3 lipca 2012

Gilgamesz. Od Mezopotamii do Mazowsza

Poniektórzy badacze i historycy sztuki lubią nieraz rozwijać twórczość własną, jakby zazdroszcząc autorom opisywanych dzieł. Zdarza się im pogalopować na rumaku domysłów i interpretacji, wspartych pracą badawczą i erudycją a podawanych jako ustalenie naukowe. W tym przypadku, wymyślili sobie lat temu kilkadziesiąt, że postać figurująca na fotografii to Gilgamesz, bohater sumeryjskich eposów.
Dziś uczeni taką hipotezę odrzucają. Może nie ze wstrętem, ale odrzucają. Widzą tu raczej uosobienie jednego z żywiołów (ognia), albo bardziej bezpośrednie odniesienie do treści teologicznych.


Z drugiej strony, przecież nie wiadomo, co autor-rzeźbiarz (rzeźbiarze?) miał dokładnie na myśli. Tym bardziej, że był to wszak artysta z centrów ówczesnej cywilizacji europejskiej, a nie jakiś lokalny Mazur. A więc jako taki, mógł przemycać i te, być może trędowe u siebie w danej chwili treści. 
Poza tym, jakże ładnie to brzmi, i jak działa na wyobraźnię - bardziej niż po prostu zwykły alegoryczny ludzik, niechby i waleczny, lecz anonimowy! Przyjmijmy więc na chwilę dla rozrywki tę romantyczną hipotezę, by ujrzeć w romańskim kapitelu nadwiślańskiego kościoła antycznego herosa.


Pendant do "Gilgamesza" - ziejąca ornamentem (?) oślousza paszcza.





30 czerwca 2012

Za Tłuszczem

Mam wrażenie, że ktoś mnie śledzi...






27 czerwca 2012

Nieplanowana marszruta rowerowa szynobusem

W zeszły łykend wypadło obchodzić odejście do lamusa kolejnego zeszłego roku życia. Ponieważ wszystko już mamy i nic nie potrzebujemy z tzw. rzeczy materialnych, nową tradycją stało obdarowywanie się - za przeproszeniem - eventami. Nie dość, że tanio, to jeszcze nie zajmują miejsca w kubaturze. A w sercu – w sercu zostają na długo.
W zeszłym roku dostałem nocne przejście mostem kolejowym przy Cytadeli. Sam niedawno sprezentowałem "Noc Tańca". Teraz zostałem obdarowany mazowiecką rajzą rowerową w miejsca nieznane. 
Pociąg kolei żelaznych uwiózł nas z rana w dal. Szosą, steczką, polem, lasem powelocypedowaliśmy raźno w dal dalszą.


Już, już zbliżaliśmy się do wymarzonego miasteczka, gdy dał się słyszeć lekki huczek. Łatwo zgadnąć: była to kiszka, co ją zwą kaszaną dziurawą dętką. Czy jest na sali lekarz? Czy mamy zestaw do łatania? Skąd!
A więc plany wyprawy musiały ulec zmianie. Szybki rzut oka na mapę w celu zlokalizowania najbliższej stacji, telefon do przyjaciela z zapytaniem rozkładowym. Rowery pod pachę i w nieplanowaną drogę. Wtem!
Bożeżtymoj! Jak pięknie! Droga polo-leśna okazała się szlakiem z najwyższej półki malowniczej. Ośm kilometrów marszruty z podpórką opłaciło się z nawiązką. A jakie poziomki!


Na koniec czekał nas jeszcze bonus bonusorum: przejażdżka szynobusem na linii jakiś czas temu przywróconej z Hadesu. Rozkosz porównywalna prawie z jednym jedynym w moim życiu przejazdem regularnym połączeniem wąskotorowym... Czy można wymarzyć sobie fajniejszy prezent perfect?


szynobus wkracza do akcji


szynobus w akcji


szynobus po akcji





26 czerwca 2012

Lapidarium


Ludzkość obarczona jest grzechem pierworodnym historii. Człowiek jaskiniowy walczył z innym o życie. Teraz walczymy - państwa, społeczności, jednostki - ze sobą o tysiące nieistotnych spraw. Wśród zwierząt tej agresji nie ma. A więc to historia - nawarstwiony bagaż świadomości ludzkiej - jest winna bezmyślnemu złu świata.

***
Wiek XX wydał na świat dwa największe monstra polityki - Hiltera i Stalina. Poprzednie stulecie, nie ma na swoim koncie takiego osiągnięcia. Był to - w przenośni - skutek zdmuchnięcia przez wicher I Wojny Światowej z głów Europejczyków ich wytwornych cylindrów. Być może należało je trzymać oburącz co sił, a dzikość zbrodniarzy nie śmiałaby tak jawnie rozkwitnąć.

