30 maja 2014

Tramwaje w Winnicy


Feuchtwanger napisał „Lisy w winnicy”, a ja wpisałem wpis blogowy „Tramwaje w Winnicy”. Przypadek? Tak.


Jedziemy sobie dalej na zachód - tam wszak też musi być jakaś cywilizacja! I oto jest: kolejny mikroprzystanek na trasie w mieście o błogiej nazwie Winnica. Na głównej ulicy w Winnicy stoją - naprzeciw siebie, ale z przesunięciem - dwa polskie kościoły katolickie, z których jeden jest dziś cerkwią unicką, drugi zaś pozostał kościołem polskim katolickim.
Na dodatek pomiędzy nimi znajduje się sklep delikatesowy „Warszawa” - ale to najwyraźniej pamiątka po braterskiej przyjaźni z czasów ZSRR.


Ponieważ jednak jak raz w obydwu świątyniach trwały w czasie naszego mikroprzystanku nabożeństwa, skupiłem uwagę obiektywu na przejeżdżające mimo pojazdy szynowe.


Mignął jeden całkiem retro (jeżdżący chyba jako atrakcja turystyczna), ale zrobił to przez zaskoczenie, dlatego jest nieostry.
Ukraina w ogóle prezentuje szeroki wachlarz środków zbiorowego transportu, co może być interesujące dla miłośników gatunku.
Ja się do nich nie zaliczam - raczej do sympatyków - ale cyknąłem tu i ówdzie parę interesujących przypadków.
Choć co prawda, tak się złożyło, że z żadnego egzemplarza naziemnego nie korzystaliśmy...
Dlatego nie przejechałem się najdłuższą linią trolejbusową świata (Symferopol-Jałta, 90 km). Żałuję też, że nie widziałem tramwajów w Eupatorii - w ogóle nie bawiąc w tym mieście - których też prędko raczej nie zobaczę...


Daje się zauważyć, iż cykl ukraiński w swej trzeciej odsłonie cieszy się szerokim brakiem zainteresowania ze strony PT Czytelników (nie to, co gdyby znów napisać coś o pogodzie...). Jedziemy więc dalej. Na horyzoncie majaczą już kresowe "greatest hits", ale mogę zapewnić, że nadal będzie odpowiednio nudno.






28 maja 2014

Niemirów

Po odwiedzinach działki rekreacyjnej „pięknej Bitynki” i pokręceniu się po okolicy na wschód od Humania (bardzo już blisko Targowicy) w celu odnalezienia śladów historii rodzinnej, ruszono w dalszą drogę wiodącą na zachód - jako że była drogą zasadniczo powrotną. Kolejny, króciutki przystanek na niej urzeczywistnił się w Niemirowie.


Miasteczko o podobnej do Humania historii - rozwijało się pomyślnie, lecz potem przyszły wojny, Kozacy Krzywonosa wycięli w 1648 roku Żydów, następnie „zagniewany ks. Jeremi Wiśniowiecki (...) mszcząc się równie okrutnie, do 3000 kozaków i własnych poddanych, którzy się z nim połączyli, nielitościwie ukarał śmiercią.” Ale „zaledwie jednak wyszedł ks. Jeremi mieszkańcy wyrżnęli pozostawioną załogę z 200 dragonów. Odtąd Niemirów z rąk do rąk przechodził.” Potem znów „w 1702 r. zbuntowane chłopstwo ukraińskie zdobywszy Niemirów, wymordowało szlachtę i żydów, niesłychane zadając męczarnie.”* Czyli, krótko mówiąc - zwyczajne dzieje.
Historia ustatkowała się dopiero pod koniec XVIII wieku: Szczęsny Potocki ufundował kościół, a wdowa po nim, Zofia (d. „Dudu”) - szkołę.


Historia ciekawie kształtuje się i dziś, na naszych oczach. Oto bowiem na zdjęciach pomnik W. I. Lenina - jeden z setek na Ukrainie, i jeden z wielu, które w zeszłym roku rzuciły się w oczy po naszym przekroczeniu niewidzialnej, bo przedwojennej granicy polsko-radzieckiej. Leniny te w większości padły w czasie tegorocznego „Leninopadu” (określenie oraz mapa zaczerpnięte z zaprzyjaźnionego blogu zaprzyjaźnionego blogera).
A więc obrazki zamieszczone tu dziś należą już do byłej historii. Lenin niemirowski upadł 21 lutego.

Na osłodę (?) - przygody ludzików z zaniedbanego mikrocyklu.



