...kuchenne.
31 października 2014
25 października 2014
Trzcińsko. Wspomnienie kolejowo-noclegowe
W czasie podróży itp. zdarza się czasem nocować w osobliwych i niespotykanych miejscach.
Klasyką gatunku jest spanie na dworcu. Ale ma swoje złe strony. Jest - generalnie - niezbyt higieniczne, trzeba jedną nogą patrzeć na bagaż, drugą spać, w krzyżu łupie, świeci światło... Jednym słowem, nic przyjemnego. Doświadczony wagabunda udaje się raczej do noclegowni drużyn konduktorskich. To rozwiązanie też ma poważny mankament - należy zapłacić. Można też spać w jakimś parku (nie próbowałem), albo - co również polecają doświadczeni kloszardzi z wyboru - na cmentarzu, bo tam nikt się po nocy nie szwenda, jest spokojnie i bezpiecznie.
Z takich przygód, zdarzyła nam się raz bardzo miła i na swój sposób ciekawa. Oraz pouczająca.
Było to w ubiegłym stuleciu i w zeszłym millenium. Nastał w życiu ten piękny moment, kiedy się przebrnęło przez pierwszy rok studiów i kiedy się ma w Warszawie aleję swojego imienia! Uzbrojeni w parę stów, plecaki, namiot i aparat Zenit, w początku lipca śmignęliśmy w cudowną, kilkutygodniową podróż samowtór.
Skierowaliśmy się w rejony częściowo już znane - Karkonosze i pasma górskie Ziemi Kłodzkiej, oraz nieznane - czyli to, co pomiędzy. Tajemnicze Góry Sowie, Suche, Kamienne, piękne Rudawy Janowickie, Zawory (!)... Dość rzec, że naszą wyprawę zaczęliśmy w Cieplicach, a zakończyliśmy w Ziębicach. No, przynajmniej jej śląską część. W Ziębicach bowiem, nie mogąc znaleźć noclegu, po prostu wsiedliśmy wieczorem w nocny pociąg do Gdyni, i nazajutrz plażowaliśmy w Kuźnicy.
Z noclegami zdarzał się czasem problem, bo wyruszyliśmy z myślą o kwaterowaniu albo w schroniskach górskich (PTTK), albo schroniskach młodzieżowych (szkolnych) (PTSM). A dysponując nieaktualnymi nierzadko mapami, padaliśmy kilkakrotnie ich ofiarą - krótko mówiąc, schroniska nie zawsze były tam, gdzie miały być według mapy. Jeszcze nie mieliśmy doświadczenia, które pozwoliłoby nam szukać kwater prywatnych (tzw. agroturystyka) albo wręcz pensjonatów. Poza tym, chociaż dysponowaliśmy jakimś funduszem reprezentacyjnym, to jednak, jako studenci, woleliśmy przyoszczędzić. Ile mógł kosztować wtedy nocleg w PTSM na przykład w Zagórzu Śląskim? Jakieś 5 złotych, jeśli dobrze pamiętam. No i mieliśmy ze sobą namiot. Przydał się od razu, pierwszego dnia, a raczej nocy, gdy okazało się, że nie ma żadnych miejsc noclegowych w czymś, co miało być schroniskiem przy zamku Chojnik. Rozbiliśmy się więc na dziko obozem na skraju przepaści gdzieś pod zamkiem.
Zdarzyło się, że po przejściu głównego pasma Karkonoszy, przemieściliśmy się pociągiem z Karpacza via Jelenia Góra w stronę Rudaw Janowickich. Gdy wysiedliśmy wieczorem na stacyjce Trzcińsko, miejscowy kolejarz, dróżnik, zawiadowca i kasjer w jednym, powiedział nam: „Gdzie będziecie szli? prześpijcie się u mnie na stacji!” Pośmialiśmy się trochę na te słowa, lecz jednak ruszyli w góry - do schroniska „Szwajcarka”. Parę dni potem, po dogłębnym przedeptaniu Rudaw, wylądowaliśmy w sympatycznym skądinąd mieście Kamienna Góra. I tu właśnie spotkało nas rozczarowanie w postaci braku śladów spodziewanej kwatery - mapa z lat 80. pokazywała istnienie przybytku PTSM. Nie było. Staliśmy na rynku, nie bardzo wiedząc, co dalej, a zmrok zapadał. Wtem dał się słyszeć sygnał pociągu. W te pędy rzuciliśmy się na dworzec (dziś nie byłoby to możliwe. To znaczy byłoby, ale bez spodziewanego rezultatu - na tej linii dawno już nie widziano osobowego składu). W ostatniej chwili udało się złapać ostatni pociąg w stronę świata, tj. na północ. Na węzłowej (wówczas jeszcze) stacji Marciszów dokonaliśmy ablucji pod kranem, po czym wsiedliśmy w pociąg na Jelenią Górę...
