31 marca 2012

The Black-Man's Burdon

Zrobiłem niedawno rzecz następującą: wszedłem do sklepu i normalnie z niego wyszedłem z nabytą drogą kupna płytą z muzyką. Niezwykłe, prawda? Wszak biadoliłem już tu nad upadkiem detalicznego handlu muzycznym towarem z jednej strony, jak i nad własnym zduszeniem kompulsywnego gromadzenia lustrzanych dysków z dziurką, z drugiej.

Lecz stało się to nie bez przyczyny. Albowiem - to fakt - dokonałem tego ćwiczenia imaginacyjnego i ułożył żem listę "100 płyt, które wziąłbym ze sobą na bezludną wyspę, albo na roczny pobyt na stacji orbitalnej albo w stacji arktycznej, bo tam byłby prąd, a na bezludnej wyspie raczej by go nie było, ale przeważnie tak się mówi", o której to liście napomknąłem jakiś czas temu. I teraz mam powód do medytacji i refleksji, którymi nie omieszkam się podzielić. 

Po dokonaniu tego zestawienia zauważyłem ze zgrozą, że wiele pozycji pozostaje w formie całkiem wirtualnej. Niektóre miałem na kasetach pozyskanych jeszcze za sprawą oficjalnych wypożyczalni płyt, albo wręcz nagrywanych z radia (tak! kiedyś radio nadawało płyty w całości!). Kaset zaś hurtowo a bezwzględnie pozbyłem się przy okazji którychś większych porządków. Inne mam, ale w formie tzw. naleśników, co sprowadza się w tym momencie do okładek w dużym formacie, jako że gramofonu ni ma. Ostatnia, wcale liczna grupa, to te ukradzione dzięki kolegom w ramach ich użytku osobistego obejmującego korzystanie przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego. Stosunki towarzyskie z innymi zbieraczami fonogramów skłoniły mnie bowiem szmat czasu temu do kupienia "wyżygałki" płyt CDr, i to za niebotyczną dziś kwotę 1400 polskich złotych. I działała, działała.

Tak więc, dopiero zestawienie prywatnego kanonu uświadomiło mi konieczność pouzupełniania płytopółki o te rudymentarne a brakujące na niej pozycje. Hura! Czyżby jakiś nowy cel w życiu?!

Płyta, którą kupiłem jest wyjątkowa, poza tym. że ją sobie właśnie kupiłem. Nie dość, że dwudyskowa, to jeszcze w starego typu dubeltowym grubym pudełku. Dziś już takich nie robią, prawdziwy oldschool! Cóż to oznacza? Oznacza to prawdopodobnie, iż wkrótce ukaże się wypasiona reedycja w formie zremasterowanej, wzbogaconej i sztucznie nasyconej CO2. Lecz cóż...

Chodzi o płytę Erika Burdona z towarzyszeniem zespołu War (nazwa przewrotna, jak na końcówkę lat 60.) - The Black-Man's Burdon. W tytule płyty zawarta jest gra słów - słowo "burden" (brzemię) zostało zastąpione podobnie brzmiącym nazwiskiem wokalisty. Jeśli komuś nazwisko to wydaje się nieznane, to na pewno rozpoznałby, kto zacz po głosie. Burdon bowiem to charyzmatyczny wokalista (o charakterystycznej japie) brytyjskich Animalsów, znany chyba każdemu z interpretacji standardu "House of the Rising Sun". 
Nie widzę sensu opisywać biografii pół-artystów rockandrolla, i nie jest to na ogół interesujące, ale po krótce wspomnę, że człek ten przeniósł się po rozpadzie zespołu The Animals z Anglii do Stanów, gdzie prócz działalności na niwie muzyczno-hippisowskiej, stał się radykalnym orędownikiem praw i obowiązków Czarnych Ludzi. Stąd też tytuł płyty.