Aha, przypomina się anegdota, nie wiem, czy wyczytana w „Imperium” Kapuścińskiego, czy w jakimś reportażu reportażysty od spraw „bliskowschodnich”.
Gdzieś w ZSRR znajdowała się wytwórnia Leninów wyspecjalizowana w dwóch wariantach - Lenin z czapką na głowie i Lenin z czapką w ręku. Jakiż był wstyd i przerażenie „czynników”, gdy doszło raz do odsłonięcia wersji przypadkowo zmieszanej: Włodzimierza Iljicza z czapką w ręku i na głowie.
„Kradnij nakradzione!”





24 maja 2014

Zofiówka

Pozostając formalnie, legalnie w Humaniu, przejdźmy kilkaset metrów od związanych z miastem spraw tragicznych do motywów przyjemniejszych, choć też niepozbawionych dramatyzmu. Kilkaset bowiem metrów od centrum rozciąga się słynny park „Zofiówka”, obecnie nacjonalnyj dendropark „Sofijiwka” (gwoli ścisłości - przystanek drugi drugiego dnia trzeciego etapu wycieczki ukraińskiej).


Został on założony i nazwany na cześć trzeciej żony notorycznego Stanisława Szczęsnego (nomen wyjątkowo non omen) Potockiego, dla której był drugim (powiedzmy) mężem.

I tu mam zagwozdkę natury moralnej. Czy streszczać pokrótce karierę Zofii pseudo-Glavani łże-de Celice primo voto „de” Witt, secundo voto Potockiej, znanej pierwotnie jako Dudu? Czy po prostu odesłać Szanownego Czytelnika niniejszego wpisu prosto do wyśmienitego opracowania biograficznego autorstwa Jerzego Łojka - „Dzieje pięknej Bitynki”?


Skąd się wzięła Greczynka Dudu?
Jak trafiła do Kamieńca Podolskiego?
Jak wysoko zaszedł jej pierwszy „mecenas”?
Kim byli kolejni (w tym dwaj legalni mężowie)?
Wszystkiego dowiedzieć się można z „Dziejów”. Gorąco polecam, jeśli ktoś nie zna!
Streszczać więc nie będę. Książkę (po ukraińsku) można nabyć nawet na straganie u wejścia do Zofiówki. Zresztą - cytat z tego dzieła już tu zamieszczałem...

Powiem też, że książka ta - oraz kilka jej podobnych - powinny być obowiązkową lekturą w programie nauczania historii w szkole średniej. Zamiast „przerabiania” nudów, które w szkole się serwuje. Gdy pomyślę, że musiałem - bo tak sobie wymyślił nauczyciel - czytać w liceum jakąś historię gospodarczą średniowiecza, zasypiając pod koniec każdej strony... Ech.


Materialnym świadectwem szalonego uczucia ukrainnego magnata-targowiczanina jest ów krajobrazowy park pod Humaniem. Inspiracją do jego stworzenia była wizyta (już) hrabiny Zofii Wittowej w Radziwiłłowskiej Arkadii pod Łowiczem. Rozmachem to założenie miało przewyższyć sentymentalno-oświeceniowe parki polskie, i pewnie mu się to udało.


Dziś jednak wdzięk Zofiówki wydaje się nieco przybladły. Nic jednak dziwnego - w ciągu z górą 200 lat jego istnienia, 70 przypada na czasy ZSRR... Lecz i tak wiele dotrwało do naszych czasów. Na przykład: w sentymentalnej grocie-świątyni dumania zachowały się podkreślające nastrój inskrypcje na tablicach - po polsku.


Dawniej miejsce to robiło z pewnością większe wrażenie - np. panegiryk Zofiówce kropnął stary pieczeniarz, Stanisław Trembecki (za co zresztą otrzymał dożywotnią rezydencję w siedzibie Szczęsnego w Tulczynie). Park zaprojektowany przez gdańskiego oficera-inżyniera Ludwika Metzla (notabene nieślubnego potomka generała Alojzego Brühla, syna ministra Augusta III, w czym zresztą nic dziwnego, przecie mówimy o XVIII wieku!) budowano w latach 1786 - 1805. Sprowadzono z różnych miejsc Europy, rzeźby, urządzenia techniczne etc., okazy drzew i roślin zaś nawet i spoza niej. Zbudowano pawilony parkowe, groty, strumienie, kaskady... Zdolny Metzel zaprojektował dwudziestometrowej wysokości wodotrysk pośrodku stawu.


