie odpowiedzieć - chyba tylko średnie drzewa kwitnące...
Tyle tytułem zbędnych rozważań natury okołoogólnej. Konkret nr 1:
W zerówce nauczono nas piosenki, której fragment pamiętam do dziś (może niedokładnie):
I znów zakwitły jabłonie,
Zielenią okrył się gaj.
Świat w blaskach słońca tonie,
po łące chodzi maj.
Banał? Tak, ale, cholera, także prosta prawda o Polsce i świecie współczesnym.
Na dodatek było to - melodia - pierwsze z silnych wzruszeń muzycznych, jakie pamiętam. I bynajmniej nie ostatnie.
Konkret nr 2:
Dzisiejsze uprawy pomologiczne nie przypominają sadów tradycyjnych. Obraz tych drugich to zielone lub zakwitające drzewa o grubych, koniecznie pobielonych pniach rozsiane na zielonej trawie. Patrz: np. sceny z widmem aktora Łukaszewicza w „Weselu” w reżyserii Wajdy itp. malarstwo młodopolskie. Obraz tych pierwszych to krzaczki w regularnym, systemowym rozstawie, traktowane średnio toną pestycydów, herbicydów i suicydów na owoc. Se la wi.
Etykiety:
pory roku
5 maja 2016
Czy Unia Europejska już do was przyszła?
Ponieważ lubuję się - między innymi - w absurdalnym humorze i tzw. pure-nonsensie, jakieś dziesięć z górą lat temu, zaskakiwałem znajomych powyższym pytaniem, po czym napawałem się lekko zbaraniałym ale także wciąż oczekującym wyrazem ich twarzy.
Nie był to pierwszy raz, jak sobie przypominam. Jeszcze w szkole podstawowej konfundowałem przygodne ofiary pytając np. „Kapitan Kloss to twój...?”, okrutnie - ale i niewinnie - bawiąc się wyraźnie widocznym (a daremnym) wysiłkiem intelektualnym rozmówców.
No, nieważne. Sęk w tym, że wkrótce Unia Europejska przyszła i do mnie! A raczej podeszła. Było to tak:
Stałem w sklepie w Brugii i medytowałem nad wyborem płynu do spożycia tego wieczora.
Wówczas zmaterializowała się w pobliżu para mieszana i językiem Szekspira tudzież Samuela L. Jacksona zagadnęła mnie, które z lokalnych piw mógłbym szczególnie polecić. Odpowiedziałem, że nie podejmę się tego zadania, gdyż sam jestem świeżym w miarę przybyszem, i jeszcze nie jestem zaznajomiony z zagadnieniem tak, jakbym pragnął... Spytano mnie więc, skąd się wziąłem. Odpowiedziałem i kurtuazyjnie zainteresowałem się, skąd oni. Okazało się, że z Finlandii (dziewczyna) i Portugalii (chłopak).
Ach! Zafascynowany spojrzałem na moich rozmówców nowym - zafascynowanym wzrokiem. Przecież byli uosobieniem oraz ucieleśnieniem Unii Europejskiej - pochodząc z państw leżących na jej dwóch różnych biegunach i znajdując się (akurat wraz ze mną) w najcichszej komorze jej serca!
Co więcej, ona była kruczoczarną brunetką (jak to ludy ugrofińskie), on - blondynem. Czyżby to pamiątka po germańskim władaniu półwyspem iberyjskim u zarania średniowiecza?
Nie mniej fascynujące - a nawet bardziej, niż kolor czyichś włosów - są toponimiczne, albo toponomiczne, czy wręcz toponomastyczne pozostałości po mniej lub bardziej gwałtownych ruchach różnych ludów.
Co mają na przykład wspólnego ze sobą szwedzka Gotlandia i iberyjska Katalonia (poza samym zunifikowaniem unijnym)? Właśnie nazwę - „kraina Gotów”. To niby wciąż teoria, niemniej oparta na tęgich przesłankach. Choć są i tacy, co wywodzą tę drugą nazwę od związku dwóch różnych plemion, tak że miała to być w sumie Got-Alania. Alanowie zaś to lud nie germański, a perski, z podnóża Kaukazu... W naszych rejonach zwani byli też Osami (stąd Osetia i Osetyńcy) lub Jassami (stąd miasto w dzisiejszej Rumunii, założone przez nich, skądinąd stolica dawnej Mołdawii...).
