Po wojnie światowej rząd polski stanął wobec problemu górali kolaborujących z okupantem jako tzw. Goralenvolk.
Postanowiono w konsekwencji - na fali akcji „Wisła” - przesiedlić ich nad morze, na ziemie odzyskane - jako że chłopy silne, to w twardych warunkach dadzą sobie radę - a na ich miejsce sprowadzić dużo potulniejszych Ślężan. Tak się też stało. Niestety, bałwany i huczące fale, nawet najwyższe, to nie to samo, co ośnieżone górskie granie; morska piana to nie barany na hali; a bryza od morza - to nie halny schodzący doliną. Skrajnie deprymujące było też brzmienie dud, zupełnie inne niż na wyżynach, do którego nie mogli przywyknąć. Górale masowo kładli się i umierali z tęsknoty. Zostawały tylko kobiety i dzieci, ale trudno im było się najeść. Ci, co przeżyli, ukradkiem rozpoznawali się po odznace skarabeusza (symbol góralstwa) i usiłowali chyłkiem wracać w strony ojczyste. Niektórzy przebyli cały dystans pieszo! Co zaradniejsi korzystali z transportu kolejowego, samochodowego i lotniczego. Szczególnie zdeterminowana grupa pod wodzą Sebastiana Karpiela-Bułecki odbyła nawet rejs oględnie skleconą tratwą, najpierw morzem, później w górę Wisły i Dunajca, całą drogę na pych.
Byli też tacy, co po prostu przedostali się do Szwecji, gdzie zdarza się, że góry schodzą niemal do samego morza.
Sytuacja ustabilizowała się, wracając do status quo, dopiero po Październiku.
Mało kto dziś pamięta o niewyobrażalnych rozterkach, na które arbitralną decyzją skazano całą górską społeczność.
lit.
Kosma Wasilewski „Droga w dół”, Wrocław 2005
Dariusz Zdunek „Niemiłe przesiedlenia”, artykuł w Polityce 4/1998
5 września 2014
2 września 2014
Dziektarzewo - dwór
No więc, kiedyś, poszukując przykładów budownictwa drewnianego, napotkałem, natknąwszy się w inteneciech, zdjęcie dość już podupadłego dworu.
Gdzieś tam je sowie zapisałem na dysku, ale przy okazji zapisało mi się w sztambuchu ducha. Tyle tylko, że przez dłuższy (po prawdzie jednak w odniesieniu do wieku Ziemi a nawet własnego - krótszy) czas, nie wiedziałem, co dokładnie przedstawia, a raczej - skąd pochodzi, lub: gdzie je zrobiono.
Lecz potem, podróżując palcem po mapie (w wersji technologii początków XXI wieku: myszką po Google Earth), odnalazłem ów dwór, na tym samym zdjęciu.
Od tamtej chwili starałem się trafić w to miejsce naocznie.
Po pewnym czasie zorganizowała się wycieczka nieformalnej grupy wycieczkowej z Warszawy, która zahaczyła nadwkrzańskim hakiem i o Dziektarzewo. Mogłem więc sobie wreszcie unaocznić obraz, wygląd, stan i rozpadek wspomnianego dworu.
Jak donosi internet, „dwór wybudowany w drugiej połowie XIX wieku dla Piechowskich. W posiadaniu Kajetana Piechowskiego i jego synów Karola i Jana do 1939 roku”.
więcej o: http://www.news.wolamlocka.pl/miejscowosci/luberadz/97-historia-luberadza.html
Niby nic takiego, trochę ze zwykłego drewniaka sprzed stu i więcej lat, ale jednak ma (miał?) w sobie coś w miły sposób charakterystycznego, jak nieregularne zróżnicowanie części o zróżnicowanych wysokościach oraz - zwłaszcza - weranda pod przedłużeniem dachu na drewnianych kolumnach...
Coś w połowie drogi między tradycyjnym dworem polskim, co walczy mężnie i strzeże wiernie, a „świdermajerem” z podwarszawskiej linii otwockiej.
Gdzieś tam je sowie zapisałem na dysku, ale przy okazji zapisało mi się w sztambuchu ducha. Tyle tylko, że przez dłuższy (po prawdzie jednak w odniesieniu do wieku Ziemi a nawet własnego - krótszy) czas, nie wiedziałem, co dokładnie przedstawia, a raczej - skąd pochodzi, lub: gdzie je zrobiono.