Na stacyjce Trzcińsko kolejarza już nie było, miał fajrant. W izdebce poczekalni zestawiliśmy dwie ławy barykadując nimi jednocześnie drzwi wejściowe - aby uniknąć niepożądanego towarzystwa. I na takim łożu uderzyliśmy w kimono. Spało się świetnie, a to, że dzwonek na przejeździe kolejowym, uruchamiany przez każdy przejeżdżający skład (zwykle słyszy się ten dzwonek w trakcie podróży pociągiem, cichnący w oddali) budził nas co parę godzin, było nawet zabawne.
Rano natomiast zbudził nas kolejarz: „Więc jednak państwo skorzystali z noclegu u mnie. Poproszę o kubki”. Po czym przez okienko kasy biletowej wydał nam wrzątek do herbaty.
Skąd to wspomnienie nagłe? Ze skanera!
Post scriptum.
Zaniosło nas do Trzcińska dwa lata później, zimą. Stacja była, i kolejarz takoż. Potem znów trafiliśmy tam po czterech latach, czyli sześciu od pierwszego razu. Było już po reformach: ni kolejarza, ni stacji. To znaczy, budynek się ostał, ale... wiadomo, jak to od razu zaczyna wyglądać, gdy nie jest użytkowane. Choćby - jak w naszym przypadku - nie do końca zgodnie z przeznaczeniem.
Ekspert od kolejnictwa, wybitny K.T., wyjaśnił nam, że po rozbiciu PKP na spółki-córki-nibynóżki, trzeba by zatrudnić w miejsce jednego kolejarza (który, przypomnę, był zawiadowcą, kasjerem i dróżnikiem) - trzech.
A więc, oczywiste jest, że nie ma ani jednego. Nie ma kto nalewać wrzątku...
Klasyką gatunku jest spanie na dworcu. Ale ma swoje złe strony. Jest - generalnie - niezbyt higieniczne, trzeba jedną nogą patrzeć na bagaż, drugą spać, w krzyżu łupie, świeci światło... Jednym słowem, nic przyjemnego. Doświadczony wagabunda udaje się raczej do noclegowni drużyn konduktorskich. To rozwiązanie też ma poważny mankament - należy zapłacić. Można też spać w jakimś parku (nie próbowałem), albo - co również polecają doświadczeni kloszardzi z wyboru - na cmentarzu, bo tam nikt się po nocy nie szwenda, jest spokojnie i bezpiecznie.
Z takich przygód, zdarzyła nam się raz bardzo miła i na swój sposób ciekawa. Oraz pouczająca.
Było to w ubiegłym stuleciu i w zeszłym millenium. Nastał w życiu ten piękny moment, kiedy się przebrnęło przez pierwszy rok studiów i kiedy się ma w Warszawie aleję swojego imienia! Uzbrojeni w parę stów, plecaki, namiot i aparat Zenit, w początku lipca śmignęliśmy w cudowną, kilkutygodniową podróż samowtór.
Skierowaliśmy się w rejony częściowo już znane - Karkonosze i pasma górskie Ziemi Kłodzkiej, oraz nieznane - czyli to, co pomiędzy. Tajemnicze Góry Sowie, Suche, Kamienne, piękne Rudawy Janowickie, Zawory (!)... Dość rzec, że naszą wyprawę zaczęliśmy w Cieplicach, a zakończyliśmy w Ziębicach. No, przynajmniej jej śląską część. W Ziębicach bowiem, nie mogąc znaleźć noclegu, po prostu wsiedliśmy wieczorem w nocny pociąg do Gdyni, i nazajutrz plażowaliśmy w Kuźnicy.