I tu dochodzimy do interesującego zawirowania dziejowego. Jak pisze historyk, Zofiówkę wznosili  „tysiącami spędzani pod Humań pańszczyźniani chłopi” (chociaż inne źródło twierdzi, że Szczęsny wcześniej oczynszował chłopów w swoich włościach, likwidując tym samym pańszczyznę, być może więc spędzano chłopów oczynszowanych, niepańszczyźnianych, tak czy siak). A skoro tak, to wśród owych tysięcy musieli się znaleźć i uczestnicy (czynni) rzezi humańskiej - wszak wielu z nich było z pewnością młodszymi wówczas niż Dziad z „Wesela” w „Weselu”...

Jak to więc różnie w życiu bywa! - że tak pozwolę sobie wysnuć z powyższego wnioskowania taką niegłęboką refleksję.
Raz rzezasz ludzi, raz budujesz park dla konstantynopolskiej ladacznicy* i jej męża magnata.


*) Nie śmiem oceniać, czy krytykować życiorysu Zofii Wittowej-Potockiej. W owych czasach nie istniała inna droga kariery dla ludzi jej płci i stanu społecznego. Należy raczej podziwiać jej zaradność i inteligencję (niewątpliwą - bez niej nie wskórałaby wiele w ówczesnych salonach samymi walorami alkowianymi). A że lubiła chłopów - wolno jej. Może tylko romans z pasierbem to już była przesada.


W papierach po tulczyńskim poecie-rezydencie znaleziono zapisek, iż

Gdybyż to wiedział pan na Tulczynie,
że żona zdradza go z własnym synem...
Bo - nawet na tle epoki -
r o z k ł a d  był to zbyt szeroki,
poprzestać mogła na Potemkinie...






21 maja 2014

Humań

No więc - pora wrócić jedną nogą blogu na Ukrainę.
Po co?
Żeby zdać relację z trzeciego, ostatniego etapu zeszłorocznej podróży.
Po co?
Nie wiem! Co żeś się tak przyczepił? „Po co?” i „po co?”. Coś ty w ogóle za jeden?

Ostatnio - przypomnę - bawiliśmy na Krymie, tym szczególnym skrzyżowaniu Lazurowego Wybrzeża, krainy z 1000 i 1 nocy, mongolskiego stepu oraz radzieckiego bezhołowia. Tymczasem Ukraina rozstała się z Krymem, miało się ten fuks!

Pierwszym przystankiem drogi powrotnej stał się Humań.
Ilustracji obrazkowych z miasta właściwego w zasadzie wielu nie mam. Oto polski kościół katolicki w city. Zdjęcie specjalnie zresztą robione dla pokazania osobie, która była w nim chrzczona, jeszcze przed wojną.


Warto zwrócić uwagę na zachowane rozbudowane epitafium, oczywiście z polskimi katolickimi polskimi nazwiskami i napisami. Poza tym we wnętrzu mieści się galeria sztuki. Ale wygospodarowano też kącik do posług sakralnych. Dzięki temu garstka miejscowych Polaków katolików ma miejsce na nabożeństwa. Kościół zatem - można rzec - służy wszystkim, a przede wszystkim - nie niszczeje. Wszyscy (?) są zadowoleni.
A więc jest to przejaw wzorowej, pokojowej koegzystencji. Nie zawsze tak bywało.


Miasteczko leżące w połowie drogi Kijów-Odessa, pośrodku dawnych Dzikich Pól, trwale zapisało się w niewesołej historii Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a szczególnie jej ostatnich lat, czyli epoki stanisławowskiej.
Stało się tak za sprawą tzw. koliszczyzny, a konkretnie jej epizodu, znanego jako rzeź humańska.
Było to wkrótce po „elekcji” Stanisława Antoniego Poniatowskiego, która zapoczątkowała ową epokę stanisławowską, ale i pełną dramatyzmu trzydziestoletnią agonię organizmu I RP toczonego rozmaitymi chorobami wewnętrznymi, jak również zewnętrznymi.

W wyniku fermentu związanego z Konfederacją Barską a katalizowanego przez mocarstwo ościenne, na Ukrainie nastąpił samozapłon w postaci kolejnego buntu chłopskiego. Jak zwykle, słusznych poniekąd racji upośledzonego politycznie i społecznie ludu, lud ten dochodził w najdrastyczniejszej a przy tym najprostszej formie: mordując wszystkich nie-swoich, czyli „Lachiw, Jewreiw ta jezuitiw”. Dostało się też duchownym-unitom.