***
W świadomości starożytnych Greków supremacja większego państwa nad mniejszym była czymś oczywistym. Dlatego Ateńczycy z niepokojem spodziewali się hord Filipa u swych bram. Współczesność przyniosła zaskakującą odmianę: weźmy belgijskie kolonie w Afryce, albo wojny wietnamską (USA) i afgańską (ZSRR).
Spryt i determinacja często stanowią większą siłę niż liczby.


***
W czasach mego dzieciństwa na linii Małkinia - Ostrołęka kursowało sześć par pociągów na dobę. Dziś nie kursuje żaden. Ba, nie buduje się nowych linii, a jak było lat temu sto?...
Zbyt często zapominamy, że to, co nazywamy postępem technicznym, jest niczym więcej niż mirażem.


***
Spotkałem niedawno przyjaciela, niegdyś dobrze zapowiadającego się filozofa. Narzekał na swoje dolegliwości i ceny. Gdy spytałem go o istotę bytu - rozpłakał się.





23 czerwca 2012

Opalowe Wybrzeże

Flandria to kraina płaska jak stół, a więc krajobrazowo nudna i monotonna. Jednym słowem - Mazowsze.
Ale, tak jak wystarczy wypuścić się za Rawę lub za Mławę, żeby krajobraz zaczął falować (w sensie przenośnym), tak już kawałek na zachód od Dunkierki wybrzeże morskie zaczyna prezentować się zgoła odmiennie. Malowniczy klif morski nosi nazwę Opalowego Wybrzeża (Côte d'opale). Nie jest może tak spektakularny, jak atlantyckie pejzaże Bretanii (znane mi tylko z malarstwa Władysława Ślewińskiego) albo Lazurowe Wybrzeże (znane mi tylko z filmów o żandarmie), ale ma chyba trochę z jednego i drugiego, tyle że w mniejszej skali.

Człowiek stający po raz pierwszy na szczycie przylądka Blanc-Nez (Biały Nos, sąsiedni jest dla odmiany szary - Cap Gris-Nez) zostaje oszołomiony wrażeniem bliskości angielskiego brzegu. Cieśnina Kaletańska w tym miejscu to co prawda niewiele ponad 30 kilometrów, ale "białe klify Dover" wydają się być na wyciągnięcie ręki. No, długiej ręki.

Chociaż od dawna istnieje tunel, nadal trwa nieprzerwany konwejer promów między kontynentem a Perfidnym Albionem... Notabene, lata temu była to najdłuższa podróż morska w mym życiu.













21 czerwca 2012

Switłana Nianio

Gdy mówi się o płytach, wiadomo, że to muzyka jest najważniejsza. Ale jakże cieszy serce a duszę wzrusza, jeśli i samo opakowanie stoi (?) na wysokim poziomie. Gdy pierwszy raz usłyszałem, że dyskografia jakiejś grupy zostanie wznowiona na kompaktach w formie "vinyl replica" niezmiernie się ucieszyłem. Wyobraziłem se bowiem, że małe płytki będą znów schowane w dużych (30x30) kopertach. A figę.
Szkoda, bo krom wszelkich przewag natury utylitarnej kompaktu nad winylem, niestety traci się dużo od strony graficzno-artystycznej.

Ale czasem udaje się wydawcy wyrwać ze sztampy "plastikowego kondomu" (sformułowanie K.W.) oprawy CD. Opisując muzykę huculską Rodziny Tafijczuków, wspomniałem, że to dwie z trzech najpiękniej wydanych płyt, jakie zdarzyło mi się mieć. Cóż zatem jest trzecią? Trzecią jest - nie da się tego nijak ukryć - również wydana przez tę samą wytwórnię KOKA płyta z muzyką ukraińskiej artystki:  Kytytsi Switłany Nianio. Podobnie jak tamte, jest rozkładanym pudełeczkiem z surowej, recyklowanej tektury i takiegoż szarego papieru. Pudełeczko, oprócz płyty i książeczki z informacjami zawiera kieszeń z kilkoma odbitkami grafik autorki. Również na szarym makulaturowym papierze.