Do Burdona i czarnego zespołu War dołączył jeszcze jeden biały Murzyn z afro - duński (!) harmonijkarz gębowy - i w takim składzie muzycy stworzyli wspólnie tratwę, na której przebyli owe absolutnie najlepsze lata muzyki hałaśliwej, to znaczy 1969 - 1971. Po nagraniu dwóch zacnych płyt - pierwszą była Eric Burdon Declares War - Burdonowi się odwidziało i dał drapaka, na dodatek w połowie trasy koncertowej.

Zerknijmy (?) na zawartość muzyczną płyty. Otwiera się z kopa, i to mocnego, jakim jest przeróbka znanego utworu znanego zespołu, mianowicie "Paint It Black". Sama w sobie znakomita piosenka, tutaj zostaje wyeksploatowana w formach wielorozdziałowej afro-latynosko-rockowej jazdy po bandzie. Pamiętam, że w studenckich czasach służyła mi do otrzeźwienia porannego po całonocnej pracy - własnego i sąsiadów. Po ponadtrzynastominutowym, wielowątkowym "Paint It Black" następuje nie mniej spirited utwór "Spirit" okraszony solo na saksofonie. Kolejny numer to wariacki i szyderczy "Beautiful New Born Child" z gospelowym jakby chórem wyśpiewującym refreny do wtóru wrzeszczącego Burdona ("give in to the funky, give in to the gypsy, to the nigger in your soul and fly free").  Następnie słuchacz zostaje zderzony z kolejną przeróbką – tym razem znanej pościelówy „Nights In White Satin” The Moody Blues. Do pewnego stopnia dobra piosenka (a od pewnego jednak w oryginale nieznośna) zostaje rozprasowana na powolną hippie-bluesową procesję. Na dodatek w dwóch częściach obejmujących klamrą trzy rozimprowizowane pod względem tak muzycznym („The Bird & the Squirrel” - flet!, „Nuts, Seeds & Life” - bas!),  jak i słownym („Out of Nowhere”)  jazzujące utworki. I tak zamyka się płyta pierwsza z dwóch.

Druga rozpoczyna się od – tym razem już prawdziwego – powolnego bluesa „Sun, Moon”, pięknie rozciągniętego na pięcioliniach do 10 minut. Całość albumu wieńczy wiązanka sześciu piosenek, z których wyróżniają się -  właściwie wszystkie. Co także jest powodem umieszczenia The Black-Man's Burdon w owej setce. Ale najmilsze wrażenie sprawiają chyba „Gun”, piosenka propagująca odrzucenie agresji, nienawiści i opiatów- nic tylko się podpisać, oraz finis coronat opus „They Can't Take Away Our Music”, manifest znaczenia muzyki dla – no właśnie – dla „Black Men”, nawet jeśli zdarzyło się, że są biali.

Podsumowując – muzycznie mocarny bas, perkusja wzbogacona o osobny etat kongisty, gitara z pogłosem, do tego dęte instrumentarium z wszechobecną i wszędobylską harmonijką, wszystko razem wyfunkowujące słuchacza w kosmos.


ilustracja do piosenki "Pretty Colors"

Zarzekałem się, że nie lubię odbierać muzyki z telewizorka, lecz kto nie zna, a chciałby posłuchać, a nawet obejrzeć (tylko po co?) muzyków w akcji, może skorzystać z TyRury.
W porgramie: suita "Paint It Black", następnie "Tobacco Road" i "Spill the Wine"- hity z pierwszej płyty, na koniec "Bare Back Ride".

Przy okazji bajań o Burdonie -  do listy 100 płyt włączyłbym dowolną składankę typu The Best of Animalsów. W tamtych czasach nowe płyty różniły się zawartością po obu stronach Atlantyku, wydawano masę singli itd., dlatego trudno stworzyć w takim przypadku koherentną dyskografię, a co za tym idzie, wskazać wybijającą się pozycję w tejże dyskografii. Osobiście, uważam, że - choć tworzyli w pewnym stopniu "cover band" (to znaczy, grali głównie cudze utwory) - Animalsi biją na głowę inny "cover band" tamtych czasów: The Rolling Stones. To brzmienie! Silne i mięsiste, oparte bardziej na basie i organie niż na gitarach. A wokalistów nawet nie ma co porównywać.
"The House of the Rising Sun", "Don't Let Me Be Understood", "Baby Let Me Take You Home" - ich wersje trzeba znać, trzeba mieć, co tu dużo mówić. Może tylko u Animalsów zabrakło w krytycznym momencie twórczych natur, które mogłyby sprostać zapotrzebowaniu na nowe, autorskie hity, a nie tylko odgrzewane standardy zza Atlantyku…