Nie inaczej - a wręcz szczególnie krwawo - było w Humaniu, mieście prywatnym w prywatnym posiadaniu Potockich, do którego schroniło się sporo ludności polskiej i żydowskiej z ogarniętej pożogą okolicy. Dowódca załogi wojskowej Iwan Gonta przeszedł ze swoimi ludźmi na stronę nadciągających pod wodzą Maksyma Żeleźniaka hajdamaków i oddał im miasto wraz z zawartością na pastwę, samemu dołączając do wspólnej zabawy.

Oczywiście, jak zwykle w takim przypadku, trudne jest oszacowanie liczby ofiar. Mówi się o dwóch do dwudziestu tysięcy. W tej skali - zwykła statystyka. Kilka tysięcy w tę czy wewtę, co za różnica.
Tak czy inaczej - straszna robota! Ile w ogóle może trwać zabijanie kilku tysięcy ludzi? Cały dzień? Jeden wieczór? A kilkunastu? A kilkudziesięciu? No i nie z broni maszynowej, a całkiem ręcznej...

Generalnie więc - wszystko fajnie, jest w tym tylko jeden mały zgrzyt. Otóż w Humaniu jest ulica Iwana Gonty, a gdzie indziej wzniesiono mu nawet pomnik. Rozumiemy, że spojrzenie na historię może być relatywne, ale dalipan, trudno nie wyczuć wszak w tym przypadku, gdzie kończy się patriotyzm i rewolucyjne dążenia, a zaczyna wściekła przemoc. Cóż także z tego, że gdy wojska koronne i rosyjskie zdławiły koliszczyznę, również i Gontę ostatecznie spotkał pożałowania godny los (pojmano go i skazano na śmierć przez ujmowanie z niego kawałka po kawałku przez 14 dni)?

Trauma pohumańska była w Rzeczypospolitej ogromna. Wielu spośród szlachty dało drapaka ze swych dóbr ukrainnych, co zresztą wcale nie sprzyjało uspokojeniu rozkołysanej sytuacji.
Przez następne kilkadziesiąt lat koliszczyzna inspirowała twórców - np. „Zamek Kaniowski” Goszczyńskiego - i polityków / społeczników - np. Gromada Ludu Polskiego „Humań” (choć nie wiem, jaki cel przyświecał gromadzianom - upamiętnienie martyrologii, czy swoiste memento - profetyczne zresztą, jeśli się pomni na o chwilę późniejszą rabację galicyjską - dla szlachty?).
Dziś epizod ten wydaje się być już nieco zapomniany.

Jakie jednak morał i nauka z tego wszystkiego płyną?
Jak pisałem - ludzkość rżnie się od wieków. Teraz tylko w Euroatlantydzie, chwilowo syta i senna, przestała. Ale wystarczy żeby iskierka obłędu padła na suchą ściółkę nienawiści i znów płoną łąki krwi..
Jak było na Bałkanach 20 lat temu? O Rwandach i Sudanach już nie wspominam (bo to przecież gdzieś daleko, u dzikusów).
Trzeba o tym pamiętać. Nie w imię odwiecznych waśni międzyplemiennych, ale żeby zdawać sobie sprawę z własnych, uśpionych zdolności.
Wystarczy, że dadzą ci maczetę w garść, i wszyscy zaczną z wyciem biec, by ucinać ręce i głowy - ty pobiegniesz też, człowiecze.
A gdzie się to wszystko zaczyna? To wszystko zaczyna się w najdrobniejszych przejawach małych zełek, w przemocach i mikrołajdactwach dnia codziennego, które wyrządzamy dalszym, bliższym, a nawet najbliższym: dzieciom i rodzicom, żonom i mężom, rodzeństwu i teściom, zięciom, świekrom, szwagrom, swakom, świeściom, zełwom, jątrwiom i paszenogom, podwładnym i szefom, sąsiadom i współpasażerom...

Pamiętaj, nie żyw swego wewnętrznego Gonty! Nie baw się w małe Żeleźniaki!





18 maja 2014

Wiosna na polderach


Coś dla odmiany. Krajobrazowej.
Okoliczności - jak w tytule wpisu.
„Piękna nasza holenderska ziemia” - jak pisał poeta*.


*) Gałczyński? No bo kto inny? Nie mogę sobie przypomnieć.



z przedostatniej chwili:
PRZYPOMINAM, ŻE KWITNĄ GŁOGI.