Sęk w tym, że Alanowie sprzymierzyli się nie z Gotami (Wizygotami, czyli Gotami Zachodnimi, którzy mieszkali w dzisiejszej Francji) - z nimi się naparzali - a z Wandalami. Od tych drugich pochodzi zaś nazwa Andaluzja („Wandaluzja”), chociaż wnet wynieśli się do Afryki. Na ich miejsce wskoczyli Wizygoci.
Co do Germanów zaś, to dużo bardziej przemawia do mnie teoria głosząca, że słowiańska nazwa „Niemcy” pochodzi od teutońskiego plemienia Nemetów, a nie od rzekomej „niemoty” tych ludów wobec Słowian. Wszak nie byli oni „niemi”, a najwyżej „niezrozumiali”.
To drugie wyjaśnienie - jak dla mnie - nosi cechy (chociaż jedno drugiego nie wyklucza) tzw. etymologii ludowej, zazwyczaj tłumaczącej w sposób wyssany z palca lokalne nazwy miejscowości. Kolega z Radzymina święcie wierzył na przykład, że nazwa jego miasta pochodzi od przestrogi „radzę omiń”. I tak dalej.
Poza tym - jakże rozkoszna to analogia z francuszczyzną (i hiszpańszczyzną, katalońszczyzną, portugalszczyzną, a nawet turecczyzną), w której Niemcy to Allemagne, Alamanya itp. także od osobnego plemienia - Alamanów. Podobnie ma się sprawa z fińskim: Niemcy to Saksa.
I w ten sposób mamy portugalsko-fińskie a propos, zamykające ten eurodygresyjny wpis.
A do Was - Unia Europejska już przyszła?
Nie był to pierwszy raz, jak sobie przypominam. Jeszcze w szkole podstawowej konfundowałem przygodne ofiary pytając np. „Kapitan Kloss to twój...?”, okrutnie - ale i niewinnie - bawiąc się wyraźnie widocznym (a daremnym) wysiłkiem intelektualnym rozmówców.
No, nieważne. Sęk w tym, że wkrótce Unia Europejska przyszła i do mnie! A raczej podeszła. Było to tak:
Stałem w sklepie w Brugii i medytowałem nad wyborem płynu do spożycia tego wieczora.
Wówczas zmaterializowała się w pobliżu para mieszana i językiem Szekspira tudzież Samuela L. Jacksona zagadnęła mnie, które z lokalnych piw mógłbym szczególnie polecić. Odpowiedziałem, że nie podejmę się tego zadania, gdyż sam jestem świeżym w miarę przybyszem, i jeszcze nie jestem zaznajomiony z zagadnieniem tak, jakbym pragnął... Spytano mnie więc, skąd się wziąłem. Odpowiedziałem i kurtuazyjnie zainteresowałem się, skąd oni. Okazało się, że z Finlandii (dziewczyna) i Portugalii (chłopak).
Ach! Zafascynowany spojrzałem na moich rozmówców nowym - zafascynowanym wzrokiem. Przecież byli uosobieniem oraz ucieleśnieniem Unii Europejskiej - pochodząc z państw leżących na jej dwóch różnych biegunach i znajdując się (akurat wraz ze mną) w najcichszej komorze jej serca!
Co więcej, ona była kruczoczarną brunetką (jak to ludy ugrofińskie), on - blondynem. Czyżby to pamiątka po germańskim władaniu półwyspem iberyjskim u zarania średniowiecza?
Nie mniej fascynujące - a nawet bardziej, niż kolor czyichś włosów - są toponimiczne, albo toponomiczne, czy wręcz toponomastyczne pozostałości po mniej lub bardziej gwałtownych ruchach różnych ludów.
Co mają na przykład wspólnego ze sobą szwedzka Gotlandia i iberyjska Katalonia (poza samym zunifikowaniem unijnym)? Właśnie nazwę - „kraina Gotów”. To niby wciąż teoria, niemniej oparta na tęgich przesłankach. Choć są i tacy, co wywodzą tę drugą nazwę od związku dwóch różnych plemion, tak że miała to być w sumie Got-Alania. Alanowie zaś to lud nie germański, a perski, z podnóża Kaukazu... W naszych rejonach zwani byli też Osami (stąd Osetia i Osetyńcy) lub Jassami (stąd miasto w dzisiejszej Rumunii, założone przez nich, skądinąd stolica dawnej Mołdawii...).
