27 stycznia 2016

Kamień. Opactwo w Jędrzejowie

– Profesor Pniewski kochał kamień – powiedział profesor Ko. Ku.-Ku.

– Tak? Który? – spytałem złośliwie, ale, kierowany konformizmem, zrobiłem to po cichu, że tylko koledzy słyszeli.

Muszę jednak wyznać, że ja też kocham kamień.

– Który? – mógłby ktoś złośliwie spytać.

No, nie każdy. Ale wiele. Tego kamienia. Czasem bowiem w polszczyźnie używa się liczby pojedynczej w funkcji mnogiej. Dach kryty dachówką. Wąż śliską piersią dotyka się zioła. Instytut Hodowli Ziemniaka.

– Którego? – mógłby ktoś złośliwie spytać.


Do rzeczy. Do kamienia. Nie kocham polerowanego granitu, którego dużo wszędzie w ostatnich czasach. Kocham kamień wietrzejący, erodujący, pokryty porostem. Słowem: wapienie i piaskowce. A także… O tym później. Na razie zapraszam na wyprawę w krainę kamieniem i gipsem płynącą: Ponidzie. Krainę tyle malowniczą i obfitującą w zabytki kultury materialnej, tudzież zjawiska przyrodnicze, co odrobinę zapomnianą przez przeciętnego turystę.


Sam byłem tam tylko dwa razy, i zawsze niestety przejazdem. A można by spokojnie z tydzień tam zabawić. Tylko skąd go wziąć?


Zacznijmy trochę obok, bo w Jędrzejowie, gdzie w starym opactwie różni nieproszeni goście wyryli się na wieczną (wietrzną?) pamiątkę w kamiennej jego ścianie. Wypatrywanie takich napisów jest od jakiegoś czasu moim niewielkim hobby, czego dowód wywieszałem tu, a także tam, jak również w tym miejscu. Jest jeden warunek: muszą mieć odpowiedni nalot patyny dziejów (oraz liternictwo!), inaczej to zwykły wandalizm.


Zdjęcie powyższe pokazuje srogi zakaz, z którego nic sobie nie robili niejaki B. Duda, Lipowski, Zawadzki, Marciszewski, kolejny B.D., Myznerow(a?) oraz Sobieski (ale nie król). A także inni. Ale pewnie dlatego, że za ich czasów tabliczka ta nie wisiała. Skąd mogli więc wiedzieć, że zachowują się niewłaściwie?


Tu, z górą sto lat temu. uwieczniła się panna Wertheimówna. Ciekawe, czy ta sama postać opisana (pod kryptonimem) przez (...) w autobiografii, jako córka warszawskiej burżuazyjnej rodziny, z której niemal wszystkimi członkami - także dosłownie - zaznał (...), hmmm, ćwiczeń cielesnych?
Oraz jakiś Waleron (!)


A to najszacowniejszy podpis - bo jeszcze z głębokiego średniowiecza. Mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem nie odmówił sobie oznajmienia światu, iż „tu mieszkał” (na zasadzie odwiecznego „tu byłem”). Na dodatek kanonizował się awansem, gdy tymczasem koniec końców wylądował - jak widać poniżej - jako zaledwie błogosławiony!

I ambicja, i wandalizm, i zasługi dla ojczystej historiografii.


APENDYKS
Waleron okazał się nazwiskiem zupełnie na miejscu!





22 stycznia 2016

3

Miał być - bo obiecałem - atak demona. Ale demona nijak nie mogę odnaleźć! Dość to nawet dziwne...
Czyżby...?

Za to, poszukując go bezskutecznie, znalazłem w archiwum zdjęcie archiwalne, niepublikowane, które pozwalam sobie opublikować, licząc, że ze względu na upływ czasu, jaki od tamtego czasu upłynął, już nikt nie będzie potrafił przypomnieć sobie, kogo dokładnie ono przedstawia. I gdzie.







15 stycznia 2016

Zieleniak niespełnionych nadziei

W fascynującą, zrytą ryflowaniem betonową przestrzeń wpada wiatr i nie spotkawszy nikogo, ucieka z wyciem w kręte uliczki warszawskiej Ochoty.

– Stworzono tu swoistą redakcję retrowersji – mówi badacz architektury współczesnej, Leon Zawodowy. – Niestety, społeczeństwo nie dopisało.



– Handlarz ma wciąż w głowie pstrą budę straganu – krzywi się miejska aktywistka i kulturoznawczyni, przy okazji mieszkanka dzielnicy, Elwira Kuc-Kiwałło. – A ideałem nadal są tak zwane „szczęki” zamykane na noc. Warzywo natomiast także zasługuje na dizajn, czas już w dzisiejszej dobie przyznać mu ten awans.



