6 maja 2014

Urbex cz. 3

Był klatex, rurex, a nawet churchex. Pora więc na właściwy urbex, tym razem w obfitszej porcji.
Daleko mi w moich fotopenetracjach do swojskich Penetratorów, nie wspominając już o takich poetach urbeksu, jak ten czy ów, lub jeszcze inny...
Ale swoje co nieco poeksplorowałem i wiem, że stare rury są sexy. Übersexy.










Co jednak - przy całej seksowności złomu i rudery - nie zmienia melancholii upadku rodzimego przemysłu z tradycjami...





2 maja 2014

Sandomierz, majówka 1993

Łońskiego roku, prezentując wspomnienie skanerowe sprzed dwudziestolecia, czyli majówkę'93 pod zamkiem Krzyżtopór, dopisałem na koniec literki  „cdn”. Znaczyć to miało, iż nastąpi sequel do tego wspomnienia. I oto on. Cóż, że minęło już lat 21. Ale taka jest właściwość czasu. Że mija.

Tak więc, następnego dnia, po spożyciu substancji o nazwie "Smakołyk warszawski", wyruszyliśmy w dalszą drogę...
Droga powiodła z powrotem asfaltem do wsi Iwaniska, gdzie złapaliśmy pierwszy z dwóch autobusów PKS, które nieco okrężną drogą - przez Staszów i Klimontów - powiozły nas do prastarego Sandomierza. Nawiasem dodam, że był to pierwszy i ostatni zarazem raz, kiedy widziałem i Staszów i Klimontów, i ubolewam nad powyższym faktem. Klimontów widziany z okna autobusu, prezentował się interesująco - zwłaszcza jego dwa zabytki sakralne. Staszowa nie pamiętam zaś w ogóle - z wyjątkiem faktu przesiadki - choć odznacza się interesującym ratuszem.
No, nic. Może kiedyś...

Sandomierz - miasto ponoć ostatnio szalenie modne za sprawą jednego z telewizyjnych seriali - odwiedziłem wówczas po raz drugi w życiu.
Potem tych wizyt było więcej i dłuższych, i każda pozostawiła niezatarte wrażenia. Bo i piękne to miasteczko. Jedno z niewielu takich w Polsce, zwłaszcza tej właściwej.
Rozpisywać się o Sandomierzu nie ma co. Wszak pisywali o nim prawdziwi pisarze, szczególnie na przykład wybitny Iwaszkiewicz. Ale chyba najpiękniejszy portret miasta - nienazwanego z nazwy - zawarł w swym „Widnokręgu” Wiesław Myśliwski. Warto przeczytać, no i warto doznać Sandomierza osobiście. Czego sobie i Państwu życzę.





Po tak dogłębnym, jak czas pozwalał zwiedzeniu miasta udaliśmy się na dworzec, by złapać pociąg powrotny...



(mogłem się powstzymać, ale nie chciałem)





22 kwietnia 2014

18 kwietnia 2014

W ostateczności

Wielkie dzieło (pop)kultury przełomu wieków, filmowa trylogia „Matrix”, a konkretnie jej trzecia i - co zrozumiałe - ostatnia część, anonsowana była sloganem „wszystko, co ma początek, ma też swój koniec” (sic!). Porażający banał tego sformułowania przesłania nieco zawartą w nim niezmierną głębię odwiecznych, uniwersalnych prawd o Polsce i świecie współczesnym, a mówiąc inaczej: o - nomen omen - doczesności i życiu.

O tym, że wszystko ma swój kres mówi wiele dzieł, również kultury wysokiej, powstających skroś wieków (zwłaszcza w okresach dominacji postawy emocjonalno-barokowej), jak na przykład motywy vanitas w malarstwie, czy słynne strofy „Testamentu” Villona, by wspomnieć przykłady najoczywistsze. Swój kres - o dziwo - napotkało także i poprzednie zdanie.
Istnieje atoli dzieło, przypominające o tym w szczególny, bo niezamierzony, ale przez to może w jeszcze bardziej dojmująco znaczący i przedziwnie prawdziwy sposób. Mowa tu o cyklu „Die Kunst der Fuge” Jana Sebastiana Bacha, cyklu, który koronuje i sublimuje epokę polifonii w muzyce, kończąc ją tym samym  symbolicznie wraz z całą epoką baroku w muzyce.