Z noclegami zdarzał się czasem problem, bo wyruszyliśmy z myślą o kwaterowaniu albo w schroniskach górskich (PTTK), albo schroniskach młodzieżowych (szkolnych) (PTSM). A dysponując nieaktualnymi nierzadko mapami, padaliśmy kilkakrotnie ich ofiarą - krótko mówiąc, schroniska nie zawsze były tam, gdzie miały być według mapy. Jeszcze nie mieliśmy doświadczenia, które pozwoliłoby nam szukać kwater prywatnych (tzw. agroturystyka) albo wręcz pensjonatów. Poza tym, chociaż dysponowaliśmy jakimś funduszem reprezentacyjnym, to jednak, jako studenci, woleliśmy przyoszczędzić. Ile mógł kosztować wtedy nocleg w PTSM na przykład w Zagórzu Śląskim? Jakieś 5 złotych, jeśli dobrze pamiętam. No i mieliśmy ze sobą namiot. Przydał się od razu, pierwszego dnia, a raczej nocy, gdy okazało się, że nie ma żadnych miejsc noclegowych w czymś, co miało być schroniskiem przy zamku Chojnik. Rozbiliśmy się więc na dziko obozem na skraju przepaści gdzieś pod zamkiem.
Zdarzyło się, że po przejściu głównego pasma Karkonoszy, przemieściliśmy się pociągiem z Karpacza via Jelenia Góra w stronę Rudaw Janowickich. Gdy wysiedliśmy wieczorem na stacyjce Trzcińsko, miejscowy kolejarz, dróżnik, zawiadowca i kasjer w jednym, powiedział nam: „Gdzie będziecie szli? prześpijcie się u mnie na stacji!” Pośmialiśmy się trochę na te słowa, lecz jednak ruszyli w góry - do schroniska „Szwajcarka”. Parę dni potem, po dogłębnym przedeptaniu Rudaw, wylądowaliśmy w sympatycznym skądinąd mieście Kamienna Góra. I tu właśnie spotkało nas rozczarowanie w postaci braku śladów spodziewanej kwatery - mapa z lat 80. pokazywała istnienie przybytku PTSM. Nie było. Staliśmy na rynku, nie bardzo wiedząc, co dalej, a zmrok zapadał. Wtem dał się słyszeć sygnał pociągu. W te pędy rzuciliśmy się na dworzec (dziś nie byłoby to możliwe. To znaczy byłoby, ale bez spodziewanego rezultatu - na tej linii dawno już nie widziano osobowego składu). W ostatniej chwili udało się złapać ostatni pociąg w stronę świata, tj. na północ. Na węzłowej (wówczas jeszcze) stacji Marciszów dokonaliśmy ablucji pod kranem, po czym wsiedliśmy w pociąg na Jelenią Górę...
Na stacyjce Trzcińsko kolejarza już nie było, miał fajrant. W izdebce poczekalni zestawiliśmy dwie ławy barykadując nimi jednocześnie drzwi wejściowe - aby uniknąć niepożądanego towarzystwa. I na takim łożu uderzyliśmy w kimono. Spało się świetnie, a to, że dzwonek na przejeździe kolejowym, uruchamiany przez każdy przejeżdżający skład (zwykle słyszy się ten dzwonek w trakcie podróży pociągiem, cichnący w oddali) budził nas co parę godzin, było nawet zabawne.
Rano natomiast zbudził nas kolejarz: „Więc jednak państwo skorzystali z noclegu u mnie. Poproszę o kubki”. Po czym przez okienko kasy biletowej wydał nam wrzątek do herbaty.
Skąd to wspomnienie nagłe? Ze skanera!
Post scriptum.
Zaniosło nas do Trzcińska dwa lata później, zimą. Stacja była, i kolejarz takoż. Potem znów trafiliśmy tam po czterech latach, czyli sześciu od pierwszego razu. Było już po reformach: ni kolejarza, ni stacji. To znaczy, budynek się ostał, ale... wiadomo, jak to od razu zaczyna wyglądać, gdy nie jest użytkowane. Choćby - jak w naszym przypadku - nie do końca zgodnie z przeznaczeniem.