14 maja 2014

Parę pejzaży tatrzańskich

Pejzaże tatrzańskie to istny fotosamograj. Właściwie więc można by ich w ogóle nie robić, a zamieszczanie ich w blogu zakrawa na bezczelność. Cóż, człowiek w górach nie może się często powstrzymać przed wciskaniem migawki, nierzadko co krok. Zwłaszcza ten, co nie widział owych gór od piętnastu lat.

Po nocnym wejściu na Sarnią Skałę, następnego dnia, zdecydowaliśmy się na nieco tylko dłuższą wycieczkę już kilkakrotnie przebytą wcześniej trasą Kuźnice - Skupniów Upłaz - Czarny Staw Gąsienicowy - Dolina Jaworzynka - Kuźnice. 2x3,5h, z popasem w Murowańcu - w sam raz na październikowy dzień.

Giewont od tyłu, czyli spojrzenie za siebie.


Widok ku Zawratowi, czyli spojrzenie przed siebie.


Cel marszruty - Czarny Staw.


Na zadawane często pytanie, czy można kąpać się w tatrzańskim stawie w październiku, jest jedna odpowiedź: może tylko kaczka, bo to Park Narodowy.


Ale jednak ktoś się rzucił w odmęty w ślad za kaczką!


Droga powrotna, tak jak i pierwotna, obfitywała w rozmaite zjawiska meteorologiczne. Jak to w Tatrach. Tylko śnieg nie spadł tego dnia.


A to już sam spód Jaworzynki...


Do zobaczenia, góry.





11 maja 2014

Gry o trony, morza krwi

UWAGA, SPOILERY!

Bez mała rok temu ćwierć świata i dwie trzecie internetu zamarło ze zgrozy. Czy chodziło o wydarzenia w Syrii? Sudanie? Sytuację światowej gospodarki? Abdykację B-16? Gdzie tam. Chodziło o finałowa kulminację jednego z „sezonów” serialu „Gra o tron”.

Kulminacja ta zawarła się w wielokrotnym morderstwie na członkach rodu protagonistów opowieści, ukazanym na ekraniku z brutalną dosadnością. Istny Grand Guignol!

Niskie instynkty oglądacza - spadkobiercy widzów wspomnianego wyżej teatru oraz różnych „hec”, aren i koloseów świata - zostają nasycone, choć wszak dwuznaczny to proceder!
Co do mnie, to muszę przyznać, że serial ten dość przypadł mi do gustu (oczywiście, jako nieposiadacze własnego odbiornika korzystamy tu z uprzejmości znajomych).

Po stronie zysków - pierwszorzędna produkcja: bardzo wysmakowane kadry, doinwestowana scenografia i kostiumy, klawa gra aktorska. Do tego sprawna narracja, jak to się mówi: nieźle nakreślone postacie, dobre dialogi etc., w końcu też - dość ciekawie zmyślona historia, cały ten uważony z różnych inspiracji historycznych i kulturowych świat „siedmiu królestw” i okolic.
Autor literackiego pierwowzoru - którego nie czytałem - z pewnością musi być zdolnym remiechą i do tego oczytanym kompilatorem.

Po stronie strat - wątki fantasy, czyli smoki (można jeszcze przeboleć), magia oraz hordy dobrze zmrożonych zombich.
Cóż, w tych momentach opowieść po prostu traci wiarygodność (cha cha). A ponadto - staje się infantylnie śmieszna lub śmiesznie infantylna.

Co się zaś tyczy okrucieństwa, cynizmu, perwersyjnej seksualności zawartych w serialu, to w tych dziedzinach zasługuje on jednak na wyróżnienie orderem z ziemniaka. Przecież tak wygląda historia rodzaju ludzkiego, niezależnie od szerokości geograficznej i pory roku. Na tym polu telewizyjną opowieść cechuje dążenie do prawdy historycznej, czyli o świecie, i psychologicznej, czyli o ludziach. Przesada?

Konwulsyjne walki o tron / panowanie? Wszędzie, w każdym czasie i przy każdej okazji. Czasem w bardziej białych, czasem raczej czarnych rękawiczkach, nierzadko zaś w zupełnie czerwonych. Jak na przykład wyżynała się pierwotna francuska dynastia, Merowingowie? Bez przerwy. (Te różne Chlotary, Chlodomiry, Childeberty, Chariberty, Chilperyki i Chlodoaldy!). U nas też rozdrobnieni Piastowicze krwawo wodzili się za łby, o czym co nieco poniżej...