Sęk w tym, że Alanowie sprzymierzyli się nie z Gotami (Wizygotami, czyli Gotami Zachodnimi, którzy mieszkali w dzisiejszej Francji) - z nimi się naparzali - a z Wandalami. Od tych drugich pochodzi zaś nazwa Andaluzja („Wandaluzja”), chociaż wnet wynieśli się do Afryki. Na ich miejsce wskoczyli Wizygoci.
Co do Germanów zaś, to dużo bardziej przemawia do mnie teoria głosząca, że słowiańska nazwa „Niemcy” pochodzi od teutońskiego plemienia Nemetów, a nie od rzekomej „niemoty” tych ludów wobec Słowian. Wszak nie byli oni „niemi”, a najwyżej „niezrozumiali”.
To drugie wyjaśnienie - jak dla mnie - nosi cechy (chociaż jedno drugiego nie wyklucza) tzw. etymologii ludowej, zazwyczaj tłumaczącej w sposób wyssany z palca lokalne nazwy miejscowości. Kolega z Radzymina święcie wierzył na przykład, że nazwa jego miasta pochodzi od przestrogi „radzę omiń”. I tak dalej.
Poza tym - jakże rozkoszna to analogia z francuszczyzną (i hiszpańszczyzną, katalońszczyzną, portugalszczyzną, a nawet turecczyzną), w której Niemcy to Allemagne, Alamanya itp. także od osobnego plemienia - Alamanów. Podobnie ma się sprawa z fińskim: Niemcy to Saksa.
I w ten sposób mamy portugalsko-fińskie a propos, zamykające ten eurodygresyjny wpis.
A do Was - Unia Europejska już przyszła?
Etykiety:
historia i historie
30 kwietnia 2016
Wał
No tak, nie mogę tego biednego kwietnia zostawić z podobnym paskudztwem na koniec.
Stąd też szybki, pojedynczy obrazek, mam nadzieję, że ładny. A przynajmniej spokojny.
W zasadzie to część druga dyptyku, czy duptyku, którego część pierwsza już była kiedyś tu wystąpiła.
Stąd też szybki, pojedynczy obrazek, mam nadzieję, że ładny. A przynajmniej spokojny.
W zasadzie to część druga dyptyku, czy duptyku, którego część pierwsza już była kiedyś tu wystąpiła.
Etykiety:
benefralux,
przyroda
27 kwietnia 2016
Dieta cud (curiosa)
U zarania naszego hałsholdu powstała koperta opatrzona napisem curiosa. Gromadzono tam wycinki co lepszych fragmentów z gazet i czasopism, niezwykłe ulotki i tym podobne druki akcydensowe. Gromadzenie nie było konsekwentne i wkrótce ustało. Koperta zaś co jakiś czas, zazwyczaj przy okazji większych porządków, wypływa na wierzch i wówczas następuje kolejny moment napawania się jej zawartością...
Niepostrzeżenie jednak człek przeszedł na doraźne i niesystematyczne zbieractwo curiosów (jak kto woli: kuriozów) internetowych. Nie zalicza się tu do nich oczywiście tzw. memów, śmiesznych obrazków i takich filmików - to wszak osobna kategoria. Zalicza się osobliwości, które są osobliwe w sposób niezamierzony. Przykład takiego curiosum (jak kto woli: kuriozum) poniżej.
Sic! (a może: sick! ?)
Obiecuję, że w następnym wpisie wyblożę dla odmiany coś pięknego.
Niepostrzeżenie jednak człek przeszedł na doraźne i niesystematyczne zbieractwo curiosów (jak kto woli: kuriozów) internetowych. Nie zalicza się tu do nich oczywiście tzw. memów, śmiesznych obrazków i takich filmików - to wszak osobna kategoria. Zalicza się osobliwości, które są osobliwe w sposób niezamierzony. Przykład takiego curiosum (jak kto woli: kuriozum) poniżej.
Sic! (a może: sick! ?)
Obiecuję, że w następnym wpisie wyblożę dla odmiany coś pięknego.
Etykiety:
a to ci dopiero
22 kwietnia 2016
19 kwietnia 2016
11 kwietnia 2016
S.K.R.A
A więc druga część cyberfotoreportażu z terenu klubu sportowego SKRA w Warszawie. Po basenach - część właściwa, czyli stadion z najbliższymi przyległościami.
