Spora połać niniejszego „sadu” zaczyna przypominać
cmentarzyk. Pełno tu nagrobków. Cały czas czynny jest wszak wątek
renesansowo-sepulkralny, dotyczący nieboszczyków niebytujących w niebiosach od
wieków. A do tego co rusz życie, które bardzo często kończy się w sposób
nie mniej zaskakujący niż lato, zmusza do robienia małych epitafiów świeżo zmarłym
a istotnym ze względu na tak zwany wkład jednostkom.
Albowiem po tych dla Montserrat
Figueras i Dave’a Brubecka (oraz dla pewnego Romana, ale to było pre-mortem i nie o muzyka chodziło), po
raz trzeci wystawiam skromny blogowy pomniczek dla grajka z listy „100 płyt,
które zabrałoby się na dno Rowu Mariańskiego”.
W latach ostatnich zaobserwować się da wysyp nietuzinkowych osobowości
w muzyce rozrywkowej made in USA.
Część należy do tzw. młodego pokolenia, inni już z niego wystąpili. Część jest
płci męskiej, część wręcz przeciwnej. I to cieszy, bo zadaje kłam opinii jakoby
muzyka dzisiejsza jest zeszła na psy. Zwłaszcza jeśli porówna się ją z
wyniesioną na ołtarze popkultury muzyką lat 60., 70., a nawet tych stukniętych
80. A to nieprawda! Trzeba tylko ucho (środkowe) natężać ciekawie, trochę nim poszperać,
w czym pomocny może być przyjaciel, a niezastąpiony przyjaciel Internet.
Mowa oczywiście o wszechstronnie i przewrotnie rozumianej
muzyce rozrywkowej. Jak jest z innymi jej podtypami i gromadami, to temat na
inne rozważania, albo ich brak.
I tak, rozrywki dostarcza m. in. cały zastęp tak zwanych singers-songwriters. Egzegezy genezy gatunku
należałoby dokonać ab ovo, to jest (w tym wypadku) Dylana Boba (czyli postaci, o
której wszyscy słyszeli, ale której nie słyszał nikt) oraz jego mentorów. Ale
czas na to przyjdzie poniewczasie. W każdym razie w naszym języku brak
odpowiednika terminu. Bo co, piosenkarz-piosenkopisarz? Poeta śpiewany? Też nie,
źle się kojarzy. Z poezją ziewaną. Może w takim razie najprędzej bard, choć to też import słowny.
Współczesnym takim bardem jest – był – Jason Molina.
Niezwykle zdolny ten pieśniokleta i równie płodny, nagle złamał pióro i gitarę,
to jest zamilkł. I nie wiadomo było, co dokładnie się z nim dzieje. Nowych
rzeczy nie dostarczał od lat czterech. Aż tu przyszła wiadomość - miesiąc temu z
górą – iż opuścił ten padół w zastanawiającym wieku 39 lat. Od alkoholu. Hmmm…
Przykre. Ale nie oceniam, bo człowiek się z tym ponoć rodzi.
A muzyka? A, muzyka… No właśnie. Pokrótce, bo po co czytać,
jeśli można słuchać.

Pracę na niwie muzycznej Molina zaczął ponoć od posady
basisty w zespołach heavy-metalowych. Ale potem przestał iść tą drogą,
przesiadł się na gitarę barytonową i wstąpił na ścieżkę kariery
folksingera wydając w latach 90. debiutanckie płyty. Co ciekawe, a dla mnie ujmujące,
firmował je nie nazwiskiem, a nazwą jednoosobowego „zespołu”, Songs: Ohia. Aż tu
nagle jego twórczość nabrała emocjonalnych rumieńców, co zauważyć można na
płycie
Axxess And Ace z 1999 roku. Chociaż zaczyna się nawet dość żwawo, piosenką
ze zwrotkami i refrenem, wnet grzęźnie w swoistej melancholii w autorskim
wydaniu. I nawet jeśli żwawość (rytmu) powraca – jak w centralnym utworze „Captain
Badass”, to już na wysokiej nucie emocji.
Kolejna płyta, The Lioness to krok
głębiej w tę głębię. Zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym. Już
otwierający utwór wypala słuchaczowi w łeb ładunkiem emocji, a potem ich napięcie
wzrasta i osiąga kumulację w tytułowym kawałku.

Wyciszenie przynosi bliźniacza płyta z roku 2000,
Ghost
Tropic. Ale za to radykalne. To prawdziwie genialny minimalizm formalny,
tworzący w przedziwny sposób osobliwą gęstwinę dźwiękową. Zawiesinę, która,
jeśli się na to pozwoli, wciąga słuchacza jak tłuste bagno w bezksiężycową noc.
I tylko w końcu słychać
niesamowite odgłosy
(tropikalnego?) ptactwa, jak w miniaturach tytułowych. Niezwykła rzecz. Prawdziwa
muzyka do słuchania w ciemnościach (choć kto inny nagrał płytę o takim właśnie
tytule). Ba, nawet okładka jest niemal zupełnie czarna. Poza tytułem nic na
niej nie ma. Nie ma też nic, poza czernią i wewnątrz książeczki…
To okropnie ważna płyta!
Po wydaniu kilku kolejnych albumów, muzyk porzucił
jednoosobowy projekt Songs: Ohia, i wziął się za stylistykę bardziej
rockowo-altcountry, z towarzyszeniem zespołu już prawdziwego, z nazwą po
ostatniej płycie Songs: Ohia – Magnolia Electric CO.
Gdy słuchałem pierwszy raz debiutu-koncertu tego zespołu nie
mogłem oprzeć się wrażeniu, że słucham którejś z brudniejszych płyt Neila
Younga. Aż musiałem sprawdzić, czy się nie pomyliłem. Nie pomyliłem się, ale
też to wrażenie nie brało się znikąd, skoro w ostatnim utworze śpiewak wprost
cytuje starszego kolegę („tonight’s the night”)…
W ciągu kolejnych czterech lat muzyk wydał kilka następnych
płyt, pod szyldem Magnolia Electric CO, jak i pod swoim nazwiskiem… Aż zniknął.
Ostatnio na dobre.
Szkoda mi Moliny, i szkoda, że go nie ma, że już nie nagra
nowych rzeczy…
Z drugiej strony… „it's better to burn out than to fade away”, jak śpiewał tenże Young.
Twórczość Jasona Moliny jest znakomita, jeśli ktoś chce
dosmaczyć sobie swoje nudne i ustabilizowane emocjonalnie życie szczyptą
tragizmu. A także w przeciwnym przypadku – gdy chce się życie rozwibrowane rozpaczą
zilustrować ścieżką dźwiękową.
I'm paralyzed by the emptiness - śpiewa z towarzyszeniem w pięknym refrenie „Blue Factory Flame”, co może być mottem dla życia i onej twórczości.
Z bogatego relatywnie dorobku artysty wybieram do listy 100
płyt obie wspomniane z roku 2000. Do tego chętnie zrobiłoby się jakiś wybór i z pozostałych. Na
przykład taki (tym razem skorzystam z istniejących materiałów youtubowych, więc
przepraszam z góry za ewentualne niedociągnięcia dźwięku), szczerze zachęcam:
i na koniec miniatura dla ukojenia skołatanych nerwów:
2009
Magnolia Electric Co. It's Made Me Cry - „
It's Made Me Cry”
93. Songs: Ohia - The Lioness
92. Songs: Ohia - Ghost Tropic