27 listopada 2013

Któż by przypuszczał...

...że Muzeum Geologiczne jest takie wielkie?*






Ostatnio, przy okazji wpisów ukrainnych, wlałem do blogu całą masę wiader słów. Należałoby od tego odpocząć. Niestety, i w tym momencie mam coś do dodania od siebie. Odsie! - zakrzyknąłby rolnik...
Co? No właśnie, już się zaczyna. A gdzie minimum słów, maksimum treści? W haiku. A tutaj jest „sad rzeczy”: składzik fascynacji i rupieciarnia wrażeń.
Dlatego też czasem pozwalam sobie na upust wody mowy.

Gmach, a właściwie przedwojenny zespół gmachów Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie, w którym mieści się Muzeum Geologiczne, jest - i od dawna był - jednym z moich ulubionych budynków. Z zewnątrz, bo napatrzyłem się nań z autobusu wożącego mnie przed laty do szkół. Od środka napatrzyłem się mniej, bo, o ile pamiętam, byłem tam tylko raz, w dzieciństwie zaprowadzon, i - do niedawna - już nigdy więcej.

Autorem - architektem zespołu P.I.G. jest Marian Lalewicz - jeden z moich ulubionych architektów. Aż dziw, że to debiut tej (wybitnej) postaci na łamach tego (skromnego) blogu.
Wykształcony w szacownym ośrodku akademickim, Petersburgu, Lalewicz należał do szacownego grona klasycystów akademickich uprawiających klasycyzm akademicki. Jest też jedną w wielu cywilnych ofiar powstania'44, wydłużających listę strat dziedzictwa narodowego tej niepotrzebnej ofiary narodowej.

Można na przykładzie tej budowli przekonać się, jak fascynujący wynik dać może samoograniczenie, którym jest używanie języka architektury tradycyjnej. Innymi słowy: widać tu prawdziwą twórczość na bazie reguł. A nie wszelkich reguł negację, co, pozornie wyzwalając kompletną wolność twórczą, skutkuje wnet totalną nudą.
Już o tym pisałem, ale się powtórzę: gdy wszystko jest dozwolone, nic nie jest zaskakujące.

Tymczasem wnętrze Muzeum Geologicznego zaskakuje i zdumiewa, olśniewa i oczarowuje, imponuje i intryguje.
Ale ja tam nie mogę pójść, aż zrobię gobelin.


*) Papcio Chmiel „Tytus, Romek i A'Tomek”, księga XV





22 listopada 2013

Klewań - tunel miłości

Tak właśnie. Przystanek trzeci.

Klewań to dawna siedziba głównej gałęzi rodu książąt Czartoryskich. Zresztą samo gniazdo rodowe, od którego wzięli nazwisko, Czartorysk, leży nieopodal, jakieś 50 kilometrów na północ.

Przy okazji warto odnotować fakt, iż wywodzili się oni od Koriata, syna Giedymina, a więc i brata pewnego księcia z Łucka...
Książęcy tytuł Czartoryskich był zatem jak najbardziej uzasadniony, w przeciwieństwie do Radziwiłłów, czy późniejszych uzurpatorów, jak Sapiehowie czy Lubomirscy.
Dziś istnieje Fundacja Książąt Lubomirskich! Gdy to słyszę, nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Starożytny to ród, co prawda, ale co z nich za książęta! Oprócz potomków Gedymina z Litwy i Ruryka z Rusi (np. kniaziówna Kurcewiczówna z „Ogniem i mieczem”), tudzież kilku rodów tatarskich, teoretycznie w Pierwszej Rzeczypospolitej tytułów arystokratycznych nie było (tak samo zresztą, jak i w Drugiej, nie mówiąc już o Trzeciej). Wielkie rody zaspakajały swe ambicje i leczyły kompleksy, zwłaszcza wobec zagranicznych diuków i hrabiów, załatwiając sobie (za opłatą) tytuł u cesarza lub papieża.