Zieleniak to miejsce szczególne na mapie Warszawy – przynajmniej takiej, która tu sięga. Tuż obok znajduje się pomnik Barykada Września, w powstaniu był tu obóz przejściowy dla brutalnie pacyfikowanej ludności Ochoty. Miejsce z takimi tradycjami zasługiwało na oprawę o europejskim standardzie.


Pieczołowicie, w drodze konkursu i zakulisowych rozgrywek, wybrano projektanta, którego nazwiska niestety do dziś nie udało się ustalić. 

Spójrzmy okiem fachowca-amatora na nowowykreowaną przestrzeń. Architekt w mistrzowski sposób nawiązał formalnie do obiektów handlowych z czasów zaawansowanego Gierka. Budowla obłożona jest betonowymi prefabrykatami do złudzenia przypominającymi blachę trapezową, powszechny materiał wykończenia peerelowskich pawilonów, na dodatek już w typowy sposób sfatygowaną. Wymalowanie rdzawych zacieków wyglądających jak naturalna korozja stali wymagało wyjątkowej staranności wykonawstwa. Zadaszenia przywodzą zaś na myśl łączniki piesze kondygnacji +1 stołecznej „ściany zachodniej” z lat 70. Nawet roślinność powinna w zamyśle przypominać rachityczne samosiejki z bezpańskich prefabrykowanych donic.


Wszystko to miało – wzorem „szynki jak za Gierka” – poruszyć wciąż silną strunę socnostalgii, oraz przemawiać językiem dobrze znanych architektonicznych wzorców rodem z wielkopłytowych osiedli spółdzielczych.

– Mies i „Corbu” by się tu odnaleźli – zapewnia Zawodowy. – Jest to krok dalej w stronę stalbetbrutalizmu, niż istniejące już hale „Banacha” z ich blaszaną okładziną ukierunkowaną wertykalnie w przyziemiu i ornamentowaną w stylu schyłkowego maszynohurtu na zwieńczeniu.

Niestety, wysiłki twórcy jak dotąd pozostają niedocenione przez potencjalnych odbiorców i nieistniejących użytkowników.


Odwrotnie, plany ratusza z miejsca spotkały się z protestami kupców, klientów, mieszkańców dzielnicy i dosłownie wszystkich, jak zwykle zresztą. Obawy budził zwłaszcza projekt zabudowy mieszkalnej domykający urbanistycznie fascynujące skrzyżowanie Grójeckiej i Banacha.


– Chcą nam po prostu zabrać plac, zarobek, godność  i chyłkiem otworzyć kolejną „Paskudkę” – grzmiał na spotkaniach konsultacyjnych Henryk Korzuch, prywatny dystrybutor Irgi i Amerykana.

– Cień tobry, w sile siła – dodawał filozoficznie pan Hui Nguyen Wei, dalekowschodni dealer bławatny.


Do tej pory część handlarzy trzyma się kurczowo przestrzeni między halą „Banacha” a ulicą tego imienia. Inni wyprowadzili się na Skorochód-Majewskiego. Co więcej – nie chcą wracać.

– Dalej stąd do miasta, ale ja się ze Skorochodu już nie ruszę. – zarzeka się Mieczysława Ćwikła. – A na tamtych betonach to można sobie wątpia przeziębić. Pan spróbuje kapusty.




Tekst jest częścią cyklu „Na przestrzał przez przestrzeń”.

Patronat: Gazeta Żarłoczna, tygodnik Potylica i Fundacja Elżbiety Batory 




10 stycznia 2016

6 stycznia 2016

Chiacona po siedmiokroć

dedykowane przyjemnemu blogowi, w którym nie wiadomo, o co chodzi

Zacznijmyż rok od czegoś jasnego, powietrznego i rześkiego jak mroźny, słoneczny zimowy dzień.

Zakończył się nieopodal - i w czasie, i w przestrzeni - kolejny konkurs szopenowski. Kolejny, który, hélas!, ominął mnie niezauważony. Zatrzymałem się na etapie młodego Władymira Aszkenazego (II nagroda w 1960), choć nie było mnie jeszcze na świecie.
Do czego jednak zmierzam? Zmierzam do tego, że nie mogę pojąć, jak można zmierzyć te szopenowskie wyścigi. Nie byłbym w stanie powiedzieć, że ktoś zagrał balladę najpiękniej, a znów schrzanił mazurki. Inny zaś skopał preludium, a jakaś pani zabłysła w polonezie. Jeżeli trafił we wszystkie klawisze, co należy i nie zjadł paru taktów? Jak rozpoznać większy talent od mniejszego?
A bierze się to i stąd, że im później w muzykę, tym mniejsza swoboda, a więcej odautorskich obwarowań, co skutkuje podobieństwem wykonań, nie?
I odwrotnie - pod tym względem im dawniej w muzykę, tym więcej cudownej niedookreśloności interpretacyjnej. Wykonania się różnią wyraźniejszymi różnicami.
Pozwolę sobie to zilustrować zmasowanym atakiem wczesnego baroku, w wydaniu jednego zaledwie utworu. Razem niecała godzina.
Siadaj i rozluźnij krawat.