Ekspert od kolejnictwa, wybitny K.T., wyjaśnił nam, że po rozbiciu PKP na spółki-córki-nibynóżki, trzeba by zatrudnić w miejsce jednego kolejarza (który, przypomnę, był zawiadowcą, kasjerem i dróżnikiem) - trzech.
A więc, oczywiste jest, że nie ma ani jednego. Nie ma kto nalewać wrzątku...
Etykiety:
góry,
Polska,
wspomnienia ze skanera
22 października 2014
Powidoki z Czerwińska
Porządny polarnik, czy alpinista występuje w przyrodzie w przyciemnionych goglach.
Kazimierz Nowak, polski przedwojenny podróżnik, który przejechał Afrykę z północy na południe na rowerze, opisywał, jak to w początku swej trasy niemal oślepł na pustyni od słońca i pyłu. Wyleczył go włoski doktor, który też sprezentował mu pustynne gogle, których to brak dał się naszemu eksploratorowi we znaki.
I mnie zdarzyła się podobna przygoda, jeno nie w Afryce, a na Mazowszu. (I nie leczył mnie lekarz-Włoch).
Było to, gdy wybrałem się pewnego lata na welowycieczkę wzdłuż Wisły, od Modlina po Wyszogród. Dzień był upalny, a droga wiodła przeważnie duktami ziemnymi, a nierzadko piaszczystymi bądź pyłowymi, suchymi jak pieprz i jaśniejącymi bielą w słońcu.
Na dojeździe do Czerwińska już trochę mnie szczypało pod powiekami. Ale najśmieszniejsze nastąpiło gdy przestąpiłem próg najszacowniejszego zabytku Mazowsza, wchodząc z blasku dnia w mrok kościelnej kruchty. W jednej chwili przestałem cokolwiek widzieć, a oczy zaczęły mi łzawić i okropnie boleć. AU! Na szczęście, na zapleczu, gdzie się powlokłem, znalazłem łazienkę i porządnie przemyłem sobie zupełnie czerwone gały wodą. Pomogło, i objawy stopniowo ustąpiły.
Tak więc byłem w stanie ostatecznie wynieść nieco powidoków, z których garść publikuję niniejszym - przegląd dzieł z ośmiuset lat historii sztuki polskiej.
Kazimierz Nowak, polski przedwojenny podróżnik, który przejechał Afrykę z północy na południe na rowerze, opisywał, jak to w początku swej trasy niemal oślepł na pustyni od słońca i pyłu. Wyleczył go włoski doktor, który też sprezentował mu pustynne gogle, których to brak dał się naszemu eksploratorowi we znaki.
I mnie zdarzyła się podobna przygoda, jeno nie w Afryce, a na Mazowszu. (I nie leczył mnie lekarz-Włoch).
Było to, gdy wybrałem się pewnego lata na welowycieczkę wzdłuż Wisły, od Modlina po Wyszogród. Dzień był upalny, a droga wiodła przeważnie duktami ziemnymi, a nierzadko piaszczystymi bądź pyłowymi, suchymi jak pieprz i jaśniejącymi bielą w słońcu.
Na dojeździe do Czerwińska już trochę mnie szczypało pod powiekami. Ale najśmieszniejsze nastąpiło gdy przestąpiłem próg najszacowniejszego zabytku Mazowsza, wchodząc z blasku dnia w mrok kościelnej kruchty. W jednej chwili przestałem cokolwiek widzieć, a oczy zaczęły mi łzawić i okropnie boleć. AU! Na szczęście, na zapleczu, gdzie się powlokłem, znalazłem łazienkę i porządnie przemyłem sobie zupełnie czerwone gały wodą. Pomogło, i objawy stopniowo ustąpiły.
Tak więc byłem w stanie ostatecznie wynieść nieco powidoków, z których garść publikuję niniejszym - przegląd dzieł z ośmiuset lat historii sztuki polskiej.