Z niezwykle gęstej materii muzycznej do zapamiętania dla przeciętnego zjadacza dźwięków jest właściwie niewiele ponad podstawowy temat pierwszego kontrapunktu. Dzieło jest bardziej teoretyczne, czyli do zgłębiania i studiów, niż praktyczne, czyli do grania. Na przykład - Bach nie określił na jaki instrument jest przeznaczone. Dlatego wykonywane jest na organach, klawesynie, fortepianie, albo grupowo: przez zespoły „dawne” (konsorty viol, Hesperion XX) lub „nowoczesne” (kwartet smyczkowy). Pomimo tego wszystkiego - wciąż jest „słuchalne”, chociaż znajduje się na antypodach względem rozrywkowego baroku, reprezentowanego choćby przez „Pory roku” Vivaldiego.

Sam cykl kończy się, a nie jest zakończony, i to jest właśnie ten czynnik czyniący dzieło tak wyjątkowym. Czynnik w gruncie rzeczy pozamuzyczny, obyczajowy, czy życiowy, a przecież nadający dziełu osobliwego dramatyzmu: otóż ostatnie z ogniw cyklu, fuga XIX - na dodatek! - po wprowadzeniu motywu muzycznego opartego na sekwencji nut B A C H, a więc oznaczonych literami nazwiska twórcy, urywa się „w pół zdania”, albo wręcz „w pół słowa”, wybrzmiewając krótką frazą jednego z głosów...
Kompozytor nie dokończył bowiem dzieła, gdyż w trakcie pracy nad nim - zakończył żywot.

Oto, jak śmierć wlała nieco prawdziwego życia w abstrakcyjne, matematycznnie wykoncypowane dzieło.

Nieumyślnie dramatyczny finał usłyszeć można - i zobaczyć w nutach! - w materiale dydaktycznym niezrównanego youtubera Gerubacha (opublikowanym przez innego użytkownika, który wyciął ostatnią część z całości).






7 kwietnia 2014

Łęczeszyce

Łęczeszyce. Łęczeszyce. ŁĘCZESZYCE.
Coś z cyklu nazwy dla obcokrajowców. A tak poza tym - kolejny po (staro)Lipiu zabytek sakralny Księstwa Jabłek, czyli Grójecczyzny (też niezły łamijęzyk dla wyżej wymienionych).


W gruncie rzeczy - klasztor paulinów sprowadzonych tu prosto z Jasnej Góry w XVII wieku. Atoli nastrój w upalny dzień przywodzi na myśl Włochy. Z tym że wokół zamiast winnic - sady jabłkowite.

 
Zabudowania zbudowane w wieku następnym, w późnym baroku.


Przejawem tego iluzjonistyczna malatura wnętrza.


Ale naczelny bajer zespołu czai się ukryty za kościołem, pod arkadą łącznika łączącego klasztor ze świątynią.


Jest nim taki oto rozornamentowany i nagzymsowany niczym szafa gdańska portal do części klasztornej. Z roku 1724.






5 kwietnia 2014

1 kwietnia 2014

1 kwietnia 2013

Nie z braku pomysłów na wpisy - i chociaż motywy z tamtego dnia już się wyblożyły - a w intencji ludycznej, humorystycznej i ciekawostkowej - pragnąłbym przypomnieć zeszłoroczne okoliczności pogodowe: 1 kwietnia rok temu na warszawskich Bielanach.
Na domiar wszystkiego, był to Poniedziałek Wielkanocny. Trudno to sobie dziś wyobrazić!





Z braku takich warunków śniegowych, możemy dziś jeno pozostać chwię dłużej w nastrojach brassbandowych: zapraszam w inny niż na zdjęciach zespół, utrzymany także w odmiennej kolorystyce. Ale muzyka pozostaje muzyką. Motyw bardzo zapadający w ucho ciała i ucho ducha! Czego i Państwu życzę.
Hypnotic Brass Ensemble:






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...