Chiacona, ciaconna, ciaccona, chaconne, szakona, wraz ze swą surowszą i poważniejszą siostrą, passacaglią, jest prawdopodobnie najważniejszym wkładem Ameryki prekolumbijskiej w muzyczną kulturę europejską, lub nawet w kulturę europejską, a może wręcz w kulturę. Wywodzą je bowiem z państwa Inków. Samo to już robi wrażanie odpowiednio działając na wyobraźnię. Słuchanie zaś daje jeszcze więcej zaskakujących korzyści.
Ciacconę wyabstrahował do postaci skroplonego absolutu w jednym ze swych opera magna najsłynniejszy (chyba) kompozytor świata, o których - kompozytorze i dziele - będzie mi wypadło napomknąć jeszcze w nieznanej, mglistej przyszłości. Wymaga tego elementarna przyzwoitość.

Na razie jedna chiacona w wielokrotnej odsłonie. Wzięło mnie niedawno na ten utwór - i trzyma do dziś. Zebrało mi się też, by podliczyć dostępnie podręcznie wersje / wykonania. Efekt prac inwentaryzacyjnych poniżej.

Utwór może nie najpiękniejszy, ale wielce powabny i, powiedzmy, aromatyczny. Nie najbardziej, ale porywający, nie najskuteczniej, ale uwodzicielski. Jeden z bardziej oryginalnych, choć z pozoru prosty. Smakuje wyśmienicie i świeżo, jak rzodkiewki z własnego, przydomowego ogródka. Siedem schodzących po schodach skali (schody - wł. la scala) dźwięków potarzanej podbudowy plus wariacje na drzwi skrzypienie i kocie miauczenie. Lot trzmiela, który połyka nutki jak Pac-Man. I karpiel, i bułecka. Nastrój pogodny. Ba, zawadiacki. Obfitość materii do skrzącego się jak klatki schodowe w b. Cedecie popisu dla jednego skrzypka i dowolnego składu szarpidrutów realizujących siedmionutowy bas cyfrowany.

Autor, Antonio Bertali, był jednym z niejednych muzyków pochodzenia włoskiego na dworze Habsburgów i w środku. A więc we Wiedniu, który jeszcze wówczas nie był miastem Mozarta, Beethovena ni Schuberta - a oni to zdominowali muzyczną świadomość miasta nad Dunajem. A już najbardziej Strauss.
Muzyka Straussa jest jednak wyleniała jak pekaesy (koteletten) Franciszka Józefa, Beethoven kojarzony jest z hitem Chucka Berry'ego, Mozart przeszedł do telefonii komórkowej, a Schubert to już w ogóle nie wiadomo, kto.

Muzycy wczesnobarokowi elektryzują nadal! Voilà!



01 ekscentryczna, kameralna, jedyny znany mi utwór muzyki klasycznej, który (nagrany) kończy się wyciszeniem
płyta: Holloway / Assenbaum / Mortensen - Johann Heinrich Schmelzer - Unarum Fidium / ECM
nabyta: 2000 07 18
skrzypce: John Holloway


02 delikatna, ale sam popis narowiścieje
płyta: Musica Fiata / Roland Wilson - Antonio Bertali - Sonate Festive / CPO
nabyta: 2001 11 29
skrzypce: Anette Sichelschmidt


03 skrócona, za to potraktowana najbardziej wolnościowo i z najsilniejszą podbudową akompaniamentu
płyta: L'Arpeggiata / Christina Pluhar - All'Improviso / Alpha
nabyta: 2004
skrzypce: Veronika Skuplik


04 dziarska, ale za to urzekające spowolnienia i kadencje w końcówce
płyta: Ensemble Echo du Danube / Christian Zincke - Das Partiturbuch / Naxos
nabyta: 2006 10 28
skrzypce: Martin Jopp


05 o arcysolidnym, chwilami zakatarzonym dulcjanem basie, z początku kilka razy zrywa się do lotu - wreszcie na dobre, potem ciekawe dialogi
płyta: The Rare Fruit Council / Manfredo Kraemer - Rariola & Marginalia / Astrée
nabyta: 2007 12 15
skrzypce: Manfredo Kraemer


06 zaimprowizowane preludium szarpane
płyta: Ricercar Consort / Philippe Pierlot - Antonio Bertali - Valoroso / Mirare
nabyta: 2008 08 01
skrzypce: François Fernandez


07 również wyłania się z preludium, w trakcie - nasz człowiek włącza się organem jakby sąsiad włączył odkurzacz, a jaki zacny teorban, milordzie!
płyta: Podger / Świątkiewicz / Caminiti - Perla Barocca / Channel Classics
nabyta: 2015 08 06
skrzypce: Rachel Podger





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...