O muzyce, tak się szczęśliwie składa, nie muszę się fatygować pisaniem. Zrobili to za mnie fachowcy, których twórczość można poczytać na stronach Serpent(a). Generalnie wszystko się zgadza - mariaż tradycji ukraińskich dumek z rock-awangardą, zgadza się też podobieństwo do naszego Księżyca z lat 90-tych. Reszta - to już autorska licentia poetica recenzentów. W ramach dodania czegoś od siebie, dodam od siebie, że jest to szczególnie ważna płyta ze względów wspomnieniowo-sentymentalnych i kojarzy się z najmilszymi wydarzeniami życia. Zatem na "bezludną wyspę" trafiłaby nie tylko ze względów na zawartość muzyczną... Choć muzyka jest wpaniała: ten szklany podźwięk Rhodesa, to harmonium, ten głos wreszcie. Anielski, ale pociągnięty i lekką chrypeczką. Wreszcie i same kompozycje. Tęsknota w nich i piękno zaklęte.

Płytę wydano w 1999, a kupiliśmy ją sobie w prezencie dwa lata później.
Co się stało od tamtego czasu ze Switłaną Nianio? Słuch o niej zaginął. Jeśli miałbym zgadywać - to pewnie urodziła dziatwę i zarabia na chleb ucząc muzyki (albo plastyki?) w jakiejś lwowskiej podstawówce.


Dla zainteresowanych tradycyjnie - przykład twórczości zespołu, w którym artystka (jeszcze jako Switłana Ochrimenko) grała i śpiewała przed debiutem solowym - Wiedeń śpi z płyty (a właściwie kasety, bo chyba nigdy nie przybrał ten materiał kolistej formy) zespołu Cukor Biła Smert'. Oraz utwór zamykający płytę Kytytsi - Głos Acherontu. Żeby nie było, że odstawia się tu jakieś szczególnie bezczelne piractwo, zmonotowałem muzykę z obrazkami i wrzuciłżem na YT.
A i Cukor, i Kytytsi można jeszcze znaleźć w sklepie Serpent(a). Niestety już tylko - cha cha - na kasetach!



96. Svitlana Nianio - Kytytsi





19 czerwca 2012

17 czerwca 2012

Kościół w Jazgarzewie

Nieopodal Piaseczna pod Warszawą, nad Jeziorką, wznosi się malowniczo kościół w Jazgarzewie.
Niejednokrotnie przejeżdżając tamtędy obiecywałem sobie przyjrzeć się bliżej temu zgrabnemu budynkowi.
Aż wreszcie, jak to bywa, nastał i ów dzień. 


Istniał tu wcześniej kościół XVIII-wieczny, ale podobnie jak podwarszawskie świątynie w Brochowie i Lipiu, pogniótł go walec przetaczającego się frontu I Wojny Światowej. Coś mi się zdaje, że ówczesna artyleria lubiła wstrzeliwać się biorąc na cel kościelne wieże. W każdym razie, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych, pierwotny kościół jazgarzewski nie został zrekonstruowany. Zbudowano nowy - w 1929 roku.


Któż zaś był projektantem? Znany nam dobrze Konstanty Sylwin Jakimowicz. Przytomny ów budowniczy zajmował stanowisko architekta Archidiecezji Warszawskiej. A więc był tym dla budownictwa sakralnego okolic Warszawy tym, kim Romuald Miller dla budownictwa kolejowego. Choć i w tej ostatniej dziedzinie miał Jakimowicz wybitne osiągnięcia - o nich w przyszłości.


Kościół utrzymany jest (inaczej niż późniejsze projekty sakralne Jakimowicza) w harmonijnej stylistyce architektury rodzimej, to znaczy: czerpiącej formy i natchnienie z krajowego budownictwa stuleci od XVI do XIX, ze szczególnym uwzględnieniem lokalnej transformacji renesansu przez manieryzm do baroku. Czyli początków XVII wieku.


Poza formami i detalami budowli szczególnie piękne wydaje się fantastyczne pokrycie dachu w systemie mnich-mniszka  (a więc godnym budowli sakralnej). No i samo położenie, jak się rzekło - malownicze. Szkoda, że pozostała substancja architektoniczna wsi - jak to zwykle - pozostawia wiele do życzenia.


Ciekawostka na dobranoc: w pobliżu znajduje się osada, której nazwa - pochodna od Jazgarzewa - czyli Jazgarzewszczyzna, jest ponoć najdłuższą nazwą geograficzną w Polsce. Szkoda, że nie zakwaterowano tam jakiejś zagranicznej drużyny piłkarskiej na EŁRO. Dobranoc.





14 czerwca 2012

Vintage


Zdjęcie zostało zrobione z okna lokalu, gdzie zakwaterowany byłem w pierwszym roku życia, i w tym właśnie czasie. Siłą rzeczy więc nie jest to moje wspomnienie ze skanera. Widnieje na nim nasza limuzyna produkcji DDR, którą atoli jeszcze jak przez mgłę spalin pamiętam.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...