Etykiety:
cztery mile za Warszawą,
sztuka,
zabytki staropolskie
17 października 2014
13 października 2014
Góry deszczowe
Cóż poradzić na to, że zamieniło się lato na miesiące z jesienią? Teraz termometr wskazuje 20 stopni w cieniu (a pod pachą nawet więcej), podczas gdy w sierpniu dały się odczuć deszcze i zawieruchy.
Dosłownie spłukały nas one z gór, w które wreszcie wybraliśmy się w wybrzmiałe już wakacje. Były to góry młodości, niewidziane od 16 lat. Chociaż które z polskich pasm nie jest górami młodości?
Jak to się mówi: nie można mieć wszystkiego naraz. Albo góry i deszcz, zimny jak leszcz, albo słońce i miasto, rozgrzane jak ciasto.
Przynajmniej w ten sposób tradycji nowej i świeckiej wypadów pagórowych jesiennych stało się zadość już latem. Ze zdjęcia nie zdjęto koloru.
Dosłownie spłukały nas one z gór, w które wreszcie wybraliśmy się w wybrzmiałe już wakacje. Były to góry młodości, niewidziane od 16 lat. Chociaż które z polskich pasm nie jest górami młodości?
Jak to się mówi: nie można mieć wszystkiego naraz. Albo góry i deszcz, zimny jak leszcz, albo słońce i miasto, rozgrzane jak ciasto.
Przynajmniej w ten sposób tradycji nowej i świeckiej wypadów pagórowych jesiennych stało się zadość już latem. Ze zdjęcia nie zdjęto koloru.
9 października 2014
4 października 2014
Nietrwała pamiątka z Rochefort
Zagubione pośród zalesionych wzgórz Ardenów miasteczko Rochefort słynie poniekąd z położonego na rubieży opactwa trapistów.
Opactwo wygląda w słoneczny wiosenny dzień jak jakiś włoski albo i hiszpański klasztor.
Oprócz tego, jak opactwo wygląda, niemniej ważne jest, jakie dzieło powstaje w nim na chwałę Pana.
Płyn w kolorze smoły i o podobnej konsystencji, balsamicznym posmaku z nutą czekolady i ziół w bukiecie.
Nie sposób być trapistą, będąc krótkotrwałym posiadaczem naczynia tej substancji...
Opactwo wygląda w słoneczny wiosenny dzień jak jakiś włoski albo i hiszpański klasztor.
Oprócz tego, jak opactwo wygląda, niemniej ważne jest, jakie dzieło powstaje w nim na chwałę Pana.
Płyn w kolorze smoły i o podobnej konsystencji, balsamicznym posmaku z nutą czekolady i ziół w bukiecie.
Nie sposób być trapistą, będąc krótkotrwałym posiadaczem naczynia tej substancji...
Etykiety:
benefralux,
food porn
29 września 2014
Żoliborz i Mokotów
No więc – dużo się mówi i pisze o tym powstaniu.
Dużo się mówi, na przykład, że powstanie to 63 dni walk. „63 dni zmagań” to już niemal sformułowanie na miarę takich jak „amatorzy białego szaleństwa” czy „nasi południowi sąsiedzi”. Stąd chyba już każdy pamięta, że Powstanie Warszawskie zaczęło się 1 VIII 1944, a (???)% rodaków wie, że upadło 2 X.
Nie mam jednak pojęcia, do jakiego stopnia przeciętnemu tzw. odbiorcy wiadomym jest, co oczywiste dla zainteresowanych tematem, iż na powstanie składały się izolowane, pulsujące wyspy rozsiane wskroś Warszawy.
Miasto bowiem – po początkowym chaosie pierwszych kilku dni – roztrzaskało się na archipelag mniejszych lub większych, bardziej lub mniej ze sobą połączonych lądów.
To nie jest blog okol… i to nie jest „blog warszawski”, lecz oto występuję znów niejako z materiałem rocznicowym. 70 lat temu padły Mokotów (27 IX) i Żoliborz (30 IX). Dwa takie właśnie – zupełnie osobne – kontynenty, którymi były te dwie dzielnice.