Całkiem przypadkiem, w Niskich Krajach trafiliśmy raz na koncert emerytowanego wcielenia Animalsów (wersja festynowa, bez Burdona). Wrażenie, gdy mieszkańcy najbogatszego kurortu najbogatszej części jednego z najbogatszych państw świata śpiewają do wtóru zgodnym chórem: "We gotta get out of this place if it's the last thing we ever do. We gotta get out of this place, girl, there's a better life for me and you" - niezatarte.

Aha. Nie była to jedyna płyta kupiona tego dnia. Lecz o tej drugiej - w inną razą. Raza inna zatytułowana będzie "Czy wierzysz jeszcze w jazz?".

99. Eric Burdon & War - The Black-Man's Burdon
98. The Animals - dowolne Greatest Hits


29 marca 2012

Brześce


Dwór polski w Brześcach jest tak modelowo polskim dworem, że już bardziej polskiego dworowego dworu nie sposób sobie wyobrazić.


Ma wszystko, czego dwór polski potrzebuje: kolumnowy ganek, alkierzyk (mieszczący kuchnię?), dach łamany w pół drogi między "krakowskim" a mansardowym. A w tym dachu - krytym gontem - nawet "wole oka". Piękny stos opału! - zakrzyknąć mógłby nuncjusz papieski. Ale stoi 250 lat.


Tak bardzo polski dwór, o paradoksie, stanowił własność Jana Kantego Fontany, z mikrodynastii włoskich architektów czynnych w Rzeczpospolitej Obojga Narodów u kresu jej istnienia.


Tuż przy dworze uwagę zwraca a intryguje wiejskie budownictwo industrialne. Megakurnik? W stanie wskazującym na odrapanie.
Spleen byłego PGR-u...


25 marca 2012

Wśród traw

Ponieważ nie samymi zdjęciami kościołów człowiek żyje, dziś sama przyroda: słońce, trawy...





22 marca 2012

Czteropak sześciopaków






 Podobno trzeba było wynalazku filmu, by ludzkość przekonała się, iż kichając zamyka się oczy. Tak i ja, dopiero dzięki temu zdjęciu, zauważyłem, że każdy z czterech herm-atlantów z pałacu Tyszkiewiczów (z herbem Potockich) jest trochę inny (to znaczy - różnią się między sobą).
Oczywiście - Krakowskie Przedmieście, Warszawa. Jeśli zaś staję się ostatnio z lekka monotematyczny, proszę o sygnał. To pojadę porobić zdjęcia na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie.
A propos atlantów: natknąłem się też na rysunek obrazujący - właśnie za pomocą takiego elementu architektonicznego - różnicę pomiędzy ogólnie pojętą tradycją a nowoczesnością.

20 marca 2012

Sprawiedliwość z rozmachem

Prezentując brukselski Pałac Kultury i Nauki, czyli Pałac Sprawiedliwości odgrażałem się, że obiekt ów powróci. I oto powraca, w odsłonie obszerniejszej. 
Parę słów gwoli nakreślenia rysu historycznego i tła obyczajowego (skandalu). Gmach zbudowano według gargantuicznych planów Josepha Poelaerta w latach 1866-1883, na wzniesieniu górującym ponad brukselską starówką. Najpierw musiano - bo była to największa budowla XIX wieku - z rozmachem godnym N. Ceaușescu, wyburzyć sporą połać zabudowy, a tysiące ludzi przesiedlić do innych miejsc. Podobno z tego względu słowo "architekt" stanowiło przez czas jakiś w Brukseli obelgę (właściwie dziwne, że nie jest tak w Warszawie - a może się mylę?). Przedwczesny zgon twórcy Pałacu Sprawiedliwości wieść gminna przypisywała zaś czarownikowi z dzielnicy Marolles, który budowniczego wykończyć miał za pomocą czegoś w rodzaju laleczki voodoo. Drżyjcie, Liebeskindy.