Lecz potem, podróżując palcem po mapie (w wersji technologii początków XXI wieku: myszką po Google Earth), odnalazłem ów dwór, na tym samym zdjęciu.
Od tamtej chwili starałem się trafić w to miejsce naocznie.
Po pewnym czasie zorganizowała się wycieczka nieformalnej grupy wycieczkowej z Warszawy, która zahaczyła nadwkrzańskim hakiem i o Dziektarzewo. Mogłem więc sobie wreszcie unaocznić obraz, wygląd, stan i rozpadek wspomnianego dworu.
Jak donosi internet, „dwór wybudowany w drugiej połowie XIX wieku dla Piechowskich. W posiadaniu Kajetana Piechowskiego i jego synów Karola i Jana do 1939 roku”.
więcej o: http://www.news.wolamlocka.pl/miejscowosci/luberadz/97-historia-luberadza.html
Niby nic takiego, trochę ze zwykłego drewniaka sprzed stu i więcej lat, ale jednak ma (miał?) w sobie coś w miły sposób charakterystycznego, jak nieregularne zróżnicowanie części o zróżnicowanych wysokościach oraz - zwłaszcza - weranda pod przedłużeniem dachu na drewnianych kolumnach...
Coś w połowie drogi między tradycyjnym dworem polskim, co walczy mężnie i strzeże wiernie, a „świdermajerem” z podwarszawskiej linii otwockiej.
Etykiety:
budownictwo drewniane,
Polska
28 sierpnia 2014
Tamburyn na odejście lata
Zdaje się, że nastała zwykła pora na moje doroczne narzekanie na koniec lata (w sensie wakacji, w rozumieniu miesięcy lipiec - sierpień). Właściwie jednak jęczeć i zrzędzić mogłem zacząć już przed połową sierpnia, kiedy tegoroczne lato uznało, że już nic nie ma do powiedzenia i podaje się do dymisji.
Podobno wcześniej były jakieś upały, ale nie zdołało się ich zanadto zauważyć. Trudno. Ciepłe noce też można sobie wybić definitywnie z głowy, aż do za rok, jeśli sytuacja ogólna wytrzyma tyle czasu.
Tymczasem, odchodzące zdradzieckie lato należy pożegnać minutą zgiełku. Będzie to kolejna po „Zawrotach głowy” Royera francuska miniatura klawesynowa. Bo jeśli się powiedziało „A”, należy powiedzieć „C” i tak dalej - miałem wszak od czasu do czasu wyblożyć poniektóre ze szczególnie efektownych klawesynowców.
I oto - „Tambourin” Jeana Philippe'a Rameau, z cyklu „Pièces de clavecin”, rok 1724. Gra(ł) Scott Ross:
Wdzięczna to melodia - niby-tańca z bębenkiem - i letnio się mi kojarząca. Latem, dwadzieścia lat temu (równo), gdy zagwizdałem ją bowiem sobie, okazało się, że Em. grywała ten utworek na flecie, a tym samym, że łączy nas jeszcze więcej niż dotąd myśleliśmy.
Podobno wcześniej były jakieś upały, ale nie zdołało się ich zanadto zauważyć. Trudno. Ciepłe noce też można sobie wybić definitywnie z głowy, aż do za rok, jeśli sytuacja ogólna wytrzyma tyle czasu.
Tymczasem, odchodzące zdradzieckie lato należy pożegnać minutą zgiełku. Będzie to kolejna po „Zawrotach głowy” Royera francuska miniatura klawesynowa. Bo jeśli się powiedziało „A”, należy powiedzieć „C” i tak dalej - miałem wszak od czasu do czasu wyblożyć poniektóre ze szczególnie efektownych klawesynowców.
I oto - „Tambourin” Jeana Philippe'a Rameau, z cyklu „Pièces de clavecin”, rok 1724. Gra(ł) Scott Ross:
24 sierpnia 2014
21 sierpnia 2014
17 sierpnia 2014
Warszawski Manchatan
Nie chodzi oczywiście o wieżowce. One nie upodabniają stołecznego dałntałn do Nowego Jorku. Raczej do jakiegoś Szenzen. Teraz to modne. Ale mniejsza z tym.
Chodzi o fenomen nazewnictwa ulic w - dawniej podwarszawskim - Aninie, gdzie znajduje się dwanaście kolejnych, ponumerowanych ulic Poprzecznych. Jest tam też biegnąca ukośnie, jak Broadway na Manhattanie, ulica - niespodzianka! - Ukośna.