Obiekt niesłusznie zapomniany, zupełnie niedoceniany i niegodnie zapuszczony.
Aczkolwiek nie mam z nim takich związków sentymentalnych, jak z klubem „Warszawianka”, którego sekcji byłem ongiś prawdziwym członkiem.
Wpierw wkraczamy główną aleją wejściową od b. ulicy Wawelskiej. Aleja wprowadza jednocześnie w teren i w nastrój rozpadku (kombinacja upadku i rozpadu). Sama już jest w kiepskim stanie (zwłaszcza pełzające murki oporowe), choć widać też jak solidnie była swego czasu projektowana - i wykonana. Klinkier, kostka granitowa na obrzeżach - to niebagatelne materiały, nie to, co współcześnie wszechobecna ordynarna kostka betonowa.
Na tej nawierzchni widać też ciekawy relikt czasów minionych: wymalowane farbą podziały na komórki słynnej w latach 80. giełdy wszechrzeczy. A więc zabytek ponadtrzydziestoletni!
I ja byłem na tej giełdzie! Zabrali nas rodzice i kupili księgę przygód Tytusa, Romka i A'Tomka - tę z prasolotem i ochroną zabytków. Była to jedna z dwóch i pół, które posiadałem we wczesnym dzieciństwie...
Kierujemy wzrok na spektakularne zewnętrze stadionu z wieżą-dominantą. Dziś, jak widać, służącą głównie cyfrowej telekomunikacji i sporadycznym skokom bungee. Od etnografa badającego wyspy Polinezji dowiedziałem się o genezie tego sportu, ale nie było to na SKRZE.
Od razu zapuszczamy żurawia, by unaocznić sobie szlachetną obłość bastei stadionowych trybun znaczoną subtelnym rytmem otworów.
Muzeum Sportu i Turystyki działało w pomieszczeniach pod trybunami w latach 1966-2005.
Niestety, z właściwą sobie opieszałością, nie zadbałem by je odwiedzić w tej lokalizacji (dziś jest gdzie indziej) - nie dla zakurzonych oszczepów i medali, lecz dla samych wnętrz. Nb. wszystko wskazuje, że to samo spotkało mnie z nieodległym Muzeum Kolejnictwa.
Muzeum na Skrze odwiedzili za to bohaterowie wspomnianego wyżej komiksu - w księdze olimpijskiej.
Z tych czasów pozostał tylko stelaż pod neon i ta oto (złamana) tabliczka.
Interesujący, sewentisowy detal przy wejściu pod wieżą. Przywodzi na myśl wystrój okolicy „Domów Towarowych Centrum” i pasażu obok nich w czasach świetności.
Pamiątkowa tablica wraz z towarzyszącą twórczością współczesną twórców współczesnych.
Spojrzenie na rytm okien i wyjść z trybun (w kształcie staroegipskich pylonów). Widoczne też kolejne sektory jaruzelskiego bazaru poniżej.
Widok od drugiej strony. Twórcami obiektu byli Mikołaj Kokozow i Jerzy Wasilewski wraz z zespołem (m. in. wybitnym Ludomirem Słupeczańskim).
Powstał on (obiekt, nie Ludomir) w 1956 roku. Zasłynął 13 lat później pierwszą w Polsce nawierzchnią tartanową bieżni.
Zaglądamy ciekawie na stadion przez womitorium (tak! tradycyjnie, z czasów rzymskich, nazywają się w ten sposób wyjścia z trybun stadionów i teatrów).
To zaś widok na płytę od południa, tam gdzie nie ma trybun.
Trybuny są w stanie opłakania (choć lepsze, niż stadionu Warszawianki), sama płyta jeszcze wygląda jako-tako. Jak i bieżnia - z tartanem! Ktoś tam też sporadycznie ćwiczy.
Stan obecny otoczenia stadionu.
Na koniec - widok ogólny od strony byłych basenów.
Adieu.
W następnym odcinku: wielka chujnia w klubie „Spójnia”.
Obiekt niesłusznie zapomniany, zupełnie niedoceniany i niegodnie zapuszczony.
Aczkolwiek nie mam z nim takich związków sentymentalnych, jak z klubem „Warszawianka”, którego sekcji byłem ongiś prawdziwym członkiem.