Szalony władca-sadysta? Kaligula, że się posłużę chyba najbardziej znanym przykładem.

Mord na weselu? Proszę bardzo - noc świętego Bartłomieja. Czyż nie (chociaż akurat po)?

Torturowanie i więżenie przeciwników? A choćby smutny los piastowskiego księcia Henryka Grubego. Pojmany od swego krewnego-rywala (i imiennika zarazem), Henryka Głogowskiego, spędził prawie pół roku trzymany w ciasnej skrzyni z dwoma otworami - na jedzenie i powietrze z przodu, i drugą - z tyłu. Uwolniony, po wymuszonym w ten sposób zrzeczeniu się sporej połaci swej domeny, długo już nie pożył (może za to trochę schudł?). Co, nie nadaje się ten wątek do sfilmowania? Jeszcze jak! Co więcej: jest podobny motyw w serialu!

Wyrzynanie całych wiosek i miast? Powszedni trud u Mongołów zatrudnionych w biznesie inwazyjnym i u tym podobnych.

Ludzkość rżnie się od początku swego istnienia. Niestety - nie tylko w wulgarnie ujętym znaczeniu seksualnym (to jeszcze byłoby pół biedy). Więc nie ma się co oburzać na weryzm serialu...
I w zasadzie wpis niniejszy jest krótką, dygresyjną przedmową przed jednym z kolejnych. Pora bowiem wrócić znów blogiem na Ukrainę.


Jako ilustracja - jeden z naszych krajowych wybitnych raptowników gwałtowników i amatorów tronów, pogromca własnego brata, na całkiem nowym - i nawet nienajgorszym - pomniku.






6 maja 2014

Urbex cz. 3

Był klatex, rurex, a nawet churchex. Pora więc na właściwy urbex, tym razem w obfitszej porcji.
Daleko mi w moich fotopenetracjach do swojskich Penetratorów, nie wspominając już o takich poetach urbeksu, jak ten czy ów, lub jeszcze inny...
Ale swoje co nieco poeksplorowałem i wiem, że stare rury są sexy. Übersexy.










Co jednak - przy całej seksowności złomu i rudery - nie zmienia melancholii upadku rodzimego przemysłu z tradycjami...





2 maja 2014

Sandomierz, majówka 1993

Łońskiego roku, prezentując wspomnienie skanerowe sprzed dwudziestolecia, czyli majówkę'93 pod zamkiem Krzyżtopór, dopisałem na koniec literki  „cdn”. Znaczyć to miało, iż nastąpi sequel do tego wspomnienia. I oto on. Cóż, że minęło już lat 21. Ale taka jest właściwość czasu. Że mija.

Tak więc, następnego dnia, po spożyciu substancji o nazwie "Smakołyk warszawski", wyruszyliśmy w dalszą drogę...
Droga powiodła z powrotem asfaltem do wsi Iwaniska, gdzie złapaliśmy pierwszy z dwóch autobusów PKS, które nieco okrężną drogą - przez Staszów i Klimontów - powiozły nas do prastarego Sandomierza. Nawiasem dodam, że był to pierwszy i ostatni zarazem raz, kiedy widziałem i Staszów i Klimontów, i ubolewam nad powyższym faktem. Klimontów widziany z okna autobusu, prezentował się interesująco - zwłaszcza jego dwa zabytki sakralne. Staszowa nie pamiętam zaś w ogóle - z wyjątkiem faktu przesiadki - choć odznacza się interesującym ratuszem.
No, nic. Może kiedyś...

Sandomierz - miasto ponoć ostatnio szalenie modne za sprawą jednego z telewizyjnych seriali - odwiedziłem wówczas po raz drugi w życiu.
Potem tych wizyt było więcej i dłuższych, i każda pozostawiła niezatarte wrażenia. Bo i piękne to miasteczko. Jedno z niewielu takich w Polsce, zwłaszcza tej właściwej.
Rozpisywać się o Sandomierzu nie ma co. Wszak pisywali o nim prawdziwi pisarze, szczególnie na przykład wybitny Iwaszkiewicz. Ale chyba najpiękniejszy portret miasta - nienazwanego z nazwy - zawarł w swym „Widnokręgu” Wiesław Myśliwski. Warto przeczytać, no i warto doznać Sandomierza osobiście. Czego sobie i Państwu życzę.





Po tak dogłębnym, jak czas pozwalał zwiedzeniu miasta udaliśmy się na dworzec, by złapać pociąg powrotny...



(mogłem się powstzymać, ale nie chciałem)





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...