W normalnych warunkach sąsiadują one ze Śródmieściem: Żoliborz od północy a Mokotów od południa. Ich istnienie owiewa szeroką falą (?) szereg analogii. Na przykład, ich główna cecha, że są dzielnicami powstałymi w latach międzywojennych i składają się z przeważnie z bloków-kamienic przy większych ulicach i zabudowy willowej w głębiach terenów. Obie, jak i Śródmieście ze Starym Miastem, leżą nad skarpą wiślaną. Są i różnice: Żoliborz powstał zasadniczo „na surowym korzeniu”, w pofortecznej pustce. Cechuje go zatem bardziej wyszukana urbanistyka: układ gwiaździstych placów i alej. Mokotów rozwinął się z istniejącej wcześniej wsi, zatem jego masterplan jest mniej spektakularny: ukształtował się w oparciu o podziały narolne (drabina ulic biegnących ze wschodu na zachód) i dwie główne drogi prowadzące do miasta: stary trakt ulicy Puławskiej i równolegle poprowadzoną nową Aleję Niepodległości. I tak dalej.
Dyskusja, która dzielnica jest „lepsza”, trwa między poniektórymi przedstawicielami ich mieszkańców. Żoliborz zdaje się jednak wygrywać. Ma coś, czym Mokotów nie dysponuje: inteligencko-społecznikowski etosik… Mokotów wystawia za to do boju dużo więcej zabytków. I tak dalej.
W warunkach powstańczych również wystąpił między tymi dwiema dzielnicami szereg analogii. Chociaż być może ich zestawienie tworzy model równie sztuczny, co lansowane na łamach tego blogu „analogie” polsko-światowe, zestawię je mimo to.
Jak się rzekło – obydwie nowe wówczas dzielnice stanowiły lądy izolowane od głównej części Warszawy: wolsko-staromiejsko-śródmiejskiej. Chociaż ze Śródmieściem sąsiadują administracyjnie, to są od niego wyraźnie odcięte, tak zwanymi barierami urbanistycznymi. Żoliborz torami kolejowej linii obwodowej, Mokotów Polem Mokotowskim i pasem terenów wojskowych leżących po północnej stronie ulicy Rakowieckiej.
Miało to znaczenie niebagatelne. Tym bardziej, że wobec rozlokowania się Niemców od Woli po Pragę i przecięcia przez nich miasta w tym kierunku, były to jedyne placówki powstańcze stykające się ze światem zewnętrznym, w tym kompleksami leśnymi. W nich zaś z kolei Warszawa upatrywała cenne zaplecze, zaopatrzenia zarówno w broń, jak i human resources.
W obu dzielnicach po pierwszym, niefortunnym dniu powstania zapanowała konsternacja i ferment intelektualny. Na Żoliborzu – wobec nieosiągnięcia żadnego z celów strategicznych, strat sięgających 50% stanu wyjściowego, wyczerpania się amunicji, cierpliwości i nadziei – zaowocowało to wycofaniem się powstańców z dzielnicy na z góry upatrzone pozycje w Puszczy Kampinoskiej. Na Mokotowie tak się wprawdzie nie stało, jedynie dowódca tego okręgu, „Przegonia”, widząc co się święci, dał nogę za miasto i resztę powstania spędził w Zalesiu (razem z żoną Dzidziusia Górkiewicza i Węgrami?). Nowym dowódcą został dopiero 18 VIII „Daniel” przysłany ze Śródmieścia kanałem.
Właśnie – kolejna analogia. Komunikacja Żoliborza i Mokotowa z centrum miasta, a zarazem centrum dowodzenia, możliwa była kanałami (osobny, ciekawy temat). Tylko nieliczni śmiałkowie byli w stanie prześliznąć się górą.
Ba, komunikacja radiowa między Starówką a Żoliborzem – odległość w linii prostej około kilometra – odbywała się via Londyn.
Insurgenci żoliborscy, na dosadnie sformułowany rozkaz władz powstańczych, powrócili jednak dnia trzeciego i zajęli opuszczoną przez Niemców (z wyjątkiem miejsc strategicznie istotnych, jak Cytadela czy CIWF na Bielanach) dzielnicę.