Szczególną popularnością cieszyły się też tytuły urzędowe: kasztelanowie, starostowie, wszyscy ci cześnicy i podkomorzowie.
I choć nie były one dziedziczne, to używano pochodnych tytulatury aż po trzecie pokolenie. A więc syna wojewody nazywano wojewodzicem, a syna tego syna wojewodzicowiczem.

W XIX wieku to już każdy, kto miał forsę, mógł zostać przynajmniej baronem. Dwory zaborcze zawsze potrzebowały gotówki.

Dygresje...

Pozostałości zamku książęcego pozostają do dziś w miasteczku.
Ani jednego, ani drugiego jednak nie oglądaliśmy. Przyczyną odbicia znów w bok od szosy było coś innego, mianowicie fenomen pod tytułem Tunel Miłości.

Za tą chwytliwą nazwą kryje się prozaiczna bocznica kolejowa od linii Łuck-Równe do zony industrialnej Klewania. Nie do końca jednak zwykła, a to za sprawą biegnięcia swego w niesamowicie ukształtowanej - siłami natury i siłami przejeżdżających składów - zieleni.

Przyznam się nie bez bicia (we własną pierś), że zdjęcia, które tam cykłem, nie są tak spektakularne, jak spektakularne mogą być wykonane o bardziej spektakularnej porze roku i dnia. Najlepiej chyba na wiosnę, co wnoszę z zerknięcia do międzysieci. Zimą (byle śnieżną) też to nie wygląda źle.

Cóż, my natomiast trafiliśmy tam już pod koniec słonecznego dnia, w tunelu było więc ciemnawo. Zieleń zielonego kiedy indziej kobierca też już była przywiędłą i przytłumioną latem. Do tego, opadły nas zakochane w ludzkiej krwi skrzydlate bestie. Skończyło się więc kilkoma zdjęciami i sromotną rejteradą może po kilkuset metrach zagłębiania się w Tunel.

Ale warto było go zobaczyć! Nie samymi wszak zabytkami (i kotami) podróżujący po Ukrainie żyje.

Młodzież klewańska walczy z krwiopijcami u wylotu Tunelu Miłości:


I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy.
Bogaty we wrażenia dzień pierwszy pierwszego etapu rajzy po Ukrainie. Po wizycie w Tunelu Miłości, zaniosło nas prosto na kwaterę w Równem, największym dziś mieście Wołynia, które zwiedziliśmy pobieżnym nocnym spacerem. Bezzdjęciowym.



Aha. Staropolski pamiętnikarz zanotował, iż

Był Czartoryski, magnat, pan z Klewania,
co do amorów nie ściągał ubrania.
Bo gdy u pasa kontusza
już kutas jakiś się ruszał
*,
sam
książę czuł się zwolniony z ***ania.


*) por.: Mickiewicz, „Pan Tadeusz”, księga I, Gospodarstwo, wersy 850-851





20 listopada 2013

Ołyka - suplement zezwierzęcony

Na dowód, że coś w Ołyce żyje, prezentuję dowód, że jednak w Ołyce coś żyje.


Tudzież, tytułem suplementu, przykład twórczego ołyczan podejścia do wejścia.


I jeszcze, korzystając z okazji, zanim na dobre opuścimy miasteczko, zapytam

CZY WIESZ, ŻE
Ostatnim ordynatem na Ołyce był Janusz Radziwiłł, konserwatywny polityk międzywojnia (nie dziwne), potem także pensjonariusz zarówno wschodnich, jak i zachodnich urządzeń wczasowych. Był właścicielem również między innymi Nieborowa i ślicznego warszawskiego pałacyku, w którym mieściło się po wojnie muzeum Lenina. Zmarł już w czasach funkcjonowania tego muzeum, w 1967 roku, pochowany został w Warszawie. I tu 

PLOTKA:
Na pogrzebie pojawiła się również szwagierka jego syna, Jacqueline Kennedy, wdowa po Kennedym, już wtedy Onassisowa. Aktor charakterystyczny-naturszczyk Zbigniew Buczkowski zeznaje, że tam był, i zdezorientowaną Kennediową-Onassisową poprowadził do tramwaju, żeby mogła przejechać od kościoła bernardynów na Czerniakowie na cmentarz w Wilanowie. Se non è vero, è ben trovato.





