Dopiero po powrocie świtanie się potwierdziło: była to ongiś, od XVIII wieku, siedziba kolejnych kresowych książąt (prawdziwych!), Sanguszków. W ich pałacu znajdowały się bogate zbiory sztuki i niesztuki, w stajniach hodowano araby, w miasteczku książęta-przemysłowcy zakładali zakłady przemysłowe, w okolicy istniał zaś prężny ośrodek kumysolecznictwa.
Z czasów tamtych, poza rozbudowywanym później przemysłem (któremu wystawiono pomnik w środku miasta), oraz
Dzisiejsza Sławuta oszałamia lekko przybyszów postsowieckim wdziękiem. Nic dziwnego jednak: znajduje się tuż za dawną granicą RP i ZSRR. Świadczy o tym również dobitnie pewien częsty a charakterystyczny element pejzażu „zakordonnych” miast.Chyba łatwo zgadnąć, jaki...
Miasto słynie z byłego hitlerowskiego obozu jeńców radzieckich, na jego zaś przedmieściach wznoszą się oniryczne kompleksy koszarowe.
Z pozytywnych zjawisk, słynie natomiast z piwzawodu „Санґушко”.
Dziewiętnastowieczny bedeker po Wołyniu, informował zaś podróżnych, iż
Gdybyś się znalazł kiedyś tu, w Sławucie,
i chciał rozkoszy zaznać w domu uciech,
wiedz: że z pałacu tą dróżką
chadzał tam książę Sanguszko,
ale oddawał się potem pokucie.
A więc typowe, motyw, jak w „Lamparcie” Lampedusy.
Sławuta nie jest przystankiem drugim drugiego dnia, bo wstyd przyznać, ale się tam w ogóle nie zatrzymaliśmy. Dlaczego w ogóle robię „z niej” wpis? Dla oddania kolorytu lokalnego!
Koty kotami, ale do kolorytu lokalnego Ukrainy zaliczają się także większe i mniejsze (od jednoosobowych) watahy pańskich, a częściej bezpańskich psów. Psy te są całkowicie nieagresywne, bo inny przypadek zupełnie nie leżałby w ich interesie. Raczej starają się nakłonić do nawiązania przyjaźni, a przynajmniej zachęcają do poczęstunku. Wybredne nie są. Oto taka paczka dyżurująca na stacji paliw pod Sławutą:
wszystkie zdjęcia w odcinku autorstwa Em.