 



18 marca 2012

Wyprawa na żurawia

albo: Wstąp do KPN!

Nie trzeba wiele, wystarczy ruszyć dupsko o 4-tej godzinie, by na miejscu znaleźć się o wschodzie słońca.
Uwagę zwraca pierwszy, niecierpliwy promień.


Oczy cieszy a serce wzrusza widok zgoła niedwudziestopierwszowieczny: stogi! Z dala słychać już jakieś wrzaski. To właśnie klangor żurawi.


Zgodnie z przysłowiem: kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje efektowne zdjęcia bez żadnego wysiłku.


Wytrwali podglądacze zostają nagrodzeni możliwością poglądowego podglądactwa zwierzyny w trakcie zachodów miłości i tzw. wicia gniazdka.


Prawidłowe przechodzenie koźlęcia przez drogę: spójrz w prawo, idź, spójrz na nas jeszcze raz, w nogi!!!


Woda generalnie wyżej. Pewnie i grypa szaleje w Naprawie. Na szczęście, jest NFZ.


Czas wracać. Bilans wycieczki - różnica wzniesień: 0 metrów, różnica temperatur: 20 stopni. Ogłasza się niespodziewany atak wiosny.


Autor przeprasza za konieczne użycie słów dupsko i niedwudziestopierwszowieczny.

16 marca 2012

13 marca 2012

Alegoria Belgii

...albo Jeanne i Claudia van Damme.


dla Pani I., z życzeniami udanej wycieczki krowoznawczej!

11 marca 2012

Forum Wazorum

Czy wspominałem, że Warszawa mi się nie nudzi? Wspominałem. Dlatego, chociaż nie jest to "blog warszawski", miejsce, w którym przyszło mi żyć, pojawia się w nim (jak widać w spisie tematów) najczęściej.
Obiektywnie przyznam, że Warszawa nie jest - jako całość - miastem najpiękniejszym. Są rejony, i to niestety w ścisłym śródmieściu, gdzie "oczy pękają". Weźmy choćby centralny punkt, jakim jest skrzyżowanie Marszałkowskiej i Alej. Rondo, Uniwersał, Fotel Chorum i Metropol - wszystko opryskane reklamą zewnętrzną, wylot trzewi lewiatana na czwartym rogu - to miejsce prosi się o bombę. O plakat Trepkowskiego z napisem "TAK!".

Ale dość hejterowania, już dawno uznałem, że ograniczę prezentowanie tu negatywnych przejawów otaczającej rzeczywistości. Materiałów znalazłoby się aż nadto. Po co dublować na przykład ten blog?
Na szczęście, by wrócić od ogółu (rozważań) do szczegółu (Warszawy), są rejony stolicy niwelujące niekorzystne wrażenia z innych.
Krakowskie Przedmieście to właśnie jeden z tych fragmentów.
Miejsce to nie ma odpowiednika w żadnym innym polskim mieście, a i niejedna stolica europejska nie powstydziłaby się takiego salonu na swoim metrażu. Wyjątkowa kumulacja wspaniałych budowli - kościołów, pałaców, budowli użyteczności publicznej, a przy tym niebanalny układ urbanistyczny: zwężeń, rozszerzeń, zakątków, placów, zieleńców etc.



Figura MB Passawskiej z roku odsieczy wiedeńskiej w zimowym ḁturażu. 

Wiem, że zdjęcie jest wielce niedoskonałe. Bez statywu, bez piwa, duże ISO, duże szumy.
Ale pokazuję jako pretekst do krótkiej refleksji na temat tego wyjątkowego salonu miejskiego, jakim jest Krakowskie Przedmieście. I ze względu na śnieżne confetti.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...