19 listopada 2013

Ołyka - miasteczko

Odcinek drugi przystanku drugiego etapu pierwszego wyjazdu ukrainoznawczego.
Czyli reszta Ołyki pozazamkowa.

Z szosy krajowej skręt spontaniczny sprowadza na taką stylową drogę trylinkową. Być może jest posowiecka, ale coś mi mówi, że raczej poksiążęco-poordynacka. Ostatecznie, trylinka to polski wynalazek i patent - Władysława Trylińskiego. Znani mi naoczni świadkowie głoszą, iż z niej zbudowana była najlepsza przed wojną szosa polska Warszawa - Kraków. To i książę mógł do swego pałacu zafundować sobie odcinek. Tym bardziej, że z boku wiedzie brukowany jakby chodnik (?).


Przybywającym do Ołyki rzuca się w oczy przede wszystkim słusznych rozmiarów kościół.
Ufundował go Albrycht Stanisław Radziwiłł, kanclerz wielki litewski. Jemu właśnie poniekąd zawdzięczany to, że pewna Żydóweczka nazywana jest królową Polski...


Gorliwy katolicyzm księcia jest ciekawym przyczynkiem do dziejów reformacji i kontrreformacji w Rzeczypospolitej.
Był on wnukiem budowniczego pierwszego zamku ołyckiego, Mikołaja Czarnego, który tak jak jego kuzyn, Mikołaj Rudy, stał się w połowie XVI wieku gorliwym kalwinem i protektorem protestantyzmu. Ale już potomek Mikołaja, Stanisław, przeszedł nazad z gorliwego kalwinizmu na gorliwy katolicyzm, w którym wychowano i jego syna, Albrychta. Tylko w rodzie Mikołaja Rudego reformacja przetrwała aż po pokolenie (szwarc)bohaterów „Potopu”, braci stryjecznych Janusza i Bogusława. Notabene ich poparcie dla Szwedów nie było bez związku z wyznawaną religią... A na Litwie mają oni dziś pomniki... I tak dalej, krótko mówiąc, informacje z „Potopu” nie wyczerpują zagadnienia.


Kościół jest imponującym, wczesnobarokowym grzmotem z interesującą dekoracją rzeźbiarską fasady.
Dość zapuszczony, jest jednak na chodzie, nie jest ruiną. Na bramie, obok mszalnego rozkładu jazdy, widnieje telefon do polskiego katolickiego księdza. Niestety, akurat gdy zjechaliśmy do Ołyki, bawił w diecezjalnym Łucku, a więc rozminęliśmy się! W wyniku tego, nie mogę pokazać wnętrz. Bo i sam ich nie zobaczyłem.


Zarośnięty gaj przed kościołem jest dawnym rynkiem ołyckim. Robiąc poniższe zdjęcie po prawej stronie miałem fosę, wały i bramę zamkową.


Teren kościelny obiega mur z dwiema pękatymi wieżyczkami w narożnikach.


Zaraz za kościołem stoi masywna, arkadowa dzwonnica. Podobna zresztą jest w Łucku, lecz ma tylko trzy przęsła. Ta ma cztery i na dodatek porasta ją las.


Zaraz za dzwonnicą stoi sobie jeszcze jeden obiekt sakralny: pierwotny kościół ołycki, pochodzący z XV wieku, z fasadą późniejszą. Mikołaj Czarny zamienił go na zbór, ale Stanisław zamienił go na kościół.
Zresztą, podobna historia odbyła się w zainkasowanym w posagu przez Mikołaja  Szydłowcu. Paweł Jasienica, ideowy krytyk unii polsko-litewskiej, z przekąsem zauważa à propos tego, że magnaci litewscy bez problemu mogli dzierżyć posiadłości w Koronie, a Polacy na Litwie... nie.

Poza tymi dwiema świątyniami zachodniego chrześcijaństwa, są jeszcze we wsi dwie cerkwie.
I Żółta Rura.