Wpierw wkraczamy główną aleją wejściową od b. ulicy Wawelskiej. Aleja wprowadza jednocześnie w teren i w nastrój rozpadku (kombinacja upadku i rozpadu). Sama już jest w kiepskim stanie (zwłaszcza pełzające murki oporowe), choć widać też jak solidnie była swego czasu projektowana - i wykonana. Klinkier, kostka granitowa na obrzeżach - to niebagatelne materiały, nie to, co współcześnie wszechobecna ordynarna kostka betonowa.
Na tej nawierzchni widać też ciekawy relikt czasów minionych: wymalowane farbą podziały na komórki słynnej w latach 80. giełdy wszechrzeczy. A więc zabytek ponadtrzydziestoletni!
I ja byłem na tej giełdzie! Zabrali nas rodzice i kupili księgę przygód Tytusa, Romka i A'Tomka - tę z prasolotem i ochroną zabytków. Była to jedna z dwóch i pół, które posiadałem we wczesnym dzieciństwie...
Kierujemy wzrok na spektakularne zewnętrze stadionu z wieżą-dominantą. Dziś, jak widać, służącą głównie cyfrowej telekomunikacji i sporadycznym skokom bungee. Od etnografa badającego wyspy Polinezji dowiedziałem się o genezie tego sportu, ale nie było to na SKRZE.
Od razu zapuszczamy żurawia, by unaocznić sobie szlachetną obłość bastei stadionowych trybun znaczoną subtelnym rytmem otworów.
Podziwiamy kolejne dopracowane detale obecnie w rozsypce. Ciekawe jest także ogrodzenie od strony b. ulicy Wawelskiej, które powstało (chyba) w latach 90. - jako ostatnia wyszukana inwestycja związana z kompleksem.
Muzeum Sportu i Turystyki działało w pomieszczeniach pod trybunami w latach 1966-2005.
Niestety, z właściwą sobie opieszałością, nie zadbałem by je odwiedzić w tej lokalizacji (dziś jest gdzie indziej) - nie dla zakurzonych oszczepów i medali, lecz dla samych wnętrz. Nb. wszystko wskazuje, że to samo spotkało mnie z nieodległym Muzeum Kolejnictwa.
Muzeum na Skrze odwiedzili za to bohaterowie wspomnianego wyżej komiksu - w księdze olimpijskiej.
Z tych czasów pozostał tylko stelaż pod neon i ta oto (złamana) tabliczka.
Interesujący, sewentisowy detal przy wejściu pod wieżą. Przywodzi na myśl wystrój okolicy „Domów Towarowych Centrum” i pasażu obok nich w czasach świetności.
Pamiątkowa tablica wraz z towarzyszącą twórczością współczesną twórców współczesnych.
Spojrzenie na rytm okien i wyjść z trybun (w kształcie staroegipskich pylonów). Widoczne też kolejne sektory jaruzelskiego bazaru poniżej.
Widok od drugiej strony. Twórcami obiektu byli Mikołaj Kokozow i Jerzy Wasilewski wraz z zespołem (m. in. wybitnym Ludomirem Słupeczańskim).
Powstał on (obiekt, nie Ludomir) w 1956 roku. Zasłynął 13 lat później pierwszą w Polsce nawierzchnią tartanową bieżni.
Zaglądamy ciekawie na stadion przez womitorium (tak! tradycyjnie, z czasów rzymskich, nazywają się w ten sposób wyjścia z trybun stadionów i teatrów).
To zaś widok na płytę od południa, tam gdzie nie ma trybun.
Trybuny są w stanie opłakania (choć lepsze, niż stadionu Warszawianki), sama płyta jeszcze wygląda jako-tako. Jak i bieżnia - z tartanem! Ktoś tam też sporadycznie ćwiczy.
Stan obecny otoczenia stadionu.
Na koniec - widok ogólny od strony byłych basenów.
Adieu.
W następnym odcinku: wielka chujnia w klubie „Spójnia”.
Etykiety:
architektura,
Warszawa
7 kwietnia 2016
S*K*R*A
Część pierwsza a zarazem część trzecia sagi o upadłych basenach.