Na Mokotowie było podobnie – hitlerowcy trzymali nadal swoje najważniejsze pozycje, z których żadna nie została zdobyta w pierwszych dniach walk – resztę obszaru oddając pod kontrolę Polakom.
W obydwu obwodach nastał czas względnego spokoju, który miał trwać cały sierpień, kiedy to dla Niemców najistotniejsze było opanowanie drogi wschód-zachód, a najcięższe walki koncentrowały się na osi Wola – Stare Miasto.
W tym czasie – i potem – wystąpiło kilka kolejnych podobieństw pomiędzy Ż. a M.
- jak się rzekło, przez powstańców zajęta była zasadnicza część każdej z dzielnic, choć cele strategiczne nie zostały osiągnięte
- miały one swoje „satelity”, czy eksklawy, w postaci Bielan dla Żoliborza (krótko) i Sadyby dla Mokotowa (dłużej)
- nastąpiło zasilenie oddziałów powstańczych (analogicznie) z Puszczy Kampinoskiej / z lasów Chojnowskich
- opanowano nowe połacie rozszerzając (inaczej niż w innych dzielnicach) stan posiadania – w obu przypadkach obszary leżące pod skarpą – Marymont na Żoliborzu i Sielce na Mokotowie
- w obydwu dzielnicach podjęto (nieudane) próby połączenia się ze Śródmieściem – przez tory kolei obwodowej i Dworzec Gdański na północy (20 i 21 VIII) oraz przez Łazienki i stację pomp na południu (27 VIII)
- do obu dzielnic ewakuowały się niedobitki oddziałów z obszarów zdobytych przez Niemców: na Żoliborz ze Starówki, na Mokotów z południowej części Powiśla, która zwana jest w odniesieniu do powstania powszechnie a niesłusznie Czerniakowem; oczywiście kanałami
- obie padły po generalnych szturmach niemieckich, kiedy „nasi zachodni sąsiedzi” załatwili już kolejno Ochotę, Wolę, Stare Miasto, Powiśle. Mokotów poszedł na pierwszy ogień. Ostateczne natarcie trwało cztery dni, aż dzielnica skapitulowała. Wówczas przerzucono Wehrmacht i SS na północ, by w 48 godzin uporać się z Żoliborzem. Po upadku tej dzielnicy i ostatecznym odcięciu polskiej Warszawy od Wisły i stojącej za nią Armii Czerwonej, Śródmieście – czyli całe powstanie – skapitulowało dwa dni później.
Analogia przedostatnia – powstanie w obydwu dzielnicach wydało owoc w postaci dzieł literackich. I są to najlepsze pisarsko obrazy warszawskiego powstania, a możliwe że i w ogóle. Obydwa gorzkie, ale uczciwe i świetnie spisane. Naprawdę, kawał literatury godnej niezwykłego polecenia. Oto, co znaczy pożywka dla sztuki w życiu tragicznie prawdziwym, a nie ekspresja własnego znerwicowania i frustracji - na ogół na tle seksualnym - jak nierzadko w dzisiejszej literaturze. I co z tego, że zawierają wątki sentymentalno-romansowe. Mowa o „Pierścionku z końskiego włosia” Aleksandra Ścibor-Rylskiego (Żoliborz) i mini-trylogii „Godzina W”, „Węgrzy”, „Kanał” Jerzego Stefana Stawińskiego (Mokotów). Obaj autorzy byli rzecz jasna świadkami i uczestnikami powstańczych wydarzeń w opisywanych dzielnicach.