Tu i ówdzie oko może zawiesić się jeszcze na malowniczych pozostałościach żydowsko-rusko-polskiego miasteczka. Na stary cmentarz tym razem nie trafiliśmy...


Interesującym reliktem radziwiłłowskiej przeszłości jest jeszcze Brama Łucka dawnych obwałowań miejskich. Nie zadbałem o zrobienie zdjęcia, ale jakieś zawsze znajdzie się w Panoramio.
Właściwie wszystko już da się zobaczyć w Panoramio... Po cholerę więc tracę czas na te wpisy?
No, ale jedziemy dalej. Znów drogą trylinkową.






17 listopada 2013

Ołyka - zamek

Przystanek drugi.

Jak nie sposób wszystkiego odwiedzić, zobaczyć, pomacać i powąchać, tak nie sposób przewidzieć wszystkich pobocznych celów i zaplanować wszystkich przystanków.
No właśnie: spozierając po drodze z Łucka na dalszy Wschód, zauważyć się dało w atlasie drogowym kawałek w bok od głównej szosy miejscowość Ołykę.

Ołyka, Ołyka... Czy to czasem nie siedziba ordynacji radzwiłłowiskiej? - coś zaświtałło.
Ejże, ale czy to nie na Litwie? Nie, na Litwie to Olita. A Radziwiłłów - Nieśwież, Birże, Kiejdany
i Taurogi... I Biała Podlaska. Ale sprawdzić nie zaszkodzi. Skręcamy!



I rzeczywiście, to jest ta Ołyka: ta siedziba tej ordynacji tych Radziwiłłów. Składa się z miasteczka, obiektów sakralnych i zamku.



Zamek wzniósł w XVI wieku Mikołaj Czarny, który wraz z kuzynem, Mikołajem Rudym wycyga... uzyskali od cesarza Karola V tytuły książęce dla rodu. Jego zaś trzej synowie podzielili odziedziczone dziedziny tworząc trzy ordynacje (klucze dóbr niepodzielnych, niesprzedawalnych i dziedziczonych wyłącznie wewnątrz rodziny), w tym ołycką.



W XVII wieku zamek został przekształcony w bastionową fortecę z rezydencją, a w XVIII przebudowany na pałac godny potężnego rodu.
Jednak już w 1812 umieszczono w nim szpital (wiadomo, kto umieścił), a potem, od 1836 stał pusty i niszczał. Odbudowy podjął się dopiero w końcówce XIX wieku Ferdynand Fryderyk Wilhelm Aleksander Radziwiłł. Było to jednym z przejawów modernizacji i adaptacji wielkich siedzib wielkiej arystokracji do potrzeb współczesności (jak choćby wprowadzenie łazienek w miejsce nocników), opisanych przez wybitnego historyka sztuki Tadeusza Jaroszewskiego w książce „Od klasycyzmu do nowoczesności”, z której czerpię chochlą wiedzę i dodatkowe ilustracje.



Cóż, jeśli restaurować pałac trzeba było już wkrótce, w 1920 roku i tylko po to, by cieszyć się nim przez zaledwie następne ćwierć wieku do wiadomego końca starego świata.



Zamek zajmuje sporą połać ograniczoną wałami i zabudową, która obejmuje dziedziniec o wymiarach blisko 100 na 100 metrów - a więc większy od warszawskiego Rynku Starego Miasta. Do środka wiodą dwie bramy - przez wały i korpus główny od strony miasteczka, i od przeciwnej, przez pawilon bramny z wieżą zegarową. Dawna loggia w korpusie głównym nie zachowała się, zostały pozostałości w postaci wsporników. Narożniki wypełniają zabudowania bastionoidalne z dziedzińczykami o rzucie wielokąta i tunelami poza wały, jakby przystosowanymi do „wycieczek” na oblegających.

 


Dziś znowu mieści się tu szpital, tyle że psychiatryczny. Mieści lub nie mieści. W kordegardzie jest co prawda punkt apteczny, a gdzieś na wałach mignęło raz coś, jakby lekarz, ale poza tym obiekt wygląda na opuszczony, i to w pośpiechu.