Z cyklu analogii „co w Polsce jest odpowiednikiem w mniejszej skali znanego zjawiska ze świata” - ta jest chyba najbardziej naciągana. Dlatego nie Manhattan, a Manchatan raczej. Jakieś chatki tam są (choć coraz więcej Rezidęses).
Klarowny układ naszego Manchatanu zaburza jakaś bez sensu wetknięta w środek ulica Bosmańska.
Bawiąc onegdaj w okolicy, przejechałem się każdą z anińskich Poprzecznych.
Oto dokumentacja tego nazewniczego zespołu.
Dało się odnaleźć tylko jedną tabliczkę starego typu. Biały kruk na granatowym tle!
Bonus - anińska Hudson River:
Nie no, to już przegięcie.
Chodzi o fenomen nazewnictwa ulic w - dawniej podwarszawskim - Aninie, gdzie znajduje się dwanaście kolejnych, ponumerowanych ulic Poprzecznych. Jest tam też biegnąca ukośnie, jak Broadway na Manhattanie, ulica - niespodzianka! - Ukośna.
Z cyklu analogii „co w Polsce jest odpowiednikiem w mniejszej skali znanego zjawiska ze świata” - ta jest chyba najbardziej naciągana. Dlatego nie Manhattan, a Manchatan raczej. Jakieś chatki tam są (choć coraz więcej Rezidęses).
Klarowny układ naszego Manchatanu zaburza jakaś bez sensu wetknięta w środek ulica Bosmańska.
Bawiąc onegdaj w okolicy, przejechałem się każdą z anińskich Poprzecznych.
Oto dokumentacja tego nazewniczego zespołu.
Dało się odnaleźć tylko jedną tabliczkę starego typu. Biały kruk na granatowym tle!
Bonus - anińska Hudson River:
Nie no, to już przegięcie.
Etykiety:
Warszawa
10 sierpnia 2014
Sezon ogórkowy w pełni
Najpierw chciałem zatytułować wpis „Ogórki kontratakują” , albo nawet „Ogórki Strike Back”, bo przecież materiał ogórkowy już w tym blogu się pojawił. Ale taki tytuł mógłby nieść niekorzystne skojarzenia gastronomiczno-gastryczne. Tymczasem nic z tych rzeczy. Zjadłem mój przydział za jednym zamachem, dzień po nastawieniu. Odczułem tylko rozkosz.
Wszak jakoś trzeba osolić sobie letnie bytowanie, gdy już bób odszedł do krainy cieniów elizejskich.
Wszak jakoś trzeba osolić sobie letnie bytowanie, gdy już bób odszedł do krainy cieniów elizejskich.
6 sierpnia 2014
Obrazek z rzezi Woli
Powstanie warszawskie.
Powstanie Warszawskie? (Nigdy nie wiem.)
Masy osób o nim piszą, mówią, szczekają, plują, buczą.
Aż prawie nie wypada, by nie dołączyć się do tych chórów.
Jednocześnie przemożna jest myśl ujmowana zwykle w lapidarny
slogan
CISZEJ NAD TĄ TRUMNĄ.
Rozmowa, dyskusja, awantura i mordobicie już nic nie
zmienią.
Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest.
No, nie wszyscy. Ale będzie nadal, jak jest.
Problem mam też taki, że od lat interesując się żywo
zagadnieniem, przeczytawszy bardzo wiele publikacji, relacji, dokumentów i
opracowań (choć jeszcze nie tak dużo, jak bym mógł), i mając od dawna
ugruntowane (ale też nie zabetonowane) opinie na ten temat, jestem kompletnym
anty-Zeligiem.
Wobec głosów pro staję się krytykiem zrywu. Wobec głosów
contra wskazuję na złożoność sytuacji z 1944 roku, etc.
Wkurza mnie też niezmiernie zawłaszczenie problemu przez
„pakiety poglądów”. Jesteś lewakiem - potępiasz powstanie nazywając je zbrodnią
i głupotą. Mienisz się patryjotą i prawicowcem - prawisz o zwycięstwie moralnym
i bezwzględnej konieczności walki.
A wszyscy ci o skrajnych opiniach są diabła warci. Albo
siebie nawzajem,
Koniec o tym. Do rzeczy.
Mam więc dziś do spisania nie czcze dywagacje, a konkret.
Obrazek historyczny. Tzw. fakt autentyczny. (O ile wierzyć bezpośredniej
relacji). Trochę tylko uzupełniony sosem niezbędnej narracji.