To jest blogerska łatwizna. Każdy może wejść na teren przez rozległą dziurę w częściowo nowiutkim płocie i porobić swoje zdjęcia. Dlatego co drugi bloger warszawski pokazał (a co drugi pokaże) upadłe baseny „Skry”. Przyszła kolej i na mnie - przez dziurę w płocie przechodzę z jednej kategorii do tej drugiej.
Wejście przez pawilonik z kasą biletową nieczynne. Obiekt stoi otworem rozpościerającym się nieopodal w siatce.
Teren przypomina przejęte przez przyrodę ruiny pośród mezoamerykańskiej puszczy.
Skoczyć? Nie skoczyć?
To była podpucha! Ale jeśli ktoś chce się schłodzić, trochę wody się znajdzie.
Tutaj zaś możemy orzeźwić się napojami w scenerii architektury awangardowej. I nie będziemy pierwsi.
Po ugaszeniu pragnienia można zaliczyć suchy zjazd.
A także „wczoraj” odnośnie do widoku ogólnego zespołu basenów:
Zdjęcie niechybnie zdjęte z wieży stadionu... A tu - z daszku nad zapleczem technicznym(zdjęcie ukradzione z blogu Marcina, sorry, Marcinie):
I to samo ujęcie dzisiejsze:
Na koniec - zestawione spojrzenia ze stacji „Mir”. Z lat wczesnych 90., kiedy to baseny wydają się jeszcze działać oraz współczesne:
CZY WIESZ, ŻE?
Urząd Naszego Miasta włączył na swojej foto-mapie kolejną warstwę: ze zdjęciem z lat 1975-1977?
Niestety! Z obszerną czarną dziurą w Śródmieściu Południowym, na Ochocie i Mokotowie, w tym i na SKRZE. Za to obszar nowej mapy obejmuje rozległe przedmieścia.
Osobiście bawiłem na basenach SKRY tylko raz w życiu - w przeciwieństwie do basenowego zespołu „Warszawianki”, gdzie byłem częstym gościem - zacna oferta klubu z Pola Mokotowskiego jakoś nie przypadła mi do gustu... Za to, gdy już nie działają - stawiłem się na ich terenie już nie raz....
(Zdjęcia pochodzą z kwietnia 2015, wbrew pozorom).
To jest blogerska łatwizna. Każdy może wejść na teren przez rozległą dziurę w częściowo nowiutkim płocie i porobić swoje zdjęcia. Dlatego co drugi bloger warszawski pokazał (a co drugi pokaże) upadłe baseny „Skry”. Przyszła kolej i na mnie - przez dziurę w płocie przechodzę z jednej kategorii do tej drugiej.
Wejście przez pawilonik z kasą biletową nieczynne. Obiekt stoi otworem rozpościerającym się nieopodal w siatce.
Teren przypomina przejęte przez przyrodę ruiny pośród mezoamerykańskiej puszczy.
Skoczyć? Nie skoczyć?
To była podpucha! Ale jeśli ktoś chce się schłodzić, trochę wody się znajdzie.
Tutaj zaś możemy orzeźwić się napojami w scenerii architektury awangardowej. I nie będziemy pierwsi.
Po ugaszeniu pragnienia można zaliczyć suchy zjazd.
A oto małe „wczoraj i dziś” odnośnie do zjeżdżalni (skąd ukradłem stare zdjęcia - nie wiem):
A także „wczoraj” odnośnie do widoku ogólnego zespołu basenów:
Zdjęcie niechybnie zdjęte z wieży stadionu... A tu - z daszku nad zapleczem technicznym
CZY WIESZ, ŻE?
Urząd Naszego Miasta włączył na swojej foto-mapie kolejną warstwę: ze zdjęciem z lat 1975-1977?
Niestety! Z obszerną czarną dziurą w Śródmieściu Południowym, na Ochocie i Mokotowie, w tym i na SKRZE. Za to obszar nowej mapy obejmuje rozległe przedmieścia.
Osobiście bawiłem na basenach SKRY tylko raz w życiu - w przeciwieństwie do basenowego zespołu „Warszawianki”, gdzie byłem częstym gościem - zacna oferta klubu z Pola Mokotowskiego jakoś nie przypadła mi do gustu... Za to, gdy już nie działają - stawiłem się na ich terenie już nie raz....
(Zdjęcia pochodzą z kwietnia 2015, wbrew pozorom).
Etykiety:
Warszawa
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