 

Wrażenie jest osobliwe! Chociaż było rozkoszne popołudnie środka lata, nastrój grozy i niesamowitości opanowywał jaźń i podnosił włosy na głowie, rękach i nogach.
Nic, tylko gotowe plenery dla jakiegoś chor-roru (na przykład w reżyserii Polańskiego), albo innego wymarłego sanatorium spod klepsydry. Lub kolejnej części gry „Daymare Town” Mateusza Skutnika. Jak tam zatem musi być o listopadowym zmroku? Nic, tylko uciekać. Nie wiem więc, jak wiedzie się kuracja w takim miejscu!



Wszystko się pomału sypie i rozpada, wrażenie takie daje nawet archaiczne archiwum (?) widoczne przez szybkę. Teren zaś porasta bujna zieleń, w tym stare drzewa - na wałach i na dziedzińcu zakładano sto lat temu ogrody, jako że dawna forteca parku nie miała. I żywej duszy nie ma ani na dziedzińcu, ani przy bramach, nikogo nie widać wewnątrz...
Brrr, chodźmy już. Zanim przyjdzie Renthenkabinet.


Rezydencja ołycka przed wojną:


Wygrzebana w antykwariacie niedyskretna kronika towarzyska sprzed lat donosiła zaś, że

Sprawdzić chciał raz książę, ordynat ołycki,
czy panna służąca jędrne ma dość cycki.
Lecz ten tylko miał zysk,
Że huknęła go w pysk,
aż w mieście od huku spadły Żydom mycki.





15 listopada 2013

Łuck - ulice, budowle, zwierzęta

Odcinek drugi przystanku pierwszego projektu Ukraina, a mówiąc po ludzku - wycieczki do sąsiedniego kraju.

Wszystkiego zobaczyć i wszędzie być się nie da. Człowiek napotyka na limity czasowe, przestrzenne i organizacyjne. Ale można się starać. Ma to co prawda swoje minusy - choćby pęd, który z kolei nie pozwala na przykład na rzetelne przykadrowanie utrwalanych fotowidoków. Typowa bolączka: idzie się do zabytku, ale jest się za blisko na dobry kadr, a odejść na odpowiedni dystans nie ma jak, albo po prostu nie ma czasu. Stąd też, zdjęcia są, jakie są - ściśle dokumentalne, bez cienia artystycznych ambicji.

Pokazać potem w blogowej pokazywarce też nie sposób wszystkiego. Czy zresztą jest sens? Nie wiem. Jest natomiast skłonność. Potraktować nabyte materiały po maksiarsku: podzielić się wszystkim tym, co znalazło się w danym miejscu interesującym. Ze świadomością jak wiele zostało nieodkrytym - w tym przypadku choćby łucka zabudowa z lat międzywojennych, która na pewno z polskich czasów tu i ówdzie zachowała się.
I ze świadomością łamania przyjętej zasady nieprzekraczania pięciu - góra dziesięciu zdjęć na wpis.
Cóż, minimalistyczny pozostaje pierwszy z moich blogów, w którym od ponad trzech i pół roku publikuję jedno zdjęcie z jednego tylko miasta raz na tydzień. Ha.

Oto łuckie stare miasto. Nie ukrywam - to ikonograficzny cycer kum kałle, ale też, jako się rzekło, interesujące obrazki z frapującej przeszłości i ciekawego dnia dzisiejszego. Podpis u góry, zdjęcie u dołu.

Wspomniany w poprzednim wpisie zamkowym rozległy bazar na podzamczu, oddzielający stare miasto od nowszego. Aczkolwiek nie do końca on był przedmiotem zdjęcia, a raczej malowniczy rządek produktów radzieckiego przemysłu ciężarówkowego. Zdjęcie zdjęte z zamkowej Wieży Władyczej, tej bez attyki.


Opuszczamy na dobre zamek, by przekonać się, że pilnuje go taki oto zakapior.