To nie jest blog okolicznościowy, odnotowujący zdarzenia i
rocznice. Kiedy jednak zamieszczać taki wpis, jeśli nie w okrągłą 70. rocznicę
wydarzeń? No - OK. Można i kiedy indziej. Lecz oto piszę.
Powstanie Warszawskie było szczęśliwe dla moich przodków. W
tym sensie, że będąc tzw. ludnością cywilną, przeżyli wszyscy.
Nie musiało tak być. Wystarczyłaby inna zmienna: gorszy
humor hitlerowca, inny rozkaz, bomba przyłożona w inną kamienicę i nie pisałbym
dziś tych słów.
Cóż, może pisałby je wtedy kto inny.
Nie mam do opowiedzenia żadnych bohaterskich wyczynów
militarnych moich przodków. Nie byli - ci bezpośredni - zaangażowani, jako
cywile, w działalność konspiracyjną. Dlaczego? Nie wiem. Taka przecież była
większość. Na przykład, wywodzący się z podobnej warstwy społeczno-warszawskiej, Miron Białoszewski. Dlatego bliskie mi w
pewien sposób jego pisarstwo, nie tylko „Pamiętnik z powstania warszawskiego”,
pozostałe także.
Poniektórzy przodkowie pośredni, czyli boczni, zaangażowani
byli. Ale to inna historia.
Po wstępie, obrazek właściwy. Działo się to w czasie tzw.
rzezi Woli, czyli okrutnego odwetu za wybuch powstania na cywilnej i bezbronnej
ludności zachodniego krańca miasta. W kilka dni zginęły dziesiątki tysięcy
ludzi.
Trudno ocenić, ilu dokładnie.
Bo takich rzeczy nie sposób rzetelnie się doliczyć, zawsze
się myli, brakuje palców u rąk, itd.
Przodkowie moi wolscy znaleźli się przed Niemcami w takim
miejscu, albo w takim czasie, albo w takim miejscu i o takim czasie, gdzie (lub
gdy, bądź: gdzie i kiedy) nie rozwalano wszystkich mieszkańców-Polaków jak
leci. Akurat w tym momencie / miejscu zabijano tylko mężczyzn, w określonym
wieku, coś w stylu 16 – 60 lat. Krótko mówiąc: podejrzanych. Tak było - i tak
bywało. Na przykład, jeden ze szpitali wolskich zdołał się ewakuować, w innym
Niemcy dokonali rzezi, bo padły z niego strzały. Ale to jest jakoś (w
hitlerowskim znaczeniu tego słowa) uzasadnione.
Mieszkańcy jednej wolskiej ulicy zostali wyproszeni z domów.
Mieszkańcy innej - dla odmiany - wystrzelani i spaleni. Ślepy los?
Wróćmy do rodziny, bo właśnie dokonuje się selekcja.
Uzbrojeni Teutoni dzielą ludność: jednych na śmierć, innych na życie.
Kompania, pluton, czy inny batalion z bronią. Ludność tłoczy
się w niemej zgrozie. Niektórzy trafiają na lewo, inni na prawo - albo na odwrót
- i odchodzą pod eskortą. Słychać strzały. Matka mojego ojca wręcza mojego ojca
(miesięcy 6) jego ojcu.
Wraz z jego matką trzymają się blisko, żeby w razie
czego przejąć chłopczyka. Znaczy, w razie najgorszego. Albo prawie-najgorszego.
Projekt (że użyję współczesnego terminu) wcielony ad hoc pod presją chwili ma tytuł roboczy: wdowiec z niemowlęciem. Ich kolej! Podchodzą do pana i władcy sytuacji.
Niemiec ocenia przez chwilę (nie mogła być długa, gdyż miał
dużo roboty - może to ma jakieś znaczenie). Mój ojciec (miesięcy 6) z radosnym
śmiechem usiłuje łapać Anioła Śmierci w feldgrau za elementy umundurowania. Tym
go, jak to się mówi, rozbraja. I Niemiec mówi: WEG! Albo nie mówi, tylko daje
znak ręką.
Nie ma żadnych innych poleceń. Chyba należy się oddalić.
I teraz następuje obrazek zupełnie w moim mniemaniu filmowy.
Chętnie oddałbym go jakiemuś reżyserowi, całkiem gratis.