Dziwnym zrządzeniem losu, a może wręcz przeciwnie: nieprzypadkowo, literatura ta została sfilmowana przez Wajdę Andrzeja. I tu trzeba napomknąć: w sposób niezbyt udany. „Kanał” (bo to opowiadanie Stawińskiego Wajda przerobił na celuloid) śmieszy ramotowatą manierą gry aktorskiej rodem z przedwojennych melodramatów – choć to czołowe dzieło filmowej „szkoły polskiej”. Niezbyt lepiej jest z (póżniejszym o ponad 30 lat) „Pierścionkiem z orłem w koronie”, który momentami sprawia wrażenie inscenizacji amatorskiej trupy teatralnej z technikum gastronomicznego. O dziwo, broni się tzw. kreacja Cezarego Pazury. Oraz kilku starszych aktorów…
No, ale dosyć o tym. Tym bardziej, że z założenia staram się nie opisywać tu rzeczy, które mi się nie podobają. Po drugie, w przypadku „Pierścionka…”, Wajda skupił się na po-powstaniowej części powieści. Po trzecie – dwa pozostałe opowiadania Stawińskiego zostały zekranizowane dużo udatniej przez Munka („Węgrzy”, jako część „Eroiki”) i
Analogia ostatnia, formalno-wizualna, widoczna na zdjęciach: dwa budynki. Szkoła na Żoliborzu i kamienica mieszkalna na Mokotowie. Obydwa autorstwa Jana Koszczyca-Witkiewicza, obydwa projektowane przy użyciu podobnych środków wyrazu i „architektonicznego języka” (ceglane detale na tle szarego tynku).
Obydwa – do dzisiaj – pełne „blizn”, śladów po kulach, szczególnego świadectwa wydarzeń z roku 1944. Pamiątki po piekle na ziemi, jakim były przez moment te warszawskie dzielnice.
Etykiety:
architektura,
historia i historie,
Warszawa
24 września 2014
Welokurpie'2014
Niepotrzebny wpis na niepotrzebnym blogu. Proszę:
Lato to oficjalnie odeszło do lamusa historii i nigdy nie wróci. W ostatniej niemal chwili superszczupły peleton zdobył się atoli na babioletni wyjazd koleją mazowiecką, zobaczyć, jak jest na północy, czyli na Kurpiach.
Chodziło, by zaczerpnąć tchu w tchawki, nacisnąć nogą pedały, dać się owionąć nadnarwiańskim przestworzom i dokonać spostrzeżenia nietuzinkowych zabytków. Cel wykonano (?).
W okolicy „zachowały się fragmenty pierwotnego krajobrazu". Krajobrazu kulturowego.
Jechać na rowerze, to jak biec bez wysiłku na palcach.
Wizja lokalna na stacji, gdzie z pociągu wysiada się wprost do przyperonowego parku.
Ech, Ojczyzno. Ile w tobie potencjału.
Dzień w połowie września jest jednak krótszy od tak długiego, jak by się chciało.
Wpada zdyszany gość na peron i pyta innego faceta.
- Panie! Ten pociąg to na Tłuszcz?!
- Nie, na prąd.
- Ale jaki to pociąg?
- Biały.
- Ale dokąd?!!
- Do połowy.
Stare, ale nie mogłem się powstrzymać. Oto Tłuszcz nocą:
Niech Ci się przyśni. Dobranoc.
Lato to oficjalnie odeszło do lamusa historii i nigdy nie wróci. W ostatniej niemal chwili superszczupły peleton zdobył się atoli na babioletni wyjazd koleją mazowiecką, zobaczyć, jak jest na północy, czyli na Kurpiach.
Chodziło, by zaczerpnąć tchu w tchawki, nacisnąć nogą pedały, dać się owionąć nadnarwiańskim przestworzom i dokonać spostrzeżenia nietuzinkowych zabytków. Cel wykonano (?).
W okolicy „zachowały się fragmenty pierwotnego krajobrazu". Krajobrazu kulturowego.
Jechać na rowerze, to jak biec bez wysiłku na palcach.
Wizja lokalna na stacji, gdzie z pociągu wysiada się wprost do przyperonowego parku.
Ech, Ojczyzno. Ile w tobie potencjału.
Dzień w połowie września jest jednak krótszy od tak długiego, jak by się chciało.
Wpada zdyszany gość na peron i pyta innego faceta.
- Panie! Ten pociąg to na Tłuszcz?!
- Nie, na prąd.
- Ale jaki to pociąg?
- Biały.
- Ale dokąd?!!
- Do połowy.
Stare, ale nie mogłem się powstrzymać. Oto Tłuszcz nocą:
Niech Ci się przyśni. Dobranoc.
Etykiety:
babie lato,
budownictwo drewniane,
cztery mile za Warszawą,
Polska,
pory roku,
z roweru
19 września 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