Dziedziniec dawnego klasztoru brygidek, potem między innymi więzienia GPU NKWD, obecnie męskiego klasztoru prawosławnego. Ciekawostka: złocista cebula czekająca na zamontowanie na wyżynach.
Cerkwi na Ukrainie sporo, także w budowie. Nie dziwnego: ludność pobożna, a związków wyznaniowych do wyboru, do koloru. A to: trzy różne główne Cerkwie, Kościoły protestanckie, no i Kościół polski katolicki.


Na ulicy po raz pierwszy przykuwa naszą uwagę charakterystyczna Żółta Rura. Follow the yellow gas pipe - zda się słyszeć głos w środkowym uchu ducha.


Żółta Rura prowadzi nas prosto na dziedziniec dawnego łuckiego kolegium jezuickiego, w jeszcze dawniejszym pałacu Czartoryskich, krótko mówiąc: miejscowej szkoły. I dziś jest to szkoła, oczywiście nie jezuicka, a, zdaje się, rolnicza. W tle górują fragmenty łuckiej katedry polskiej katolickiej. Dawniej magazyn, dziś znów katedra.


Na skwerku przed katedrą: młody łucczanin i jego druh.


W przerwie między domami widać drugą stronę dawnego kolegium z jedyną pozostałością zamku dolnego (okólnego) - średniowieczną Wieżą Czartoryskich. I też jakąś wyeksponowaną rurą, ale tym razem chyba deszczową lub wentylacyjną.


Przybliżamy się bliżej. Sąsiadującą z wieżą ścianę kolegium zdobi seria osobliwych ryzalitów. Do czego służyły?



Dawny klasztor dominikanów z kościołem. Obecnie prawosławne seminarium duchowne z cerkwią.
Wymalowane w zupę pomidorową z ryżem, ale w dobrym stanie, a to się liczy.


Dawna główna łucka synagoga. Renesans XVII-wieczny. Wzniesiona za specjalnym zezwoleniem od króla Zygmunta III danym, pod warunkiem sprzężenia budowli z miejskimi fortyfikacjami. Stąd obronny charakter, zwłaszcza jej wieży, która - proszę mi wierzyć - znajduje się z drugiej strony zabytku.


Nie omieszkałem, naciskając klamki kolejnych drzwi, które ustępowały pod tym naciskiem (doorex!), wtargnąć do wnętrza bóżnicy, by przekonać się o jego dzisiejszym wyglądzie. A wygląda tak:


Miejscowa mieszkanka i jej menażeria. Nie pamiętam, co nam chciała wytłumaczyć, ale chodziło o kury.


O te kury. W tle kolejny zabytek motoryzacji ZSRR.


Jeden z najmłodszych mieszkańców Łucka. Oraz reprezentacyjne giczoły autora wpisu.


Fasadę katedry pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła zdobią posągi przedstawiające... niespodzianka: świętych Piotra i Pawła. Właściwie dlaczego, poza tym, że byli Apostołami i męczennikami, tak chętnie zestawia się te dwie postacie w parę?



Na pożegnanie wraca Żółta Rura. Do jej widoku należy przywyknąć: na Ukrainie instalacje gazowe biegną na zewnątrz, nie w ziemi i nie w ścianach budynków. Jak to na przykład wygląda, gdy Rura biegnie wzdłuż ogrodzenia z licznymi bramami? Jak liczne Żółte Bramy. Tu - żółć rury wraz z błękitem okna tworzą symboliczną kompozycję barw Ukrainy. Co prawda, Żółta Rura, rura deszczowa i urządzenie alarmowe tworzą kompozycję rasta, a całość - Mauritius, czy nawet Seszele. Też miło.


Ponieważ niedawno miano mi za złe, że nie podałem namiarów topograficznych i toponomastycznych, pragnę zrehabilitować się w dwójnasób. Niżej zatem precyzyjnie wrysowana pieszoruta po staromiejskiej części Łucka wraz z umiejscowieniem kolejnych fotek. Żeby nie było. Drugi widok z satelickiej perspektywy pokazuje ile Łucka widziało się tylko z powozu, a ile w ogóle nie.



Jak widać - dalsza droga wiedzie na dalszy Wschód.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...