W swej długiej perspektywie - ulica Górczewska. Zasłana
szkłem, gruzem, gratami. Coś się gdzieś pali. Słychać strzały (nadal).
Z obydwu stron ulicy, wzdłuż ścian domów, posuwają się dwie
kolumny hitlerowców. W pełnym rynsztunku, w hełmach, z bronią gotową do
strzału. Maszerują w stronę Warszawy, czyli na wschód.
I oto, pustym środkiem ulicy, między tymi dwoma szeregami
żołnierzy, zasuwa grupka: kilka kobiet z tobołami, facet z dzieckiem na ręku.
Idą w przeciwnym kierunku, czyli na zachód. Krok ich jest żwawy, chociaż ruchy
dość nerwowe.
Niemcy, czy tam inni Azerowie, mijają ich jednak
niekończącym się sznurem bez żadnego zainteresowania.
Kamera na żurawiu podjeżdża do góry, coś, jak w popowstaniowym
ujęciu z „Pianisty” w reżyserii Polańskiego. Scena jest tylko bardziej
dynamiczna.
Grupka z tobołami niknie w oddali. Naziści maszerują ku
Warszawie.
Przodkowie nie oparli się, aż w Kozłowie pod Sochaczewem.
No i to koniec ich krótkich przygód z powstaniem 1944 roku w
Warszawie.
W tym samym czasie, może tego samego dnia, w oficynie kamienicy
w Śródmieściu przychodzi na świat dziewczynka. Ale to też inna historia na ten
sam temat: losu i przypadku, i nieprzewidywalnej „rosyjskiej ruletki” z wieloma
nabojami, jaką – między innymi – było powstanie warszawskie
(Warszawskie?).
Etykiety:
historia i historie,
Polska,
Warszawa
3 sierpnia 2014
Przedwczoraj i wczoraj
Te dwa zdjęcia zestawiłem ze sobą zimą.
Są wykonane w tym samym miejscu, pierwsze latem zeszłego roku, drugie pół roku później.
Ale czas popędził tak, że nie miałem czasu opublikować ich o właściwym czasie.
Wystarczyło jednak poczekać parę miesięcy, a dorwałem drania na półokrążeniu.
Więc zamiast planowanego „wczoraj i dziś”, jest „przedwczoraj i wczoraj”.
A że to „przedwczoraj” z powodzeniem udaje dzisiejsze „dzisiaj”,
można wciąż udawać z powodzeniem, że to wciąż „wczoraj i dziś”
Generalnie, obrazy obrazują zmiany zachodzące w pejzażu z okazji zmian pór roku.
To, że lato jest cudowne, a zima paskudna*
Atoli, opisane zawirowanie czasowe obnaża znaną powszechnie prawdę,
że korowód, przepraszam, kołowrót czasu
tak stały w swoich przyrodniczych przejawach,
mimochodem mieli nas na proszek,
a my
„...przychodzimy, odchodzimy...”,
podczas gdy
„...sunrise, sunset...”
i w ogóle -
jedna wielka Baka.
Dobre wieści za to są takie, że można pływać teraz codziennie, co jest dla nas esencją wakacji.
*) he-he
Są wykonane w tym samym miejscu, pierwsze latem zeszłego roku, drugie pół roku później.
Ale czas popędził tak, że nie miałem czasu opublikować ich o właściwym czasie.
Wystarczyło jednak poczekać parę miesięcy, a dorwałem drania na półokrążeniu.
Więc zamiast planowanego „wczoraj i dziś”, jest „przedwczoraj i wczoraj”.
A że to „przedwczoraj” z powodzeniem udaje dzisiejsze „dzisiaj”,
można wciąż udawać z powodzeniem, że to wciąż „wczoraj i dziś”
Generalnie, obrazy obrazują zmiany zachodzące w pejzażu z okazji zmian pór roku.
To, że lato jest cudowne, a zima paskudna*
Atoli, opisane zawirowanie czasowe obnaża znaną powszechnie prawdę,
że korowód, przepraszam, kołowrót czasu
tak stały w swoich przyrodniczych przejawach,
mimochodem mieli nas na proszek,
a my
„...przychodzimy, odchodzimy...”,
podczas gdy
„...sunrise, sunset...”
i w ogóle -
jedna wielka Baka.
Dobre wieści za to są takie, że można pływać teraz codziennie, co jest dla nas esencją wakacji.
*) he-he
Etykiety:
cztery mile za Warszawą,
pory roku
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















